Niemcy grali nie tylko o trzy punkty i obranie azymutu na awans, ale o rozpalenie kibicowskich serc i podgrzanie atmosfery całego turnieju. Jeśli "letnia bajka" ma się powtórzyć, muszą wygrywać. A rozpoczęła się pięknie. Również dzięki ich rywalom - Szkoci wygrali w mieście, ale przegrali na boisku. Aż 1:5.
Gdy niemieccy piłkarze wychodzili na boisko, mieli tylko jedno zadanie: nie ostudzić atmosfery, która rozkręcała się w Monachium przez cały dzień. Miasto ogarnęła istna euforia - rytm wyznaczały dudy szkockich kibiców, ale w końcu i miejscowi dali się porwać do tańca. Wstęp do mistrzostw Europy nie mógł być lepszy. Ale przecież tego wszyscy się spodziewali. I tego też dotyczyły obawy pesymistów, że zacznie się znakomicie, a później zawodnicy Juliana Nagelsmanna zepsują zabawę. Przez ostatni rok Niemcami targały różne emocje - jeszcze w czerwcu 2023 r. zaledwie 23,8 proc. przyznało w badaniach, że nie może doczekać się rozpoczęcia mistrzostw. Po zmianie selekcjonera i marcowych zwycięstwach nad Francją (2:0) i Holandią (2:1) odsetek niecierpliwych wzrósł do 62 proc. Pojawiła się nadzieja, delikatnie wzrosła wiara w sukces, ale wciąż bardzo daleko było do zaufania. Tym bardziej, że ostatnie trzy wielkie turnieje Niemcy rozpoczynali od porażek. Odnosiło się wrażenie, że niemieccy kibice do pierwszego meczu Euro podchodzą gotowi uwierzyć we wszystko: po zwycięstwie - że zdobędą mistrzostwo, po porażce - że nawet nie wyjdą z grupy i skompromitują się doszczętnie. Rozedrganie czuło się na kilometr.
Potwierdził to dr Thomas Lange, który przeprowadzał wspomniane badania: - To wszystko jest bardzo kruche i załamie się po pierwszej porażce - przewidywał. W podobnym tonie wypowiadał się też w ostatnich dniach Philipp Lahm, zdobywca pierwszej bramki na mundialu w 2006 r. i dyrektor tegorocznego Euro. - Pierwsze mecze na turniejach zawsze są ważne, ale jeśli jesteś gospodarzem, to są one znacznie, znacznie, znacznie ważniejsze. Mogą wywołać entuzjazm i euforię w narodzie. Mam nadzieję, że tak będzie w naszym przypadku.
Niemieccy piłkarze przekroczyli oczekiwania. Co za mecz!
I było. Niemieccy piłkarze nie tylko nie wyhamowali wielkiej radości, ale jeszcze ją zwiększyli. Gdy Florian Wirtz strzelił na 1:0, w strefie kibica w Parku Olimpijskim w Monachium, wylały się setki litrów piwa. Ludzie w szale radości wypuścili z rąk wszystko, co mieli. Przy trafieniu Jamala Musiali zapłonęły race. A już trzeci gol - Kaia Havertza z rzutu karnego - został przyjęty znacznie spokojniej. Po drodze nie działo się nic, co mogłoby Niemców zaniepokoić. Pewnym krokiem zmierzali do zwycięstwa. Nie dość, że od 44. minuty grali w przewadze jednego zawodnika, to jeszcze poruszali się po boisku tak sprawnie, że wydawali się mieć ich przynajmniej trzech więcej.
Na jakiś czas udało się zakopać dwie najgorętsze dyskusje, które przetoczyły się przez Niemcy w ostatnich dniach. Pierwsza dotyczyła obsady bramki i wybuchła po błędzie Manuela Neuera w sparingowym meczu z Grecją. Na razie nie ma sensu o tyle, że niemiecki bramkarz był zupełnie bezrobotny. Podobnie rzecz ma się z hierarchią wśród napastników - mecz zaczął Havertz, który strzelił gola z rzutu karnego i miał asystę przy trafieniu Musiali, a Niclas Fullkrug, przez część kibiców i ekspertów wpychany do pierwszego składu, wszedł na boisko w drugiej połowie i już po pięciu minutach strzelił pięknego gola. Przy 4:0 niemieccy kibice odpalili petardy. Zaczęli śpiewać na cześć strzelca i Nagelsmanna, który nie pomylił się przy żadnej kluczowej decyzji. Udała się nawet jego zagrywka, by zawodników, którzy rozpoczynają mecze na ławce nie nazywać rezerwowymi, a "siłami specjalnymi". Emre Cana wpuścił na boisko w 80. minucie, a w 93. widział, jak strzela piątego gola.
Dzień jak z bajki
Wszystko pierwszego dnia mistrzostw przebiegło tak, jak wyobrażali sobie gospodarze. Już trzy godziny przed meczem w strefie kibica w Parku Olimpijskim bawiło się 25 tys. kibiców, więc trzeba było zamknąć bramki, by uniknąć przepełnienia. Sam park wygląda jak miejsce stworzone do oglądania meczów - wielki, mający 120 metrów kwadratowych ekran pływa na tafli jeziora. Znajdująca się przed nim kilkudziesięciometrowa skarpa jest naturalną trybuną, wypełnioną tak szczelnie, że trudno dostrzec choćby jedno źdźbło trawy. A na obu bokach sceny są zamontowane jeszcze dwa mniejsze ekrany, by każdy z 25 tys. kibiców dobrze wiedział, co dzieje się na murawie.
Kibice? Rozemocjonowani, szczęśliwi, wymieszani pół na pół. Bawili się razem już od wczesnych popołudniowych godzin. W oczekiwaniu na mecz ze sceny płynęły raz szkockie, raz niemieckie hity. Każdy miał swój moment chwały: Niemcy klaskali najgłośniej, gdy mikrofon chwycił Lahm i przyznał, że czuje się jak w samym środku "letniej bajki" w 2006, a Szkoci wybuchli na wieść, że faktycznie w większości barów w Monachium wyżłopali całe piwo. Ze sceny potwierdził to sam burmistrz miasta.
Szkoci pili na potęgę. Zaczęli w czwartek, rozkręcili się jeszcze przed południem w dniu meczu i nie wyhamowali już do końca. Najszybciej opróżniali butelki tuż przed bramkami bezpieczeństwa, gdzie ochroniarze nie chcieli przepuścić nikogo z butelką lub puszką w ręce. Oni tymczasem nieśli całe skrzynki. Mobilizacja była więc olbrzymia, a współpraca i podział zadań godne podkreślania.
W tym samym czasie na polanie obok Niemcy grali mecz, jak kiedyś - słupki bramek zastąpiły im plecaki, a za piłką biegało trzech Tonich Kroosów w różowych koszulkach, które wzbudziły sporo kontrowersji, ale znakomicie się sprzedały.
Pamiętamy Katar i tym bardziej doceniamy tegoroczne Euro
Niemieckie Euro miało być powiewem normalności między turniejami organizowanymi w Rosji, Katarze, w całej Europie i nadchodzącym mundialem, którym podzielą się Stany Zjednoczone, Meksyk i Kanada. Jeszcze świeżo w pamięci mamy obrazki z Kataru, gdzie imigranci z różnych części świata przebierali się za kibiców Niemiec czy Anglii i w pierwszych dniach turnieju tańczyli wokół głośnika według ułożonej wcześniej choreografii.
Dlatego tym bardziej doceniamy autentyczność i naturalność Euro 2024. Tu nikt nie udaje: Niemcy kochają futbol i zamartwiają się swoją reprezentacją, a Szkoci kochają atmosferę wokół meczów. I aż szkoda się ich robiło po kolejnych traconych golach. Tyle się przecież naopowiadali, jak to marzą o pierwszym w historii wyjściu z grupy i przełamaniu impasu. Wierzyli, że sprawią niespodziankę, że stres Niemców będzie ich paliwem. Bawili się doskonale, rozkręcili ten turniej, zanim jeszcze piłkarze w ogóle wyszli na rozgrzewkę. Później więcej było w nich rozczarowania niż złości. I chyba zmęczenia, które dawało o sobie znać, gdy Niemcy studzili emocje kolejnymi golami.
Aż w samej końcówce meczu doczekali się chwili radości. Najpierw trzech niemieckich piłkarzy minęło się w swoim polu karnym z piłką, a po chwili Antonio Rudiger przypadkowo wbił ją do własnej bramki. Szkoci cieszyli się, jakby właśnie wyrównali. Znów słychać było dudy i ich zdarte gardła. Znów zaczęli machać flagami. Nawet Niemcy, przy tym wyniku, patrzyli na nich z uśmiechem. Jeden dzień w Monachium wystarczył, by zrozumieć fenomen "Tartan Army", która wszędzie gdzie się pojawia, niesie radość i skrzynki z piwem. Ich otwartość, chęć do zabawy - np. piłkami, które skądś zdobyli na Marienplatz - była zaraźliwa dla wszystkich. Przyjechało ich do Monachium ponad 60 tys., ale dane mogą być niedoszacowane, bo spotkać można ich było dosłownie wszędzie. "No Scotland, no party" - najczęściej śpiewane przez nich hasło jest prawdziwe. Bez nich pierwszy dzień Euro na pewno nie byłoby tak udany. Za to następne dni nie zapowiadałoby się tak znakomicie, gdyby nie przekonujące zwycięstwo Niemców.