Euro w Niemczech miało być przyjemną odskocznią. Nie będzie

Po rozpolitykowanym mundialu w Katarze miał przyjść turniej, w którym ważny będzie tylko futbol. Dziś jednak polityka i sport są ze sobą tak związane, że próżno oczekiwać, iż podczas niemieckiego Euro zajmować się będziemy tylko tym, jak kto kopnął piłkę.

Zapraszamy do lektury jednego z tekstów, które tworzą nasz Magazyn.Sport.pl na Euro. Świetni autorzy, mocne teksty, ciekawe tematy - trochę o piłce, a trochę wokół niej. Usiądźcie wygodnie i poczytajcie >>> Magazyn.Sport.pl.


– Oczekujemy turnieju wolnego od kontrowersji, czego zobrazowaniem będzie chociażby niczym nieograniczony wybór opasek kapitańskich – mówił podczas losowania grup Euro 2024 prezydent UEFA Aleksander Ceferin. – Robimy wszystko, co w naszej mocy, by walczyć z dyskryminacją i nadużyciami. Nikt jednak nie powinien wykorzystywać turnieju dla swoich osobistych czy politycznych potrzeb.

Zobacz wideo Polacy gotowi na Euro!

– Nie spodziewam się tym razem wielkich politycznych gestów ze strony piłkarzy – to z kolei słowa Thomasa Hitzlspergera, byłego zawodnika klubów Bundesligi i Premier League, reprezentanta Niemiec, który po zakończeniu kariery dokonał coming outu.

Zarówno Ceferin, jak i Hitzlsperger nawiązywali do słynnych opasek kapitańskich w kolorach tęczy i z napisem "One Love". Podczas rozgrywanego zimą 2022 roku mundialu w Katarze siedem reprezentacji krajów Europy Zachodniej chciało wystąpić z równościowym przekazem, jednak FIFA tuż przed startem mistrzostw zabroniła tej manifestacji. Na marginesie: rewizji musiał zostać poddany także drugi zestaw koszulek reprezentacji Belgii. Na kołnierzyku znajdował się bowiem napis "love", który wedle oficjeli światowego futbolu był dla katarskich gospodarzy zbyt prowokujący i polityczny.

Wracając do tęczowych opasek – kapitanom, którzy wyszliby w nich na boisko, sędziowie mieli pokazywać żółte kartki. Jak się okazało, była to wystarczająco skuteczna groźba, bowiem żadna z federacji nawet nie spróbowała pójść na zwarcie. Wszyscy odpuścili.

Jedną z drużyn, która zrezygnowała z tęczowych opasek, byli Niemcy. Przed swoim pierwszym meczem mundialu – przeciwko Japonii – piłkarze zasłonili sobie dłońmi usta podczas tradycyjnego zdjęcia drużynowego. Tym samym chcieli pokazać, że ich wolność słowa i wyrażania poglądów została przez organizatorów mistrzostw świata ograniczona. Po tym, jak Niemcy nie awansowali z grupy, eksperci jednej z arabskich stacji telewizyjnych wykpili piłkarzy Joachima Loewa, zasłaniając sobie usta i machając na wizji na pożegnanie.

– Nie wyszło to dobrze dla drużyny – mówił Hitzlsperger, który teraz jest jednym z ambasadorów niemieckiego turnieju. – Co ciekawe, w kraju ten gest spotkał się z dużą krytyką, chociaż gdzieniegdzie był postrzegany jako ważny przekaz. Futbol potrafi być naprawdę okrutny. Gdy wygrywasz, nadajesz ton, a czego byś nie zrobił, ludzie chwalą i idą za tym. Gdy przegrywasz, lepiej, żebyś się nie wychylał.

Euro 2024 miało być przyjemną odskocznią. Ale nie będzie

Katarski mundial był rzeczywiście rozpolitykowany do granic. Kwestie LGBTQ+, sportswashingu, czyli wybielania wizerunku dzięki futbolowi, a także niewolniczej pracy robotników budujących stadiony w nieznośnym upale – wszystko to było szeroko dyskutowane. Katar był kulminacją tych wszystkich wielkich imprez w ostatnich latach, w których polityka i sport były nierozerwalne. Jak chociażby mundial w Rosji w 2018 roku, który odbył się już po tym, jak Putin dokonał aneksji Krymu. Dziś to wydaje się niepojęte, że po takim akcie wojny prezydent Rosji mógł przemawiać na otwarcie największego piłkarskiego święta i mówić o "otwartej, gościnnej i przyjaznej Rosji". A że świat klaskał i się zachwycał, to niecałe cztery lata później Putin zaczął bombardować Kijów.

W 2021 roku mieliśmy rozsiane po całym kontynencie mistrzostwa Europy, które w dobie kryzysu klimatycznego i wciąż jeszcze kończącej się pandemii były całkowicie oderwane od rzeczywistości. Działacze UEFA skazali zawodników, ale przede wszystkim kibiców na latanie wzdłuż i wszerz Europy i produkowanie nieprzyzwoitego wręcz śladu węglowego. Co zresztą stanie się udziałem wszystkich, którzy za dwa lata wybiorą się na mundial rozgrywany w USA, Kanadzie i Meksyku, gdzie najdalej położone od siebie miasta turnieju będzie dzielić odległość ponad 4,5 tysiąca kilometrów. Powiększenie mundialu do 48 drużyn sprawia, że czasy mistrzostw w jednym kraju w zasadzie dobiegły końca – chyba że oczywiście mowa o kolejnej dyktaturze napędzonej petrodolarami. W 2030 roku mundial odbędzie się w Maroku, Portugalii i Hiszpanii, aczkolwiek specjalne mecze w stulecie pierwszych mistrzostw zostaną rozegrane w Urugwaju, Argentynie i Brazylii. Natomiast cztery lata później turniej przejmie na siebie Arabia Saudyjska – kolejna absolutystyczna monarchia, gdzie prawa mniejszości są deptane, a turniej będzie przede wszystkim służył wypraniu wizerunku.

Tegoroczne Euro w Niemczech – kraju zdrowej, stabilnej demokracji, w którym niemal cała infrastruktura była już gotowa i wymagała co najwyżej lekkiego odświeżenia – miały być przyjemną odskocznią i odpoczynkiem. Ale czasy są takie, że od polityki nie sposób uciec.

Bo kiedy my największą uwagę podczas barażów zwracaliśmy na to, co się stanie z reprezentacją Polski – czy da radę najpierw Estonii, a następnie Walii – oczy Europy zwrócone były przede wszystkim na targaną okrutną wojną Ukrainę, a także Gruzję, która od kilku lat wszelkimi siłami próbuje się bronić przed rosyjskimi wpływami. I obie te drużyny ostatecznie na Euro pojadą. A na miejscu chodzić im będzie o znacznie więcej niż tylko futbol. Z całą pewnością będą mieszać politykę ze sportem.

Misja Ukrainy, czyli Euro strasznie ważne

Piłkarze i trenerzy Ukrainy doskonale wiedzą, że im dalej zajdą w niemieckim turnieju, tym głośniej będą mogli mówić o walce, jaką toczy ich naród. Fakt, że kraj, który jest dzień w dzień bombardowany, którego ludność cywilna codziennie ginie, którego kilka milionów obywateli poszukało schronienia poza granicami, którego reprezentacja musiała rozgrywać mecze na polskich stadionach, w ogóle przystąpił do eliminacji, jest już niezwykły. A że pojedzie na mistrzostwa, jest swego rodzaju cudem. – Porażki z jakimikolwiek rywalem byłoby bardzo szkoda, ale z Ukrainą… Jest OK – powiedział po rozgrywanym we Wrocławiu barażu trener pokonanych Islandczyków Åge Hareide.

Wielu ukraińskich zawodników ma przyjaciół lub rodzinę, których wojna dotknęła całkiem bezpośrednio. Część rodziny Tarasa Stepanenki została pod Donieckiem i nie zdążyła uciec. Znajdują się na terytorium kontrolowanym przez Rosję, a piłkarz ma z nimi utrudniony kontakt. Nie wie do końca, co się z nimi dzieje. Prawy obrońca reprezentacji Ołeksandr Karawajew pochodzi z Chersonia – miasta, które znalazło się pod okrutną okupacją Rosjan. Jego mieszkańcy zostali w dużej mierze przymusowo przesiedleni, a ich mienie zostało zrabowane przez rosyjskie wojska. Część rodziny Karawajewa znajdowała się w mieście, gdy było ono zajmowane przez putinowską armię, potem wyzwalane, a następnie zalewane przez wodę ze zburzonej tamy w Nowej Kachowce. Weź tu w takiej sytuacji trenuj, zajmuj się sportem, myśl o założeniach taktycznych.

Podczas jednej z konferencji prasowych Karawajew, na co dzień grający w Dynamie Kijów, popłakał się, opowiadając o losach swojej rodziny, a później gorąco dziękował ukraińskim żołnierzom za wyzwolenie miasta. Żołnierze prawie na pewno będą też wielokrotnie wspominani w Niemczech podczas mistrzostw.

Awans zespołu prowadzonego przez Serhija Rebrowa nie uszedł uwadze prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, mimo iż ma on na głowie znacznie poważniejsze sprawy niż futbol. "W czasach, gdy wróg codziennie próbuje nas zniszczyć, Ukraina pokazuje, że trwa i że będzie trwać", napisał na Twitterze.

Jednym z najbardziej wokalnych piewców sprawy ukraińskiej jest Ołeksandr Zinczenko z Arsenalu. Po zwycięskim barażu nie krył wzruszenia: – To będzie tak strasznie ważne – mówił o udziale w Euro. –  Będzie na nas patrzył cały świat. To dla nas fenomenalna okazja, by pokazać, jak dobrzy jesteśmy jako zespół i jak dobrze jest być z Ukrainy.

Przy okazji awansu nie mogło zabraknąć opowieści o tym, jak bardzo reprezentacja, odnosząc sukcesy, podnosi morale nie tylko ludności, która została w Ukrainie, ale przede wszystkim wojska. Internet obiegły zdjęcia żołnierzy oglądających na małych ekranach decydujący mecz z Islandią. – Patrzcie, co się działo w Ukrainie w ostatnich dniach: drony, rakiety, bomby spadające na różne miasta. To się nie mieści w głowie. Dlatego potrzebujemy wsparcia całego świata – mówił pomocnik Szachtara Donieck Heorhij Sudakow. Jeden z tych, którzy wciąż występują w rozgrywanej bez udziału publiczności, przerywanej alarmami bombowymi lidze ukraińskiej.

Ukraina wylądowała w jednej z łatwiejszych grup turnieju – jej rywalami będą Belgia, a także Słowacja i Rumunia, a te dwie ostatnie drużyny wydają się całkowicie w zasięgu ekipy Rebrowa. Awans do fazy pucharowej jest całkiem realny – ćwierćfinał byłby sukcesem. Każdy mecz będzie dla ukraińskich piłkarzy okazją do przypominania o koszmarze wojny i do wzywania Zachodu, by ten podjął działania, nie opuszczał bohaterskiego sojusznika i dalej go dozbrajał.

Gruzińskie Marzenie a gruzińskie marzenie

Równolegle z Ukraińcami poprzez baraże awansowali Gruzini, którzy w decydującym meczu pokonali Grecję w rzutach karnych. To będzie debiut tego niemal czteromilionowego kraju na wielkiej piłkarskiej imprezie – dotychczas gruzińscy piłkarze pokazywali się na mundialu czy mistrzostwach Europy wyłącznie jako zawodnicy reprezentacji ZSRR. Od czasu odzyskania niepodległości w 1991 roku nigdy nie udało im się awansować, mimo iż Gruzja przez ten czas miała niezłych piłkarzy – Kacha Kaładze, dziś burmistrz Tbilisi, wygrał z Milanem wszystko, co się dało, bracia bliźniacy Szota i Arcził Arweładze czarowali publiczność w Holandii, Turcji, Szkocji i Niemczech. Nieustannie dryblujący Giorgi Kinkładze był ulubieńcem fanów Manchesteru City na długo, zanim w klubie pojawiły się arabskie pieniądze.

Awans przyszedł w doskonałym momencie, bo Gruzja teraz bardzo potrzebuje platformy, by powiedzieć o tym, co się dzieje w kraju, który bardzo niebezpiecznie dryfuje w stronę Rosji.

Gruzja zresztą zawsze była zbyt blisko Wielkiego Brata, by spać spokojnie, a Kreml w zasadzie od czasu odzyskania przez Tbilisi niepodległości aktywnie ten kraj destabilizuje. Po ataku na Ukrainę rząd Irakliego Kobachidze z partii Gruzińskie Marzenie ogłosił, że przyjmie uchodźców, a także zaoferuje pomoc humanitarną, ale nie nałożył sankcji ekonomicznych na Rosję ani nie wysłał Ukrainie żadnej broni.

W ostatnich miesiącach Gruzińskie Marzenie postanowiło uchwalić prawo, które opozycja natychmiast nazwała "rosyjskim" ze względu na bliźniacze uchwały podjęte lata temu przez Kreml. Wedle nowej ustawy każda organizacja otrzymująca przynajmniej 20 procent funduszy z zagranicy ma być rejestrowana jako "agenci wpływu zagranicznego". W Gruzji działa mnóstwo organizacji pozarządowych, które w większości próbują wypchnąć kraj z objęć rosyjskiego niedźwiedzia i skierować ku Europie. W grudniu zeszłego roku Gruzja dostała nawet oficjalny status państwa-kandydata do UE. Po wprowadzeniu rosyjskiego prawa istnieje jednak poważna groźba, że proces się bardzo opóźni albo wręcz zostanie wstrzymany.

Nie pomogły ponaddwumiesięczne protesty tłumów w Tbilisi ani prawdziwe wręcz bitwy z policją. Na nic się zdały przyjmowane przez protestujących olbrzymie mandaty, które wynosiły nawet i 25 procent miesięcznej pensji ukaranych. W maju po dwumiesięcznych przepychankach parlament odrzucił weto prezydenta i przyjął nowe ustawodawstwo.

Oburzenia nie kryła większość zawodników reprezentacji Gruzji, na co dzień występująca w zagranicznych klubach. Wyrażali je głównie poprzez media społecznościowe. Pomocnik francuskiego Bordeaux Zuriko Dawitaszwili napisał: "Przyszłość Gruzji jest w Europie". Bramkarz Valencii i kadry Giorgi Mamardaszwili opublikował obrazek połączonych ze sobą flag Gruzji i europejskiej, dopisując na górze: "Jest tylko jedna droga". Niedługo po nim podobnie zachowała się większość pozostałych kadrowiczów.

Większość piłkarzy była bardzo aktywna od początku protestów. Jednym z najbardziej zagorzałych przeciwników rosyjskich wpływów jest Dżaba Kankawa. 38-letni były już kapitan reprezentacji w styczniu 2022 roku, po rozegraniu 100. meczu w reprezentacji, ogłosił rezygnację z gry w kadrze. Dał się jednak namówić i jeszcze wziął udział w zwycięskich barażach o Euro. W maju otrzymał powołanie na zgrupowanie przed turniejem, ale po dwóch dniach obwieścił, że owszem, do Niemiec pojedzie, ale wyłącznie w charakterze kibica. Być może dlatego nie musiał owijać w bawełnę i bawić się w dyplomację. Podczas kolejnej nocy zamieszek umieścił na Instagramie zdjęcie dwóch protestujących, twardo patrzących w oczy uzbrojonym policjantom, i napisał: "Fu*k you Russia". Przebywający na emigracji w Anglii Dawit Kezeraszwili, który w 2008 roku podczas pięciodniowej wojny z Rosją był ministrem obrony, powiedział nawet, że zaangażowanie piłkarzy w protesty i jednoznaczne opowiedzenie po stronie opozycji może się okazać decydującym czynnikiem. Jak dziś już wiemy – niestety się nie okazało.

Największym gwiazdorem Gruzinów jest oczywiście Chwicza Kwaracchelia, niezwykle efektowny skrzydłowy, jeden z architektów pierwszego po 30 latach mistrzostwa Napoli, a dziś cel transferowy PSG – kwota, którą zapłacą paryżanie, prawdopodobnie przekroczy 100 milionów euro. Kwaracchelia, mimo iż uwielbiany w Gruzji za umiejętności i dryblingi, nie jest jednak tak jednoznacznie pozytywnie odbierany. Po inwazji Rosji na Ukrainę UEFA ogłosiła, że piłkarze mający ważne kontrakty w klubach ligi rosyjskiej mogą odchodzić na wypożyczenia poza Rosję. Jednym z pierwszych zawodników, który z tego przywileju skorzystał, był, jak pamiętamy, Grzegorz Krychowiak. Wiemy też, jaki ostracyzm spotkał Macieja Rybusa, który postanowił w Rosji pozostać. Kwaracchelia także nie chciał opuścić Rubina Kazań, w którym wówczas występował. W kręgach proeuropejskich w Gruzji jego decyzja była mocno komentowana, a większość komentatorów nie kryła oburzenia. Do tego stopnia, że piłkarz i jego rodzina zaczęli dostawać groźby. W końcu skrzydłowy się ugiął i podpisał jednak krótkoterminowy kontrakt z Dinamo Batumi. Gdy w Tbilisi trwały protesty, zawodnik Napoli udostępnił u siebie na Facebooku wspomnianą już grafikę z połączonymi flagami UE i Gruzji. Dla niektórych to jednak było za mało i głośno domagali się od "Kvaradony" jasnego i jednoznacznego odcięcia się od Rosji.

Na Euro pojedzie kadra bardzo proeuropejska. W grupie z Portugalią, Czechami i Turcją piłkarze francuskiego szkoleniowca Willy'ego Sagnola, byłego zawodnika Bayernu Monachium, mają raczej niewielkie szanse. Tym głośniejsi muszą być zatem w tych trzech gwarantowanych meczach.

Wybór Anglików – czy premier skorzysta, jeśli piłkarze będą wygrywać?

Dość niespodziewanie podczas Euro może się rozpolitykować także reprezentacja Anglii. Jej piłkarze są znani z tego, że zabierają głos w ważnych społecznie sprawach – często nawet wbrew swoim kibicom, spośród których wielu ma przecież dość konserwatywne poglądy. Tak było, chociażby podczas poprzedniego Euro, gdy zawodnicy Garetha Southgate’a klękali przed każdym meczem w geście protestu przeciwko rasizmowi i brutalności policji wobec czarnoskórych. Część publiczności ich wygwizdywała i buczała, ale piłkarze się nie ugięli. Jeszcze wcześniej wielu z nich występowało przeciwko Brexitowi, otwarcie rozmawiało o prawach osób LGBTQ+ czy o zdrowiu psychicznym.

Tymczasem premier Wielkiej Brytanii Rishi Sunak kilkanaście dni temu wyznaczył datę wyborów na 4 lipca. Niemal wszyscy obserwatorzy spodziewali się, że Sunakowi nie będzie się spieszyć i głosowanie odbędzie się dopiero jesienią. Wszak rządząca Partia Konserwatywna jest obecnie we wszystkich sondażach daleko za Partią Pracy.

To dopiero drugi taki przypadek w historii Wielkiej Brytanii, że wybory odbędą się w tym samym czasie co wielki piłkarski turniej – poprzednio taka sytuacja miała miejsce w 2016 roku, gdy decydował się Brexit. Anglicy pewnie awansują z grupy, Szkoci mają nieco mniejsze szanse, ale wykluczyć też tego nie można. Oznacza to, że tysiące obywateli będzie w czasie wyborów przebywało w Niemczech.

Poważni analitycy polityczni zastanawiają się, czy urzędujący premier nie skorzysta na patriotycznym uniesieniu, jeśli Anglia (lub Szkocja oczywiście) będzie dobrze grać i pokonywać kolejnych rywali. A przecież mowa o zespole, który przez bukmacherów uważany jest za faworyta mistrzostw. Przedwczesne odpadnięcie może z kolei oznaczać, że ludzie obrócą się przeciwko Sunakowi. Z całą pewnością piłkarze będą na konferencjach prasowych musieli odpowiadać także na pytania polityczne. Sunak ogłosił termin wyborów zaledwie kilka dni po tym, jak Southgate powiedział, że ma nadzieję, iż tym razem podczas turnieju nie będzie tyle polityki, ile w Katarze, i wszyscy będą się mogli skupić wyłącznie na futbolu.

Zapomniana Palestyna

Wielkim pytaniem pozostaje, jak futbol zachowa się wobec Palestyny. W połowie maja główny prokurator Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze, Brytyjczyk Karim Ahmad Khan, wystąpił z wnioskiem o wydanie nakazów aresztowania nie tylko dla liderów Hamasu, ale także dla premiera Izraela Binjamina Netanjahu i tamtejszego ministra obrony Jo’awa Galanta. Prokurator stwierdził, że jego biuro zebrało wystarczającą liczbę dowodów, by wymienionych oskarżyć o zbrodnie przeciwko ludzkości i zbrodnie wojenne. Prokurator Khan zarzucił premierowi Izraela i jego ministrowi między innymi posługiwanie się głodem jako metodą prowadzenia wojny, umyślne powodowanie wielkiego cierpienia czy kierowanie ataków na ludność cywilną.

A jednak FIFA i UEFA nie stosują tych samych zasad wobec Izraela, co chociażby wobec Rosji. Po agresji Putina na Ukrainę oba ciała rządzące futbolem, mimo pierwotnych oporów i kluczenia, ostatecznie dość szybko doprowadziły do zawieszenia Rosji. UEFA zerwała intratną umowę z Gazpromem, tamtejsze kluby nie mogą uczestniczyć w rozgrywkach pucharowych, a reprezentacja została wykluczona z eliminacji Euro. Izraela nikt jednak nie śmie ruszyć. Podczas Kongresu UEFA w Paryżu, który odbył się w lutym tego roku, sekretarz generalny organizacji Theodore Theodoridis powiedział nawet, że "sprawy Izraela i Rosji są całkowicie różne". Zasugerował również, że Izrael nie ponosi odpowiedzialności za złamanie prawa wojennego, gdyż atak na Palestynę to tylko odpowiedź na zamach Hamasu z 7 października 2023 roku.

Gdy Izrael przystąpił do okrutnego odwetu, przeprowadzając jedno z największych bombardowań w nowożytnej historii, zrównując Gazę niemal z ziemią, niszcząc obozy dla uchodźców, meczety, szkoły, szpitale i inne budynki cywilne, kilku piłkarzy wyraziło solidarność z Palestyńczykami. Najczęściej byli to praktykujący muzułmanie, jak Mohamed Salah z Liverpoolu czy były gwiazdor Realu Madryt Karim Benzema, oraz zawodnicy grający na co dzień w krajach arabskich.

Na Zachodzie poparcie dla Palestyny przyjmowano różnie. Bayern Monachium wydał specjalne oświadczenie, w którym obiecał, że odbędzie rozmowę ze swoim marokańskim zawodnikiem Noussairem Mazraouim, po tym jak przebywający wówczas na zgrupowaniu reprezentacji zawodnik opublikował na Instagramie coś na kształt modlitwy o zwycięstwo Palestyńczyków. Na pogrożeniu palcem się skończyło. Obrońca nie został ostatecznie zawieszony, mimo iż spora część opinii publicznej domagała się tego.

Los ten spotkał Anwara El Ghaziego, holenderskiego napastnika Mainz. Opublikował on wpis na Instagramie: "From the River to the sea Palestine will be free", czyli: od rzeki (Jordan) do morza (Śródziemnego) Palestyna będzie wolna. Palestyńczycy twierdzą, że to nawoływanie do równości i demokracji, natomiast w Izraelu uważa się je za antysemickie i zachęcające do eksterminacji Żydów – szczególnie po tym, jak hasła zaczął używać Hamas.

W historii El Ghaziego ważny jest kontekst – Mainz to klub, którego jednym z bohaterów jest Eugen Salomon: żydowski piłkarz, jeden założycieli klubu w 1905 roku, kapitan drużyny, który po dojściu nazistów do władzy został najpierw pozbawiony opaski i funkcji, a następnie musiał uciekać do Francji. Został zamordowany w Auschwitz w listopadzie 1942 roku. Dziś stadion Mainz mieści się przy Eugen-Salomon-Strasse. Klub oświadczył, że zachowanie holenderskiego skrzydłowego jest "niezgodne z wartościami klubu". W listopadzie kontrakt został rozwiązany, a El Ghazi do dziś jest bez klubu.

Youcef Atal, algierski obrońca Nicei, musiał z kolei ratować się transferem do Turcji, po tym jak w październiku udostępnił na swoim Instagramie wypowiedź palestyńskiego kaznodziei, który prosił Boga, aby "zesłał Żydom czarny dzień". Szybko filmik usunął, ale mleko się rozlało, a na piłkarza krytyka spadła zewsząd. Głos zabrał burmistrz miasta, który powiedział, że jeśli Algierczyk nie potępi terrorystów Hamasu, nie będzie już dla niego miejsca w klubie i mieście. Atal przeprosił, udostępnił nagranie, w którym potępił "wszelkie formy przemocy", ale prokuratura w Nicei już wszczęła przeciwko niemu śledztwo. Zarzutem było propagowanie terroryzmu. Dwa dni później klub zawiesił zawodnika, a w listopadzie obrońca został zatrzymany przez policję i skazany za podżeganie do nienawiści na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu. W lutym przeniósł się do Demisporu.

Ani rozmowa wychowawcza, ani tym bardziej jakiekolwiek zawieszenie czy inna kara nie spotkały izraelskiego skrzydłowego Tottenhamu Manora Solomona. Kilka godzin po zbombardowaniu szpitala w Strefie Gazy Solomon napisał, że Palestyńczycy zabijają swoich ludzi i obwiniają Izrael. Później udostępnił oficjalne oświadczenie prezydenta Izraela Izaaka Herzoga, który odpowiedzialność za bombardowanie Palestyny przerzucił na Hamas.

Wojna w Palestynie jest nazbyt skomplikowana, w porównaniu do dużo prostszego w narracji konfliktu za naszą wschodnią granicą. Świat zachodni jasno opowiedział się po stronie Ukrainy; w naszej części świata oczywiste jest, że Rosja jest godnym potępienia agresorem, z którym nie można się obecnie ani przyjaźnić, ani współzawodniczyć na niwie sportowej. Poparcie Izraela przez USA i sporą część krajów zachodnich, wyjątkowo zagmatwana historia konfliktu w tamtym rejonie, a także oskarżanie o antysemityzm kogokolwiek protestującego przeciwko ludobójstwu w Gazie sprawiają, że większość piłkarskiego środowiska raczej woli milczeć.

Ostatnio jednak kompletnie niespodziewane wsparcie dla Palestyny nadeszło od zazwyczaj całkowicie przezroczystego w kwestiach politycznych i społecznych Cristiano Ronaldo. W mediach społecznościowych zaczął krążyć filmik, na którym jeden z najwybitniejszych piłkarzy świata nazywa dzieci Palestyny "prawdziwymi bohaterami". Na przebitkach widać między innymi Ronaldo w t-shircie wspierającym Palestynę. Bardzo szybko okazało się, że to fałszywka. Nagranie pochodzi sprzed ataku Izraela na Hamas i, owszem, jest skierowane do cierpiących przez wojnę dzieci – tyle że z Syrii. Koszulki z poparciem to z kolei sprawa grafików komputerowych.

Ze strony futbolu Palestyna raczej wsparcia nie ma co oczekiwać.

***

Świetni autorzy, mocne teksty, ciekawe tematy - o piłce i wokół niej. Usiądźcie wygodnie i poczytajcie >>> Magazyn.Sport.pl.

Magazyn.Sport.pl na EuroMagazyn.Sport.pl na Euro Marta Kondrusik

Czy Ukraina wyjdzie z grupy na Euro?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.