Polacy wtrącili Cruyffa do drewnianej chatki. Mistrzostwo Europy nigdy nie było tak blisko

Rzucali świat na kolana, a żeby zagrać na Euro musieli dopiero z Beenhakkerem "wyjść z drewnianych chatek". Polska - czyli "international level" - którego w Europie po prostu nie było.

11 czerwca rozpoczyna się Euro 2020, rozgrywane rok od pierwotnej daty. Aż do meczu otwarcia - zawsze co piątek - na Sport.pl i Gazeta.pl przedstawiamy pięć historii pod hasłem "Euro fiction". Wszystkie łączy jedno wydarzenie, które w kilka sekund mogło zmienić bieg futbolowej historii. W pierwszej przenieśliśmy się do byłej Jugosławii, w drugiej do Czechosłowacji, a w trzeciej do Anglii.

Zaznaczmy od razu - teraz na Euro biegają 24 drużyny, co sprawia, że wystarczy, że umiesz w miarę prosto kopnąć piłkę, dolecisz do odległego czasami rywala, i możesz zakładać okolicznościowe koszulki z okazji awansu. A na początku na mistrzostwa Europy jechały cztery ekipy. Potem osiem. Polsce udało się, gdy liczba uczestników doszła do szesnastu. Żadne wytłumaczenie.

W latach 60. byli oczywiście legendarni Lucjan Brychczy i Ernest Pol (Pohl), wyrósł nawet wyjątkowy w europejskiej skali zabrzański Górnik z Lubańskim, ale Polska nie miała szans zbliżyć się do mistrzostw Europy. Sytuacja zaczęła się zmieniać, a jakże, po objęciu stanowiska selekcjonera przez Kazimierza Górskiego.

Orły się wykluły

Przyszedł w momencie wcale nie najgorszym - przejął kadrę od Ryszarda Koncewicza właśnie w eliminacjach do ME, po pierwszym wygranym meczu z Albanią (3:0). W kadrze miał Lubańskiego, Gadochę, Szołtysika, ale i genialnego Jana Banasia, który przez politykę nie mógł pojechać na mistrzostwa świata w 1974 roku. Górski zaczął budować, ale na sukcesy jeszcze przyszło poczekać - w debiucie już tylko zremisował z Albanią, a na potem na Stadionie X-lecia uległ RFN. Na koniec na wyjeździe potrafił już w Hamburgu nie przegrać z drużyną, która kroczyła po mistrzostwo Europy, a potem świata.

No dobrze, ale Górski zaraz potem sięgnął po mistrzostwo olimpijskie, a od finału mundialu dzieliły go tylko kałuże, a w zasadzie jeziora na boisku we Frankfurcie. Największym problemem okazało się losowanie - los zetknął Polskę w grupie z "futbolem totalnym" Holendrów. Najlepszą drużyną w historii, która mistrzem świata nie została. Zetknął też z Włochami, ale kto by się nimi (wtedy, na początku eliminacji) przejmował.

Alibi od konsula

Dwa zwycięstwa z Finlandią. Remis z Włochami. Kto pamięta wyniki? Tylko najwięksi kibice albo czytelnicy "Encyklopedii FUJI". Książki zaraz wyjmiemy, ale wtedy przyszedł mecz-ikona. Pomnik. Po prostu: Polska nigdy lepszego nie zagrała. Wspominany nawet przez Jacka Ben Silbersteina, czyli Czesława Śliwę, w filmie "Konsul", by zapewnić "alibi" swojemu koledze.

 

Stadion w Chorzowie mógł pomieścić wtedy 85 tysięcy kibiców. Weszło ponad 120 tysięcy. Zamówień na bilety - grubo ponad pół miliona. - Szał - wspominał po latach główny aktor tamtego spektaklu, Grzegorz Lato. Bramkarz Jan Tomaszewski twierdził, że po latach Johan Cruyff, najlepszy piłkarz lat 70., powiedział mu "że nogi się pod Holendrami ugięły, gdy usłyszeli dźwięk trybun".

Wyczuwali

Powstał mit kotła czarownic, ale to piłkarze Górskiego czarowali. A może to ten czerwony orzeł na koszulkach, błędnie wydrukowany przez adidasa? Lato - 1:0. Gadocha - 2:0. Szarmach - 3:0. Szarmach - 4:0. Jeden z bliźniaków van der Kerkhofów - 4:1. Mogło być dużo wyżej.

- To było niewiarygodne. Nie mogłem się połapać. Jakby wyczuwali, co zamierzam zrobić w danym momencie - powie Cruyff cytowany przez "Sport".

Koncert, jakiego Polska nie zagra pewnie do meczu z Portugalią za kadencji jego rodaka, Leo Beenhakkera. I dopiero wtedy awansuje na Euro. Bo wtedy - kartkujemy annały - nie dość że przegrywamy rewanż z Holandią 0:3, to nie możemy pokonać (już drugi raz Włochów). Mamy tak jak "Oranje" osiem punktów, ale nie wchodzimy przez bilans bramek. Przegrywamy tylko jeden mecz, Holendrzy dwa (bo ulegają Włochom), ale to oni jadą do Jugosławii.

Winny stadion

To był symboliczny koniec tej kadry. Górski odchodzi po IO 1976, gdzie porażka w finale z NRD uznana jest za niemal koniec świata. A zobaczmy, gdzie bylibyśmy, gdy by choć jeden strzał wpadł do włoskiej bramki.

By pojechać na Euro, trzeba było jeszcze rozegrać dwumecz. Z Belgią. Holandia rozbiła sąsiada 5:0 u siebie i spokojnie pokonała 2:1 na wyjeździe. Półfinał to horror z Czechami (Holendrzy przegrali po dogrywce), ale umówmy się - w pojedynku dwóch demoludów zwycięzca mógł być tylko jeden. Nie byłoby karnego Panenki, byłby rewanż za Frankfurt z RFN. Już bez kata Gerda Muellera.

Historii nie cofniemy, wspomnień nie wymażemy. Momenty były, ale historia polskich eliminacji do Euro to wielka smuta. Odmienił ją Holender. Zaczął fatalnie - od porażki - a jakże, z pamiętającą eliminacje do ME 1976 Finlandią. Potem była ta słynna Portugalia, odpowiednik 4:1 Orłów Górskiego, choć tylko 2:1. Też w kotle czarownic. Potem szybkie trzy mecze na Euro 2008 i do domu.

Winni się znaleźli - najpierw sędzia Webb, potem Beenhakker. - Gdybyśmy grali w Chorzowie, wygralibyśmy z Włochami - powie Tomaszewski o swoich eliminacjach doi Euro 1976. Koło zamknięte, bo X-lecia, przepraszam, Narodowy, znowu jest domem reprezentacji. Chorzów gości lekkoatletów. Część z nich nie biega tak szybko, jak Polska 10 września 1975 roku z Holandią. Meczu który powinien być wspominany jako ten, który rozpoczął marsz Polski po mistrzostwo Europy, a został "tylko" najlepszym w historii.


Więcej o: