Dariusz Wołowski: Kac bułgarski, kac polski

Katastrofa, która spotkała Bułgarię, to modelowy przykład, jak można stracić pięć goli, mając wszelkie dane ku temu, by nie przegrać. I nie chodzi mi o pomyłkę arbitra Rileya, który powinien wyrzucić z boiska Linderotha w 55. min (druga żółta kartka) i przy stanie 1:0 Szwedzi graliby w dziesiątkę. Chodzi o to, że ta klęska 0:5 to nie był efekt braku umiejętności, ale raczej małej odporności i konsekwencji. Po wspaniałej bramce Larssona nieźle zorganizowana drużyna Bułgarii nagle znalazła się w rozsypce: fizycznej i psychicznej. Kolejne gole musiały paść.

Ale wcześniej? Rajdy Martina Petrowa szybkiego jak ferrari, technika, przygotowanie fizyczne i sposób utrzymania się przy piłce wszystkich Bułgarów robiły wrażenie. Przez 55 minut byłem niemal pewien, że katastrofa im nie grozi. Mimo że Szwedzi grali doskonale.

Wynik jest nieśmiertelny, styl zapomina się szybko. Wczoraj kibice w Bułgarii obudzili się z ciężkim kacem. Tak jak z ciężkim kacem budziliśmy się my po pięciu ostatnich potyczkach ze Szwedami. Mimo wszystko krajobraz po klęsce nie jest taki sam. Wygląda lepiej w Bułgarii. Po 0:5 nikt o tym nie chce i nie może pamiętać, ale jednak to drużynie Markowa bliżej do Europy. Choć ostatnio Polska przegrała ze Szwecją "zaledwie" 1:3.