Euro 2016. Anglia - Islandia. Reprezentacja Anglii i kamień filozoficzny

Pamiętacie złego nauczyciela, szepczącego w czasie meczu quidditcha zaklęcia, by uniemożliwić Harry'emu Potterowi kierowanie miotłą? A wierzbę-staruchę, wabiącą śpiewem hobbitów w swoje sidła? Na Islandii muszą mieć chyba równie zdolnych czarodziejów - pisze Michał Okoński, dziennikarz "Tygodnika Powszechnego" i komentator Sport.pl

Przywołuję przykłady literackie, i to ocierające się o sferę magii, bo mam wrażenie, że doszliśmy do ściany w próbach racjonalnego tłumaczenia katastrofalnych występów Anglików na wielkich piłkarskich turniejach. Znamy przecież tych piłkarzy, oglądamy ich co tydzień w Premier League i wiemy, jak wiele potrafią, gdy nie paraliżuje ich założenie koszulki z trzema lwami. Do poniedziałkowego wieczora gotowi bylibyśmy przysięgać, że Wayne Rooney to ten, co strzelił fenomenalną bramkę przewrotką w derbach z Manchesterem City. (Powiecie, że od tamtej pory upłynęło trochę czasu? No to przypomnijcie sobie przykłady z ostatniego sezonu: cudownego gola Dele Alliego w derbach z Crystal Palace, albo zuchwałe trafienie Harry'ego Kane'a w meczu z Arsenalem). Że wszystkie te katastrofalne błędy: niedokładne podania, złe przyjęcia piłki, fatalne decyzje o strzałach - nieprzygotowanych (Rooney) lub, dla odmiany, przeczekanych (Kane) - nie są tak naprawdę dla nich typowe.

Zaiste: jakby ktoś ich na ten wieczór zaczarował - i może to tłumaczy fakt, że po odgwizdaniu końca spotkania sędzia natychmiast się przeżegnać. Wyraźnie odpędzał złe uroki.

Dlaczego Anglia przegrywa

Mam niemałe doświadczenie w opisywaniu okropnych meczów reprezentacji Anglii, ale ten - jak widać - stanowi prawdziwe wyzwanie. Wyzwanie nie tyle na poziomie przytoczenia faktów: od fatalnego krycia przy pierwszym golu dla Islandii (pomijając spóźnionego przy strzelcu bramki, Ragnarze Sigurdssonie, Kyle'a Walkera - dlaczego to niewysoki Wayne Rooney krył podającego doń rosłego stopera Kariego Arnasona?), przez zachowanie Joe Harta (wydawało się, że limit błędów wyczerpał przy rzucie wolnym Bale'a, podczas meczu z Walią) i pary stoperów przy golu numer dwa, co zrozumienia, jak to wszystko było możliwe. Dlaczego Anglicy dali się zaskoczyć dalekim wyrzutem z autu, choć znali tę islandzką metodę i ćwiczyli na treningach sposoby jej neutralizowania? Dlaczego boczni obrońcy nie grali, jak w poprzednich spotkaniach i w trakcie eliminacji (i jak grają w klubie) roli fałszywych skrzydłowych? Dlaczego w ogóle, zmieniając Sterlinga na Vardy'ego, Roy Hodgson na pół godziny pozbawił się skrzydeł? Dlaczego Marcus Rashford pojawił się na boisku dopiero w 86. minucie, skoro w parę minut narobił więcej zamieszania niż wspomniany Sterling w godzinę (trzy udane dryblingi - meczowy rekord Anglików - ustanowiony w pięć minut)? Dlaczego w drugiej połowie na boisko wyszedł Jack Wilshere, niegrający w piłkę przez blisko rok, a w meczu ze Słowacją zmieniony tuż po przerwie z powodu kiepskiej gry? Dlaczego Wayne Rooney spowalniał akcje swojej drużyny, przed każdym niemal długim podaniem dotykając piłkę dwa-trzy razy, tak, że w tym czasie przy jego kolegach pojawiali się już rywale, i dlaczego nawet wtedy jego podania okazywały się nieprecyzyjne? Dlaczego Harry Kane wykonywał rzuty wolne, a po zejściu Rooneya - także rzuty rożne? Co się podziało z szybkością i płynnością, którymi imponowali w trakcie długich okresów gry w fazie grupowej? Ile strat zanotowali Sterling, Sturridge czy Alli?

Wszystkie te pytania zdają się wskazywać winowajcę w Royu Hodgsonie, ale robienie kozła ofiarnego z selekcjonera byłoby zbyt proste. Przecież pod wodzą tego trenera przeszli bez szwanku eliminacje. Przecież wygrywali z Niemcami i Francją. Przecież odmłodzili drużynę. Przecież jej dziesięciu członków w Tottenhamie Mauricio Pochettino i Liverpoolu Jurgena Kloppa gra arcynowocześnie. Przecież.

Dlaczego Anglia przegrywa? Simon Kuper i Stefan Szymanski napisali o tym całą książkę, a w najbliższych tygodniach i miesiącach inni autorzy pisać pewnie będą kolejne. Jedni powiadać będą przy tej okazji, że jej piłkarze, podobnie jak kluby, mają zbyt dużo pieniędzy (akurat podczas meczu z Islandią poinformowano, że ligowy średniak, Crystal Palace, zapłaci Marsylii 38 milionów euro za Michy'ego Batshuayi'ego) i że stają się syci zanim cokolwiek osiągną. Inni, że są zbyt zadufani. Inni z kolei: że zbyt wrażliwi ("jak wyrównaliśmy, zobaczyłem w ich oczach panikę" - powiedział po meczu któryś z Islandczyków) - to że w drugiej połowie wielu z nich bało się zaryzykować, było przecież ewidentne. Że są zbyt zmęczeni (Harry Kane: za dużo meczów w sezonie, a jeszcze podczas poprzednich wakacji grał w młodzieżowych mistrzostwach Europy), a równocześnie zbyt rozpuszczeni (Raheem Sterling, jak pamiętamy, odrzucił propozycję stutysięcznej tygodniówki od Liverpoolu , a potem przeniósł się do Manchesteru City za ponad 40 milionów funtów - gdyby podzielić tę kwotę pomiędzy wszystkich mieszkańców Islandii, każdy otrzymałby prawie 200 funtów). Tłumaczeń, że w Premier League gra ich zbyt mało, albo że brakuje im przerwy zimowej, nie będzie nam się chciało czytać: zostali ograni przez reprezentację kraju, którego piłkarze z racji warunków atmosferycznych przez większą część roku muszą biegać pod dachem.

Wybierz z nami Miss Trybun Euro 2016! [GŁOSUJ]

Dlaczego Islandia wygrywa

W ogóle zresztą: po co czytać o tych nieszczęsnych patałachach? Czy nie lepiej dać się ponieść romantycznemu uniesieniu, że oto Dawid spod wulkanu pokonuje, ekhemm, Goliata?

Okiełznajmy to uniesienie, bo w sukcesie Islandczyków niewiele jest tak naprawdę romantyzmu. Owszem: 320 tysięcy mieszkańców to, jeśli dobrze liczę, dwie dzielnice Krakowa. To prawda: w 143 klubach zarejestrowano 20 tysięcy piłkarzy - prawie trzy razy mniej niż w Małopolskim Związku Piłki Nożnej, ale 20 z 320 tysięcy daje ponad 7 proc.; nie ma pewnie drugiego kraju na świecie, w którym tylu obywateli uganiałoby się za piłką - w warunkach, jak wspomnieliśmy, niezbyt sprzyjających.

Od kilkunastu lat, po tym, jak tamtejsza federacja piłkarska wdrożyła program radykalnych reform, Islandczycy mają wreszcie pełnowymiarowe boiska pod dachem, co pozwala im grać także podczas niesprzyjającej pogody. Ponad sto mniejszych i tańszych obiektów ze sztuczną nawierzchnią powstało przy szkołach. Liczba dyplomowanych trenerów wzrosła od 2000 r. siedmiokrotnie; nawet pięcio-sześciolatki uczą się gry w piłkę pod okiem trenerów z licencją "B". Młodzież szybko dostaje szansę debiutu: w miejscowej lidze występują już 16-18-latkowie. Vidor Sigurdsson, szef działu sportowego największej islandzkiej gazety "Morgunbladid", mówił kiedyś odpytującemu go dziennikarzowi ze Szkocji, że niewielka liczba zawodników może wręcz działać na korzyść: młodsi najzdolniejsi szybko zaczynają się ze sobą zgrywać, żaden talent nie przejdzie niezauważony.

Efekty reform widać: wielu obecnych reprezentantów Islandii, z roczników między 1989 a 1992 i nazywanych na wyspie "złotym pokoleniem", grało ze sobą już na młodzieżowych mistrzostwach Europy w 2011 r. (awans na ten turniej był do niedawna największym sukcesem islandzkiego futbolu). Fachowości prowadzącego ich trenera Larsa Lagerbacka nie sposób podważyć, podobnie jak prostoty środków, jakimi osiągają swój cel.

Rzecz w tym, że pokonanie Anglików wcale nie wymagało romantycznego zrywu. Bramkarz Haldorsson nie musiał heroicznie interweniować, a zaskakująco wysoko ustawieni obrońcy - ratować drużyny desperackimi wślizgami (poza jednym przypadkiem: bohatera meczu Ragnara Sigurdssona, wybijającego piłkę spod nóg Vardy'ego po zgraniu Kane'a). Ba: skrót obejmujący najgroźniejsze akcje meczu musiałby się ograniczyć do ich akcji, bo przecież w drugiej połowie przewrotką strzelał Ragnar Sigurdsson, a Hart bronił jeszcze uderzenie Gunnarssona. Ustawienie 4-4-2, kontakt między formacjami, niwelowanie wolnej przestrzeni, koncentracja, wybieganie - w sumie żadna filozofia, a jaki efekt.

Jeszcze jeden Brexit

Mówiąc serio: nie było żadnych czarów. Anglicy przegrali sami ze sobą. Nie pierwszy raz w ciągu ostatnich dni.

Wspomniany już Simon Kuper zwraca uwagę w "Financial Timesie", że angielska drużyna od dziesięcioleci dostarcza najlepszych metafor dla opisywania narodowego upadku, ale wydarzenia ostatnich dni przebijają wszystko: w czasie gdy rynki finansowe pozbywają się brytyjskich aktywów, a Westminster przypomina republikę bananową z operetki, piłkarze wielkiego niegdyś imperium odpadają z mistrzostw Europy po meczu z barbarzyńcami z małej wysepki.

Tak, narodową traumą związaną z Brexitem angielskiej porażki jeszcze nie tłumaczyliśmy. Temat ten otwiera nowe wątki: jeśli liga angielska jest rzeczywiście najlepsza na świecie, jaka w tym rola samych Anglików, a jaka przybyszów - piłkarzy i trenerów? I czy w obecnym klimacie politycznym można sobie wyobrazić zatrudnienie przez Football Association w roli następcy Roya Hodgsona jakiegoś fachowca zza granicy? Kandydatury angielskie, jakie od poniedziałku padają, m.in. Alana Shearera, Gary'ego Neville'a czy Garetha Southgate'a, nie zapowiadają wielkiej poprawy. Po prostu feralna posada, coś jak nauczyciel obrony przed czarną magią w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.

Kto awansuje do półfinału?
Więcej o: