Ekstraklasa w Sport.pl. Szymon Marciniak: Finał Euro zostawiam kadrze Polski

- Bawiło mnie, gdy widziałem sędziów z najwyższej półki, z najważniejszych państw, jak obgryzali paznokcie. Niby kibicowali swoim krajom, ale wiedzieli, że muszą opuścić imprezę, gdy ta dotrze daleko. Zawsze myślałem, że nie będę miał tego problemu, ale cieszę się, że nasza kadra jest coraz lepiej postrzegana - mówi w rozmowie z Sport.pl Szymon Marciniak, sędzia międzynarodowy.

Jacek Staszak: Sezon się skończył, ale dla pana to ostatnie chwile relaksu.

Szymon Marciniak, sędzia międzynarodowy: - Tylko kilka dni wolnego. Znowu bez wakacji. Czas na odnowę, regenerację, przygotowanie taktyczne. Niebawem wyjedziemy na obóz z kadrą do Arłamowa i tam będziemy się szkolić. Posędziujemy gierki wewnętrzne, dopracujemy współpracę, sygnalizację. No i cóż... 6 czerwca ruszamy na podbój Francji, dzień później egzaminy fizyczne, nazajutrz będą pierwsze wyznaczenia na mecze.

Jaki to był dla pana sezon?

- Długi, ale bardzo udany. I znowu najważniejszy, od trzech lat każdy następny taki jest. Najpierw dostałem się do elity, potem celem były Mistrzostwa Europy. Nie oczekiwałem, że poprowadzę ćwierćfinał Ligi Mistrzów, półfinał Ligi Europy. Zapracowaliśmy na to zaufanie, spłaciliśmy kredyt zaufania. Dlatego na Euro jedziemy z podniesioną głową.

I jedzie pan jako jeden z reprezentantów ekstraklasy.

- Tym bardziej jest mi miło. Dużo tej lidze zawdzięczamy. Dla nas ta reforma jest zbawienna, cały czas czujemy presję, emocje. Niektórzy zawodnicy jej nie wytrzymują, a co dopiero sędziowie. Odcisnęło to duże piętno, widzę, że się rozwijam. To procentuje, bo przed najważniejszymi meczami europejskimi nie mam już stresu. To zasługa reformy.

Kiedy się pan dowie, które mecze będzie pan prowadził?

- Dwa-trzy dni przed każdym spotkaniem. Tak było na ME do lat 21. To w sumie ceremonia, wszyscy sędziowie są na sali, jest wielki ekran. Wszystko dzieje się dynamicznie, po kolei każdy mecze jest obsadzany. Tego nie da się opowiedzieć słowami. Ponad setka sędziów, duża grupa ludzi. Zobaczymy, co nam się trafi. Na pewno nie będzie meczów o nic, bo każdy piłkarz będzie się chciał pokazać, grać o życie, będzie miał szansę na nowy klub. Dla nas to coś wielkiego.

W filmie "Zabić sędziego" jeden z bohaterów - Manuel Mejuto Gonzalez - żałował, gdy jego kraj - Hiszpania - awansował do finału. Oznaczało to, że nie może poprowadzić tego spotkania.

- Nie będę płakał, jeśli nie będę mógł sędziować ostatniego meczu. Stąpam mocno po ziemi, to jest moja pierwsza impreza i jadę na razie tylko po doświadczenie, naukę. Posędziuję fajne mecze, może trafi się ciekawa faza pucharowa. Finał zostawiam kadrze Polski.

Ale wiem o co chodzi. Bawiło mnie, gdy widziałem sędziów z najwyższej półki, z najważniejszych państw, jak obgryzali paznokcie. Niby kibicowali swoim krajom, ale wiedzieli, że muszą opuścić imprezę, gdy ta dotrze daleko. Zawsze myślałem, że nie będę miał tego problemu, ale cieszę się, że nasza kadra jest coraz lepiej postrzegana. Moi koledzy z elity mówią, że jesteśmy czarnym koniem. Zawsze mówili o nas pozytywnie, gdy nam sędziowali.

W Lidze+ Extra wspominał pan jak skrupulatnie musi się pan przygotowywać do meczu. Na Euro będzie miał pan tylko dwa-trzy dni. To nie za krótko?

- Nie, to wystarczy, proszę mi wierzyć. To będzie pierwsza impreza, kiedy będzie z nami analityk. On będzie dla wszystkich, ale rozgryzie każdą kadrę. Stałe fragmenty gry, atak, obrona, przesuwanie się formacji. Będziemy wiedzieć, kto wykonuje rzuty rożne, wolne. Dlatego ogólne kwestie możemy rozpracować już teraz. A gdy dowiemy się, który mecz sędziujemy, rozgryziemy zespoły zawodnik po zawodniku, każdy stały fragment gry - kto biegnie, kto robi wyblok.

Dla pana ekstraklasa to zadanie domowe, a Europa to prawdziwy egzamin?

- Wszyscy mówią, że Marciniak koncentruje się tylko na puchary. Że w Polsce sędziuje najwyżej dobrze, nie tak jak w pucharach. Nie może tak być. Za każdym razem muszę coś udowodnić. Kiedy jedzie się Europę, trzeba pokazać, że się zasłużyło. Kiedy wraca się do kraju, udowodnić, że nie jest się w elicie za darmo. Poza tym jestem na bieżąco monitorowany, UEFA sprawdza naszą ligę. Tu nie może być fuszerki, bo to jest mój chleb powszedni.

Finał Pucharu Polski był dla pana najtrudniejszy?

- Sportowo nie, ale pod kątem zarządzania tak. Widać było od razu, że wszyscy się bardzo dobrze znają. Wszystkie zadania taktyczne, ustawienia były w miarę rozpracowane. Nie było miejsca na przyjęcie piłki, bo pole gry było bardzo skrócone. Dlatego nie było dużo akcji ofensywnych. No i inne względy też miały duży wpływ na to, jak ten finał wyglądał. Popsuli go kibice w sumie obu drużyn. Wiadomo, że Lecha bardziej, bo rzucali race na murawę. Szkoda, że dzisiaj o tym rozmawiamy, a nie o strzelonych golach, paradach czy dobrych decyzjach sędziów.

Jeszcze w trakcie meczu, gdy było gorąco, większość opinii było takich, że należy mecz przerwać, zakończyć.

- Trzeba pamiętać, że to nie sędzia kończy zawody, tylko jest jeszcze delegat. Byliśmy w stałym kontakcie. Po drugie, trzeba w takim meczu zrobić wszystko, żeby go dokończyć, jeśli jest taka możliwość. Wybieramy najmniejsze zło. Nie wyobrażam sobie, żeby te 50 tys. sfrustrowanych ludzi po przerwaniu meczu wyszło na ulice. Starałem się wszystko robić tak, żeby ten mecz dokończyć.

Już przed pierwszym gwizdkiem myśleliśmy, że rzucanie rac czy serpentyn może się zdarzyć. Umówiliśmy się ze stewardami, że nie chcemy przerywać meczu. Oni będą szybko wpadać na boisko, zabierać race i serpentyny. Niektórzy narzekali, ale to ci, którzy nie mieli pojęcia jak to wygląda.

Wszystko robiliśmy dla bezpieczeństwa ludzi. Nie przerywać, dokończyć. I tak zrobiliśmy, byliśmy w kontakcie z ludźmi od spraw bezpieczeństwa z PZPN, z delegatem. No i z Arkiem Malarzem. Tomek Musiał, sędzia bramkowy, cały czas miał mu przekazywać, że meczu nie przerwiemy. Miał starać się zachować fair.

Który mecz będzie pan wspominał najbardziej?

- Wiele zapadło mi w pamięć. Na pewno wszystkie mecze fazy pucharowej LM, czy to Real-Roma, czy później ćwierćfinał Bayern-Benfica.

Który doskonale pamięta Flavio Paixao [skrzydłowy Lechii Gdańsk pisał na Facebooku o Marciniaku, że nie lubi Portugalczyków]...

- Pomidor.

I do tego Szachtar-Sevilla, półfinał LE. Nie było zawsze łatwo, ale cieszy mnie to, że jesteśmy przy takich meczach w takiej fazie i randze. Wszystko poszło dobrze, byliśmy bardzo wysoko ocenieni. Apetyt urósł, i to dość mocno. Teraz trzeba podtrzymać formę na Euro.

Szykuje się trochę zmian w przepisach.

- Wiele zmian jest kosmetycznych. Na pewno największą jest odwrót od potrójnego karania zawodników. Teraz, gdy jest pozbawienie realnej szansy na zdobycie bramki, mamy i rzut karny, i czerwoną kartkę. To się zmieni, każdy oczekuje meczów w pełnych składach, o ile to tylko akcja ratunkowa. To będzie z pożytkiem dla kibiców i zawodników. Szkoda tylko, że nie mamy szans tego przetestować, bo pierwszą imprezą będą dla nas mistrzostwa Europy. Musimy się przestawić już od tego tygodnia, zaczniemy analizować. Dotychczas graliśmy po staremu i żeby nie robić sobie bałaganu nie sprawdzaliśmy tego dokładnie. Ale jesteśmy na tyle doświadczeni, że szybko się przestawimy.

Taką szokującą wizualnie nowinką będzie nowe rozpoczęcie meczu. Nie trzeba już podawać do przodu, więc do piłki może podejść nawet jeden piłkarz.

- No tak. Rzeczywiście w przepisach nie jest istotne czy podaje się do przodu, czy do tyłu. International Board potrafi zaskoczyć. Czasem nie robią żadnych zmian, a teraz jest ich dużo i to jeszcze przed ważną imprezą. To odważna decyzja. Oby było bez wpadek - mniejszych czy większych. Mam nadzieję, że nic się nie wydarzy.

Piłkarze też będą mieli szkolenia?

- Przede wszystkim my będziemy szkolić kadrę w Arłamowie. Na pewno będzie też członek komisji UEFA. Przyjedzie z materiałem do miejsca zgrupowania Polaków we Francji. Przedstawi wszystkie zmiany. Ale zaskoczeń nie będzie, potwierdzi to, co im przekazaliśmy.

Zobacz wideo

Jak dobrze znasz przepisy piłki nożnej?cz. 2 [QUIZ]

Więcej o: