Szkocja - Polska. Michał Okoński przed meczem: Co możesz zrobić w niedzielę, zrób dziś

Czy opowieść o reprezentacji Polski właśnie przestaje być opowieścią o uczniach, którzy zostawiają wszystko na ostatnią chwilę albo w ogóle nie odrabiają zadań? - pyta Michał Okoński, autor bloga "Futbol jest okrutny" i komentator Sport.pl, również niemogący się doczekać wieczornego meczu.

Budzik zadzwonił o piątej pięćdziesiąt. Najpierw pomyślałem, że za kwadrans znów trzeba będzie znaleźć jakiś sposób na to, żeby mimo ciemności zerwać chłopaków z łóżek, spowodować, że zaczną się ubierać, a potem jeszcze dać im coś w rodzaju śniadania (owszem, przyszło mi do głowy, że na zachętę pokażę im rzuty wolne Eriksena z niedzielnego meczu Swansea-Tottenham). Potem uświadomiłem sobie, że o tej porze niektórzy koledzy już od dawna siedzą w hali odlotów, czekając na samolot do Glasgow, gdzie będą oglądać najważniejszy mecz tej jesieni. W końcu, robiąc kawę, gotując owsiankę i zajmując się tymi wszystkimi rzeczami, którymi zajmują się miliony rodziców na całym świecie, znalazłem klucz do meczu Szkocja-Polska.

Rzecz w tym, że całe życie robiłem wszystko na ostatnią chwilę. W pośpiechu pakowałem się do szkoły, odrabiałem zadania (nieraz, szczerze mówiąc, na korytarzu przed klasą), pochłaniałem jakieś kanapki, nie do końca świadomy, z czym są, szukałem ubrań (ech, te wiecznie niepasujące skarpetki...). Kiedy nauczyciele zadawali jakąś większą pracę na ferie, zabierałem się do niej ostatniego dnia. Wszystko w pędzie, improwizacji i na tłumionym niepokoju, który przecież wcale nie znikał podczas tych chwil, w których niby nic nie robiłem. Może to dlatego jestem taki chudy, że zawsze czekałem do końca.

A przecież kiedy rozglądam się dookoła, widzę identyczne typy. Nie, nie to, że są chudzi - widzę, jak się spieszą. Jak dobiegają w ostatniej chwili do autobusu, jak pochłaniają w porannym tłumie kanapkę z pasztetem, jak, zatrzymani przez korek, poprawiają makijaż w samochodowym lusterku albo (doprawdy fatalny zwyczaj) zawzięcie esemesują, odpowiadając na wiadomości z poprzedniego wieczora. Przenosząc rzecz na poziom futbolu: jak improwizują, zamiast korzystać z wypracowanych na treningu schematów; jak kontratakują, zamiast rozgrywać atak pozycyjny; jak z kubkiem herbaty (czasem to nie była herbata...) na laptopie wołają na przykład coś o "kiełbasach w górę". Jak widać, funkcjonowanie w ten sposób całe życie jest możliwe. Czy jest zdrowe - nie sądzę.

Jasne: nie wszyscy są tacy. "Jedziesz przez powiatowy kraj, a jakbyś się zabłąkał w jakąś rezydencjonalną dzielnicę oberbogatego miasta na dekadenckim Zachodzie" - zauważył niedawno w "Tygodniku Powszechnym" Andrzej Stasiuk, przyglądający się podczas licznych podróży przez Polskę tym wszystkim kutym ogrodzeniom i bramom jak jakieś hiszpańskie balkony ("To jest poważna kasa, tym bardziej że co drugie wrota otwierają się pilotem"). Ojczyzna się zmieniła - konstatował pisarz - i to nie w skali miast, miasteczek, dróg, infrastruktury i inwestycji. "Ona się zmieniła prywatnie. Zmieniła się nie do poznania. Mam do ojczyzny dobrą pamięć i wiem, jak wyglądała 20 lat temu i jak 30".

Otóż obecne eliminacje Euro - zwycięstwa nad Niemcami i Gruzją, pogromy Gibraltaru, remisy ze Szkocją i Irlandią, nawet niedawna porażka z mistrzami świata zdają się potwierdzać tezę Stasiuka: ojczyzna zmieniła się nie do poznania. Nie tylko w sensie zewnętrznej zamożności. Znów przenosząc rzecz na poziom futbolu, bo w końcu o nim mamy tu pisać: zostawiających wszystko na ostatnią chwilę "zdolnych, ale leniwych" spryciarzy i kombinatorów, liczących na to, że "jakoś to będzie", zastąpiły prymusy. Punktualne, odpowiedzialne, zorganizowane, świadome własnych celów, a przy tym przecież (widzieliśmy to na przykład we Frankfurcie) w ogóle nienudne. Wychowywane w najlepszych (Dortmund, Monachium) szkołach, przez najlepszych (kiedyś Klopp, potem Guardiola, kiedyś Wenger, potem Rudi Garcia) nauczycieli. Mające we własnym gronie tego jednego najważniejszego , będącego dziś na ustach całego świata, ale przecież świadomi, że on sam jeden niczego nie osiągnie (wielki Harry Potter też przecież miał wsparcie Hermiony Granger czy Rona Weasleya, ba: nawet gapiowaty Neville Longbottom okazał się w końcu niezbędny...).

Nie mówcie mi tylko, że - jak bohaterowie książek J.K. Rowling - zaklinam rzeczywistość. Zresztą: czy każdy kibic tego nie robi, czekając na arcyważny mecz?

Szkoci śmieją się z Lewandowskiego? A to on powinien się z nich śmiać! [5 POWODÓW]

Więcej o: