Po 0:1 ze Szkocją. Polska wiara w Euro 2016

Minęło pięć meczów towarzyskich, w tym trzy rozegrane w terminie FIFA, pozwalającym powoływać piłkarzy zatrudnionych za granicą. I na razie przeżywamy to samo, co za kadencji poprzedniego selekcjonera Waldemara Fornalika - również obdarowanego posadą za wciągnięcie do ligowej czołówki śląskiego klubu, któremu miejsca w czołówce nikt nie prognozował. Desperackie miotanie się w bezliku nazwisk, brak choćby szkicowego planu gry, marnowanie bezcennego czasu.

Po 82. minucie środowego sparingu ze Szkocją Nawałka dokonał aż czterech zmian. Nie wszystkich naraz - każdą celebrował osobno, jakby mało mu było na boisku rozgardiaszu. Bo chyba nie bronił wyniku 0:1? Przeskanowaliśmy 35 innych rozegranych tego dnia meczów towarzyskich. Takiego numeru nie wyciął żaden inny selekcjoner.

Nasz obiecywał jesienią porządek i organizację. - Chcę wypracować trzy schematy w ofensywie, sprawić, by piłkarze złapali automatyzm w odbudowywaniu formacji po stracie piłki - mówił przed debiutem ze Słowacją. A we wtorek znów ogłosił, że celem meczu ze Szkocją jest "zgrywanie się". Czyny szły jednak wbrew słowom. Na Słowację, Irlandię i Szkocję rzucił aż 31 zawodników. Nie sposób powiedzieć, czy ustalił, jak wyobraża sobie np. lewą obronę - co mecz wystawia tam kogo innego, sprawdzani jesienią Kosznik i Marciniak wiosną na powołanie już nie zasłużyli. Ani razu zaproszenia nie dostał też Sebastian Boenisch.

Korzyści z personalnej szamotaniny nie widać, jedenastka ze środy niewiele różniła się od kończącej pod Fornalikiem przegrane eliminacje mundialu. Nawałka nie "zgrywał formacji", lecz sprawdzał, czy Kamiński jest lepszy od Glika, a Mączyński - od Krychowiaka. Wymierny efekt eksperymentowania znamy jeden, rzeczonego Mączyńskiego udało się wyeksportować do ligi chińskiej, skąd już zapewne do kadry nie wróci.

Dlatego dziś nie sposób wykluczyć, że eliminacje Euro 2016 zacznie np. defensywa, która wcześniej u aktualnego selekcjonera jeszcze się ze sobą nie spotkała.

I że zrodzi ją przypadek. U poprzednika zdarzało się, że ignorowany Radosław Majewski, tylko dzięki wielobramkowemu incydentowi w drugiej lidze angielskiej, znienacka objawił się w podstawowej jedenastce na arcyważny mecz - z Ukrainą.

Szkoci kombinują inaczej. - Zakończyliśmy pierwszy etap odbudowy reprezentacji - obwieścił w środę trener Gordon Strachan. Jego drużyna stara się długo rozgrywać piłkę i niemal nie odrywać jej od murawy. Teraz marzy mu się, by mnogość podań przełożyła się na wyższą wydajność gry.

Nawałka pomysłu wciąż nie ujawnił. W środę Polacy ani nie atakowali skrzydłami, ani nie przedzierali się środkiem, strzelali tylko spoza pola karnego. I to nie na zakończenie akcji, lecz z powodu bezradności piłkarzy, którzy uderzali z braku sensownej alternatywy. Znów - w tych okolicznościach można liczyć głównie na przypadek.

Ten przypadek może się nazywać Robert Lewandowski, który wyciągającym magiczne gole z kapelusza Zlatanem Ibrahimoviciem nigdy nie będzie, ale jako napastnik wybitny też umie zadziałać w pojedynkę. Zdarzyło się we wrześniowym meczu z Czarnogórą - rywali zamęczał, ci podsunęli mu piłkę, a kiedy ją przejął, nie pozwolił się uziemić dwóm naciskającym obrońcom, pognał w pole karne, strzelił gola. Na przypadkowego bohatera nadaje się też Ludovic Obraniak, w środę każdym ruchem przypominający, że techniką przewyższa wszystkich polskich pomocników - umie kopnąć z rzutu rożnego lub wolnego, umie przyłożyć z dystansu, przy jego umiejętnościach trzeba tylko próbować, a co pewien czas, jak mawiają nasi ligowcy, "musi wpaść".

Brzmi naiwnie? Brzmiałoby jeszcze bardziej naiwnie, gdyby nie rozciągnięcie turnieju finałowego mistrzostw Europy do 24 drużyn, a także przydzielenie Polaków do grupy z rywalami pokroju Irlandii oraz Szkocji. Cokolwiek by trener tej ostatniej wymyślił, jego idee będą wcielać w życie przeciętniacy, którzy niekiedy wykorzystają błąd przeciwnika - jak Łukasza Szukały w środę - a niekiedy sami popełnią kardynalny. W Warszawie wymieniali piłkę pod swoim polem karnym niepewnie, kilkakrotnie ryzykowali stratę o potencjalnie nieodwracalnych skutkach. Też kopali byle jak, faworyta w eliminacyjnym dwumeczu polsko-szkockim wskazać nie sposób. Niewykluczone, że o wynikach przesądzi epizod. Epizod z pogranicza przypadku.

Owszem, przykro było zmierzyć się w środę z obserwacją, że już nawet Szkoci, znani nade wszystkim z futbolu powabnego jak wyrąb lasu, prezentują wyższą niż Polska tzw. kulturę gry. I przypominać sobie, że w trzech ostatnich sparingach z nimi oraz Irlandią nasi piłkarze wymordowali wyniki 0:1, 0:0 oraz 0:2. Te trzy drużyny - a może cztery, jest jeszcze nieobliczalna Gruzja zwariowanego trenera Kecbai - nadal jednak tworzą stawkę wyrównaną, z której najwyżej sklasyfikowana w tabeli awansuje na mistrzostwa, a następna powalczy w barażach (Niemców pomijamy, ich panowanie w grupie nie podlega dyskusji). Wtedy, przed ewentualnymi barażami, znów pomodlimy się do ślepego trafu - szczęśliwego losowania.

Szanse nie wyglądają okazale, ale istnieją. Nie ze względu na nadzieję, że polscy piłkarze gwarantują grę na minimum przyzwoitości, ale dlatego, że nie gwarantują jej również grupowi rywale. Wymagania kwalifikacji mundialowych skazywały drużynę bez właściwości na klapę, wymagania kwalifikacji do Euro 2016 drużyny bez właściwości tolerują. Z Polską czy bez - zanosi się na pierwsze mistrzostwa naszego kontynentu z westchnieniami ekspertów, że niektórzy trafili na nie przez przypadek.

Więcej o: