Euro 2012. Szansa na małyszomanię do sześcianiu

- Niemcy będą w szoku na tym całym Euro. Myślą, że ten kraj zagracają ich kradzione trabanty. Że my nieudacznicy, alkoholicy i ćpuny. Będą w szoku - mówi pan Henryk. Przedstawia się jako menedżer. Wyjdzie zza krat latem
Wszystkie tytuły, jeden po drugim, ze strony internetowej "Rzeczpospolitej" - jednej tylko odsłony - z 8 czerwca: "Wielkie spóźnienie", "Spóźnione i okrojone inwestycje", "Lekcja pokory dla ambitnych", "Euro 2012. Miało być tak pięknie", "Lenin patrzy na Euro", "Mistrzostwa w jednym okienku" (prześmiewcze, chyba?), "Układy, koneksje, relacje", "Tusk wyrzuci Grabarczyka".

Gazeta.pl była bardziej stonowana, ale też zaniepokojona: "Euro 2012: Stadion ze styropianu", "Herra o Euro 2012: Niektóre harmonogramy były zbyt ambitne", "Po raporcie NIK: Premier na czele resortu infrastruktury?", "Wpadki są normalne - Platforma o raporcie NIK", "Spokojnie, to tylko Euro".

Przez Polskę przewaliła się fala paniki - czeka nas kompromitacja; idzie kolejne tsunami - po hiobowych wieściach o rozchwianych schodach na Stadionie Narodowym, przeniesieniu meczu z Baltic Areny do Warszawy, kłopotach z autostradą A2, zdradą Chińczyków.

A gdyby sprawdzić, co o przyszłości Euro 2012 myślą Polacy tacy jak my?

Więzień doświadczenie z wymiarem sprawiedliwości ma

- Niemcy będą w szoku na tym całym Euro. Myślą, że tu zagracają kraj ich kradzione trabanty. Że my nieudacznicy, alkoholicy i ćpuny. Będą w szoku - stwierdził pan Henryk, więzień zakładu karnego półotwartego w Białołęce.

W tej erupcji optymizmu nie bez znaczenia jest to, że więźniowie nie mają internetu.

Nie dostają gazet.

Czerpią informacje wyłącznie z telewizji - najwyżej przez godzinę dziennie. Właściwie w każdej celi jest telewizor, ale dostępne są tylko kanały otwarte, analogowe. Pan Henryk nie ogląda więc TVN 24, Polsat News, TVP Info, gdzie na żółtym pasku leci: "Nawet cztery miesiące opóźnienia z oddaniem Stadionu Narodowego. Ponad 400 km dróg nie zostanie oddane na czas. Euro może być utrudnione".

Pan Henryk, menedżer, mimo wszystko jest pesymistą, chyba urodzonym, zwłaszcza w kwestii kiboli: - Z wymiarem sprawiedliwości to ja doświadczenie jakieś mam. Nie dadzą z nimi rady. A teraz, kiedy kibol się stał dobry politycznie, to już w ogóle. Zrobią kipisz na Euro.

Mało się odzywa pan Zbigniew, handlowiec. Ale jak się odezwie, to na całego:

- Z kibicami najgorsze będzie zderzenie kultur. Pełno tu w Polsce na stadionach ćpunów, alkoholów, zboczeńców. Trzeba było wytępić do zera, dać duże wyroki. Teraz to wszystko do dupy. Chciałbym zobaczyć, jak oni zamykają 15 tys. kiboli. A te biedne szkopy myślą, że będą tu rozdawać dzieciom cukierki. Sam widziałem na wolności, jak to robili na Mazurach. Myślą, że u nas syf, że nie ma jedzenia, ale ludzie grzeczni. Wszystko nie tak.

Pan Piotr, technolog żywienia, miał smutne doświadczenie na stadionie, kiedy kibic na trybunie zabrał mu flagę Legii. Woli mówić, że Niemcy doceniają dobrą robotę i będą zachwyceni stadionami i atmosferą.

Deutsche Wirtschaft, czyli fuszerka szkopa

Informacja BBC z 1 marca 2006, czyli na trzy miesiące przed pierwszym gwizdkiem mundialu w Niemczech: "Budowniczowie stadionu we Frankfurcie, gdzie Anglia zagra swój pierwszy mecz grupowy mundialu, donieśli o uszkodzeniu struktury obiektu. Na nowym stadionie dwukrotnie przeciekał dach w 2005 roku. Tym razem zauważono pęknięcie betonowej kolumny podtrzymującej strukturę. - Dwie części wielkości palmy skruszyły się - powiedział Istvan Tyukodi z firmy wykonawczej Max Boegl i Ska. Budowniczowie spostrzegli defekt na wysokości 40 metrów na ścianie zewnętrznej stadionu. Prace nad unowocześnieniem słynnego Waldstadionu zaczęły się w 2002 roku i trwały trzy lata".

Jednocześnie z błędami w budowie dachu we Frankfurcie BBC donosiło o pęknięciu struktury trybuny na Fritz-Walter-Stadion w Kaiserslautern, co spowodowało odwołanie meczu i powołanie komisji nadzoru budowlanego.

Kiedy w 2007 r. Polska i Ukraina dostały prawo do organizowania Euro, zadzwoniliśmy do dziennikarzy w Niemczech, Austrii i Szwajcarii, aby się dowiedzieć, co dzięki mundialowi ich kraje zyskały - czy powstały nowe dworce, porty lotnicze, autostrady, połączenia kolejowe, mosty, stadiony. Omal nie umarłem ze śmiechu, gdy dziennikarz ze Szwajcarii po długi namyśle stwierdził, że odmalowano pasy na rondzie w sąsiedztwie.

W Polsce buduje się dla ponad 187 tys. kibiców jednocześnie trzy stadiony od zera, jeden się przebudowuje - za 3,8 mld zł. Budżet na inwestycje związane z Euro 2012 - inwestycje, które zostaną na pewno ukończone - znacznie przekracza 80 mld złotych. Na wszystkie - prawie 100 mld zł.

Od 60 lat Polska nie przypominała bardziej jednego ogromnego placu budowy niż teraz. W Europie od końca wojny również nie było takiej przebudowy kraju.

Błyska ruskie złoto w koronce Walerego

Na budowie w podwarszawskim Zalesiu zapytałem o nasze przygotowania do Euro. Przede wszystkim dowiedziałem się o problemie ze schodami w Warszawie, które spowodują, że stadion zostanie oddany do użytku 30 listopada.

- Zrobilibyśmy takie schody w try miga, kręcone, proste, jakie kto chce - mówi majster Stanisław ze wschodniej ściany Polski. - Śledzę te budowy, z zawodu. I nie wiem, dlaczego autostrady budują Chińczycy, a nie Polacy, którzy czekają na robotę. Potem po takich Chińczykach śladu nie uwidzisz, rozwiążą firmę, znikną. Nie odróżnisz prezesa od robotnika. Dlaczego jakaś niepolska firma buduje stadion?

Gdyby Stanisław usłyszał pana Walerego, robotnika najemnego z Ukrainy, może byłby mniej zdruzgotany, bo - według Walerego - na Ukrainie jest znacznie gorzej.

- Stadiony dwa gotowe. Ale jak tam dojechać? Drogi złe. Jak jadę do domu, od granicy nie włączam nawet trójki w samochodzie. Jedyna szansa, że ludzie samolotami będą latać, tylko że lotniska niewybudowane. A pociągiem ze Lwowa do Doniecka 28 godzin trzeba jechać, bo na naszych torach tylko wolno można jeździć. Z szybką koleją nie zdążą.

- Jedyna szansa, że Euro zrobią ludzie z Doniecka. Oni mają pieniądze - mówi Walery z szerokim uśmiechem, któremu towarzyszy dziki błysk rosyjskiego złota w koronkach.

Przepytany operator szambiarki pan Piotr też bardzo obawia się wstydu, bardzo by chciał, aby turyści byli zadowoleni, choć zupełnie nie interesuje się piłką.

Był święcie przekonany, że w polskiej bramce wciąż broni Artur Boruc.

Wygląda na to, że spośród kilku rozmówców największymi optymistami są więźniowie zakładu w Białołęce.

Euro 2012, czyli naród na psychoterapii

- To znaczące, że inni zwykle nas oceniają lepiej niż my sami - mówi dr Konrad Maj z Katedry Psychologii Społecznej warszawskiej SWPS. - U Polaków włącza się głęboko zakodowany kulturowy skrypt gościnności. Jak ma się pojawić gość, dom się sprząta. Wystawia się wszystko, co najlepsze. I pojawia się niepokój o ocenę - w końcu Europejczycy zobaczą, jak mieszkamy, poznają nas głębiej. To wzbudza napięcie. Zwłaszcza za pierwszym razem, a Euro 2012 to pierwsza wielka polska impreza.

Po raz pierwszy pokazujemy wielkiej widowni samych siebie w szczegółach. Inni robili to częściej, mają doświadczenie. Mają też więcej zaufania do siebie - jak Niemcy czy Włosi. Wcześniej my, Polacy, pakowaliśmy najlepszymi ciuchami walizkę i jechaliśmy na wakacje, gdzie na ogół udawaliśmy lepszych, niż jesteśmy w rzeczywistości. Teraz goście mogą zobaczyć obdrapane dworce, mogą nie dogadać się na dworcu, utknąć w jakiejś dziurze - mówi Maj.

- Uznajemy, że w Europie panuje stereotyp Polski jako kraju bałaganiarskiego, i boimy się, że się potwierdzi. Tym bardziej pragniemy zabłysnąć. Będziemy więc koncentrować się na szczegółach negatywnych. Czujemy, że mamy swoje pięć minut, i musimy je wykorzystać. Wiemy, że Niemcy mają technologię, gospodarkę, dyscyplinę, organizację. A nam - sądzimy - Euro spadło z nieba, więc musimy dać z siebie wszystko albo jeszcze więcej.

Czy w takim razie jesteśmy skazani na brak satysfakcji, bo zawsze będziemy niezadowoleni?

Czy zawsze, gdy w Europie nas chwalą, to powiemy, że są niedoinformowani, a gdy zganią, to pokiwamy ze zrozumieniem głową?

- Tak będzie, bo zwracamy uwagę na negatywne aspekty. Są niepokojące, są ostrzeżeniem. Na takie wieści jest społeczne zapotrzebowanie, więc media się do nich najbardziej przykładają. I sygnał się wzmacnia - mówi Maj. - Na razie brakuje nam umiejętności celebrowania sukcesów, jesteśmy mistrzami w świętowaniu porażek.

- Taka samoocena wiąże się z poziomem zaufania społecznego. Jesteśmy pod tym względem na szarym końcu Europy. Nie ufamy innym. Oczekujemy od nich najczęściej czegoś złego. Stąd w Polsce rozrost instytucji kontrolnych. Tymczasem społeczeństwo, w którym zaufanie wzajemne jest duże, szybciej się rozwija, jest pewne siebie, pewne własnej wartości. Jak wychodzi polityk w Skandynawii - najwyższy wskaźnik zaufania społecznego - i mówi, że ma pomysł, aby coś ulepszyć, ludzie mu wierzą i uważają, że pomysł warto rozważyć. U nas - że coś kombinuje, bo pewnie jego kolega ma firmę, która z pewnością skorzysta na tym pomyśle. Tam ludzie ufają i współpracują. U nas policjant nie usłyszy doniesienia o wykroczeniu na sąsiada, bo świadek jest przóekonany, że może mu nakablować. W pociągu boją się porozmawiać ze współpasażerem, bo może pedał.

- Ale na turniej przyjadą do nas ludzie z wyższym zaufaniem, bardziej otwarci - w tym sensie Euro 2012 to terapia. Niemcy dzięki mundialowi w 2006 roku obudzili w sobie chęć manifestowania tożsamości i dumy narodowej. Może tak będzie również w Polsce. Na pewien czas poczuliśmy wspólnotę po śmierci papieża, po katastrofie smoleńskiej. Ale to był smutek. Teraz mamy szansę na pozytywne emocje, na małyszomanię do sześcianu. Poczujemy, że mamy pewne miejsce w Europie, że nie jesteśmy na doczepkę. Dotąd od niej braliśmy, teraz dajmy coś bardzo wartościowego, przekonajmy, że jesteśmy jednak atrakcyjni. Pokażmy Europie czysty, wyremontowany dom i powiedzmy: patrzcie, jak mieszkamy. W końcu sami poczujemy się dobrze - jadąc po wygodnej autostradzie, kibicując na pięknym stadionie. Skoczymy w górę z radości i uświadomimy sobie, że idziemy do przodu.

W RPA po mundialu rozkwitła liga. Jak będzie po Euro 2012?  »