Katalog nędzy polskiej czyli najgorszy rok w historii polskiej piłki?

Dotąd miewaliśmy przecieki, że z naszym futbolem dzieje się źle, ale też powody, by się łudzić, że nie aż tak źle. Przygnębiająca prawda chlusnęła nam w oczy z pełną siłą dopiero w roku 2009. Czy istotnie był on najgorszy w historii?
Druzgocącą publicystyczną tezę, jakoby spadła na nas kaskada klęsk bezprecedensowa, słyszeliśmy po wielekroć. Zamierzałem zbadać, czy wolno ją uznać za słuszną, analizując nagie fakty, ale z braku narzędzi do porównywania piłkarskich epok to trudne, wręcz niemożliwe. Jak zmierzyć, czy okropniejsze były finalne podrygi zdychającej kadry Beenhakkera, czy epizod ze schyłkowych dni stalinizmu, gdy działacze stchórzyli jeszcze przed eliminacjami? Nasi wylosowali wtedy legendarną węgierską "złotą jedenastkę" i władze piłkarskie poinformowały FIFA, że Polska rezygnuje z udziału w mundialu...

By zbliżyć się do prawdy, postanowiłem tropić w przeszłości lata, w których po raz ostatni działo się tak samo źle lub prawie tak samo źle.

Kryterium pierwsze: reprezentacja i mundial

Rywalizacja o turnieje mistrzowskie to kryterium podstawowe, bowiem kadra zajmuje uwagę najznaczniejszej części kibiców, także niedzielnych, i jej wyczyny przesądzają o nastrojach. Eliminacje współczesne z eliminacjami sprzed dziesiątek lat zestawiać trudno - kiedyś ograniczały się do dwumeczów, potem przeszły rewolucję, liczba federacji zrzeszonych w UEFA niemal się podwoiła.

Spróbować możemy. W tym roku Polska w meczach o punkty pokonała tylko amatorów z San Marino i tylko ich wyprzedziła w grupie. Nad nią były Słowacja, Słowenia, Czechy, Irlandia Płn. By natrafić na bliźniacze okoliczności, musimy cofnąć się do roku 1987 i kwalifikacji do mistrzostw Europy. Reprezentacja trenera Wojciecha Łazarka, dzisiaj czcigodnego przewodniczącego majestatycznej PZPN-owskiej Komisji Wysokiego Wyczynu, również wyprzedziła jedynie absolutnego autsajdera, co gorsza, do bramki Cypru dopchała się zaledwie raz - osławione 0:0 w Gdańsku dało rywalom historyczne punkty w spotkaniach o stawkę, na wyjeździe zemściliśmy się wygraną 1:0. Wtedy jednak rozprawiał się z Polakami przynajmniej jeden kolos - późniejszy złoty medalista ME Holandia, z którymi umieliśmy zremisować w Amsterdamie (pozostałymi byli Grecja i Węgry).

Co uprawnia nas do konkluzji, że odkąd wprowadzono rozbudowane grupy eliminacyjne, nigdy nie wypadliśmy tak marnie jak za kadencji Beenhakkera.

Kryterium drugie: kadry dzieła wszystkie

Jeśli zanalizujemy jej występy globalnie, biorąc pod uwagę również mecze towarzyskie, dorobek wygląda ciut lepiej. Statystycznie. Sparingi ostatecznie utraciły prestiż, piłkarze dbają głównie o to, by nie nabić sobie sińców. Tak czy owak nasi kadrowicze odnieśli trzy zwycięstwa - nad słabą Walią, silną Grecją i beznadziejnie słabą Kanadą.

Tutaj do czasów jeszcze uboższych w przyzwoite wyniki docieramy stosunkowo prędko. Dna dotknęliśmy w strasznym roku 1996, który rozpoczął się od 0:5 z Japonią (więcej bramek tracili Polacy tylko w bardzo głębokim PRL-u lub przed wojną), a zakończył odosobnioną wygraną - z Mołdawią. I był prawdopodobnie jedynym bardziej ponurym od obecnego w minionym czterdziestoleciu.

Kryterium trzecie: europejskie puchary

Dość oczywista obserwacja, że nasze kluby po raz pierwszy zostały w komplecie wyproszone z wszelkich międzynarodowych rozgrywek jeszcze w trakcie wakacji, brzmi mocno, ale musimy złagodzić ją nieco konstatacją, że zostały wyproszone również wskutek zmian w kalendarzu. Rywalizacja zwyczajnie rusza coraz wcześniej.

Znów - z punktu widzenia statystyki bywało już podlej. I w bieżącej dekadzie, i u schyłku PRL-u. W sezonie 1989/90 Ruch Chorzów, Legia Warszawa, GKS Katowice i Górnik Zabrze nie wygrały żadnego meczu. Losowały jednak niezbyt szczęśliwie, przegrywały nie tylko z CSKA Sofia oraz fińskim Rovaniemi, ale też Barceloną i Juventusem. A minionego lata nasi we wczesnych rundach kilku słabeuszy wyeliminowali. Jeśli prześladuje nas przeczucie, że kluby też wyrżnęły o dno, to głównie z powodu żałosnego numeru wyciętego przez Wisłę Kraków, która przyniosła najwięcej wstydu wśród wszystkich naszych pretendentów do Ligi Mistrzów. I także z jej powodu polska liga wciąż tkwi na 26. miejscu w rankingu UEFA, czyli najniższym w historii. Gorzko pocieszające, że w najczarniejszym scenariuszu spadnie o co najwyżej jedną-dwie następne pozycje, dalej się już zwyczajnie nie da.

Kryterium czwarte: nasi na obczyźnie

To kryterium bywa obojętne dla marginalnej grupki kibiców, którzy losami futbolowych emigrantów się nie przejmują, uznając, że ci pracują dla cudzego zysku. Zawodnicy dążą jednak za granicą do swych nadrzędnych celów - spełnienia ambicji sportowych i wynegocjowania pensji wielokrotnie wyższej od średniej krajowej pozwalającej nie troskać się o standard życia po zakończeniu kariery.

Powiedzieć, że naszym się ostatnio nie wiodło, to nic nie powiedzieć. Jesienią omawiałem felietonowo stopniowe wymieranie gatunku "polski piłkarz z klasą" (wyjąwszy bramkarzy), zwracając uwagę, że w setce czołowych europejskich klubów etaty znajdują już niemal wyłącznie ostatni Mohikanie urodzeni w latach 70. Nieszczęśnicy edukowani w wolnej Polsce cierpią na deficyt elementarnych kompetencji, są kalecy technicznie, taktycznie, fizycznie i mentalnie.

W tym roku właściwie nikt nie poprawił swojej pozycji na rynku międzynarodowym, nawet bramkarze - jedyni trzymający fason - albo tkwili w miejscu (Fabiański, Kuszczak), albo się cofali (Boruc). Ligowy superman Paweł Brożek rozglądał się błagalnie za kimkolwiek z zagranicy chcącym go zatrudnić, zrozpaczony zmienił zdanie i wyraził zgodę na transfer na Wschód, by rywalizację o posadę w Fulham przegrać z anonimowym, starszym o trzy miesiące Szwedem, który nigdy nie zagrał w reprezentacji. Wręcz symbolicznie zdają się jesienne katastrofy Herthy Berlin i Catanii - tam niedobitki naszych jeszcze się trzymają, ale wiosną zapewne spadną z Bundesligi i włoskiej Serie A.

Najlepsi strzelcy Ekstraklasy - kliknij na zdjęcie by zobaczyć galerię



Kryteria pomniejsze

W rankingu FIFA zajmuje reprezentacja Polski 58. pozycję, ciut wyższą od rekordowo niskiej 61. z roku 1998. Notorycznie przegrywają kadry juniorskie, szczególnie zapadając w pamięć meczami straszydłami w typie klęsk z Azerbejdżanem lub Holandią. Zostają wreszcie czysto subiektywne wrażenia z naszej ligi, w której zwłaszcza tzw. szlagiery mniej wytrzymałe jednostki doprowadzają do mdłości. I to nie dlatego, że w meczach między Wisłą, Legią i Lechem rzadko padają gole.

Gdyby kierować się kwestią smaku, musielibyśmy jeszcze przywołać postać wyjątkowo niereprezentacyjnego i niekompetentnego prezesa PZPN, który ilekroć wyda odgłos, tylekroć wywołuje, oględnie mówiąc, zażenowanie. I w ogóle inwazję na związkowe szczyty najtwardszego działaczowskiego betonu, który tworzą m.in. bohaterowie sprzed lat przekonani, że PRL ich wystarczająco nie wynagrodził, więc teraz mają prawo sobie tamten czas zrekompensować.

Wnioski

Wspólnej miary dla współczesności i przedwojnia nie znajdziemy, wolno nam co najwyżej powiedzieć, że paskudniej w naszym futbolu nie było - w najlepszym razie - od wczesnych lat 60. Jeśli bowiem nawet odnajdujemy momenty równie kiepskie, to tylko wedle części kryteriów. Kiedy nasi ligowcy w XXI wieku zaczęli przegrywać z prowincjonalnymi klubikami z egzotycznych krajów, celebrowaliśmy awanse na mundiale. Kiedy kadra totalnie rozczarowywała w roku 1996, pocieszaliśmy się w Lidze Mistrzów (wiosną Legią, jesienią Widzewem). Kiedy medaliści mistrzostw Polski przegrywali na masową skalę w trakcie rozbierania komuny, Jan Urban rozstrzeliwał trzema golami Real Madryt.

Słowem, zawsze coś optymistycznego też się działo. Nawet kilka lat temu, już w trakcie postępującego upadku, mamiły nas przyjemne incydenty, które, by tak rzec, nieco fałszowały rzeczywistość, dzięki nim łudziliśmy się, że już za chwileńkę, już za momencik wrócą triumfy. Dziś nikt się nie wyłamuje, krajobraz nędzy widzimy spójny, kompletny, wszechogarniający. Po raz pierwszy odcinali się od PZPN sponsorzy, po raz pierwszy narodziły się oddolne inicjatywy zbuntowanych kibiców - czasem symboliczne (bojkot meczu ze Słowacją), czasem straceńcze (listy do FIFA). Futbol pozostaje najpopularniejszym sportem w Polsce, lecz kopiemy pokracznie, we wszystkich głównych grach zespołowych plasujemy się w światowych rankingach wyżej - od siatkówki i piłki ręcznej, przez hokej na lodzie i na trawie, po koszykówkę, rugby oraz, przepraszam za impertynencję, curling.

I prędko się z marnoty nie wygrzebiemy. PZPN będą doić Lato z poplecznikami, kluby profesjonalizują się opornie, nawet w razie rewolucji w szkoleniu nadrabianie zaniedbań potrwa najmniej dekadę. Nasza piłka przypomina trochę plac budowy (stadiony dają nadzieję!), trochę bezładną rupieciarnię, trochę targowisko z próbującymi opylić towar paserami. Kibice mają alternatywę - albo bronić się przed chandrą ironią i dystansem, albo nauczyć się cieszyć drobiazgami naprawdę maleńkimi. Końca kryzysu nie widać.

Kulisy zjadu PZPN. Lato o opozycji: paru będzie szczekać...


Siergiej Kriwiec » - transfer po którym oko bieleje