Anglicy po odpadnięciu z Euro 2004: znów ta sama historia

?Nic się nie stało, Anglicy, nic się nie stało!" - nie, brytyjscy dziennikarze nie przywitali tak piłkarzy swojej kadry na ostatniej konferencji prasowej podczas Euro, ale ta pieśń wyraźnie cisnęła im się na usta. Ani słowa krytyki pod adresem Beckhama czy trenera Erikssona. Dostało się za to sędziemu, Portugalczykom i... murawie stadionu da Luz.
"Same old story" (znów ta sama historia) - tak brzmiała większość tytułów piątkowych angielskich gazet porozkładanych dla dziennikarzy w ośrodku kadry "Trzech lwów" w Cruz Quebrada pod Lizboną składającego się z kilku klimatyzowanych namiotów, oddzielnych salek do wywiadów dla prasy, radia i telewizji oraz z małego snack-baru. Ośrodka - jak ostrzegała naklejka - który miał zostać zlikwidowany dwie godziny po zadaniu ostatniego pytania na piątkowej konferencji. Angielscy piłkarze wracają bowiem na Wyspy - jak zwykle odpadając z wielkiego turnieju po gorzej wykonywanych karnych (poprzednio na mistrzostwach świata 1990 i 1998 oraz na Euro'96).

Pierwsze pytanie do Svena Gorana Erikssona. Zdaniem dziennikarza Anglia została okradziona z gry w półfinale przez prowadzącego spotkanie szwajcarskiego arbitra Ursa Meiera, który nie uznał prawidłowo zdobytego przez Sola Campbella gola. Czy trener też ma takie odczucie, a Angielska Federacja Piłkarska nie powinna złożyć oficjalnej skargi? - Po meczu poszedłem do pokoju sędziowskiego i wyraziłem swoją opinię. Zostanie ona jednak między mną a panem Meierem. Czy padł wówczas poprawny gol? Po co się spierać, gol pada wtedy, gdy uznaje go sędzia, a jak nie uznaje to znaczy, że go nie było - odpowiada wstrzemięźliwy Szwed. I prosi, żeby nie "napuszczać" go na krytykowanie UEFA, bo przed Anglią eliminacje do mistrzostw świata w 2006 roku, po co się narażać, skoro to i tak nic nie da.

Oczywiście Eriksson chce prowadzić kadrę w tych eliminacjach. - Nie wstydzę się swoich dokonań. Przez ostatnie 2,5 roku z 25 spotkań przegraliśmy tylko trzy - z Brazylią (w ćwierćfinale mundialu w Japonii) oraz Francją i Portugalią na Euro 2004. We wszystkich byliśmy równą drużyną dla rywali i przegraliśmy o... tyle, a nawet tyle - Szwed zbliża kciuk do palca wskazującego, tak że się niemal stykają.

Czekam na pytanie o taktykę w meczu z Portugalią, zastąpienie ofensywnych wojowników Scholesa i Gerrarda graczami defensywnymi i bez polotu. O trzymanie na boisku słabego Beckhama - zwłaszcza że trener Scolari nie bał się zdjąć Figo. Ale ostatnim zagadnieniem spotkania jest kwestia nieodpowiedniego punktu, z którego wykonywano karne. - To prawda, po środowym treningu trzy razy skarżyliśmy się organizatorom i prosiliśmy, żeby podczas meczu strzelać na bramkę po drugiej stronie boiska. Powiedzieli, że dobrze, ale widzieliście jak było - mówi Eriksson i żegna się rozpromieniony.

Beckham na konferencji jest trochę bardziej pochmurny. Też opowiada, że podczas karnego kopnął w murawę, a koledzy długo ustawiali piłkę, poprawiali ją, starali się strzelać z miejsca obok, ale sędzia im nie pozwalał. Uspokaja dziennikarzy, że nadal będzie wykonywał "jedenastki". - Po występie na Euro 2004 czuję tylko jedno - dumę z gry kolegów, z tego, że każdy z nich dawał tu z siebie wszystko. Owszem, czuję się rozczarowany, ale to normalne po przegranym meczu, bo przecież zawsze chcę wygrywać - opowiada Beckham.

Dziennikarze wszystko gładko łykają, tylko jeden, ale zasłaniając się kibicami, mówi, że ci ostatni mają wątpliwości, czy David nadal inspiruje drużynę. - Pan uważa, że nie? - dopytuje się Beckham, - Nie, nie. Ja nie mam zdania, ja tylko cytuję, co mówią fani. - Jeśli chodzi o to, czy nadal będę kapitanem, to nie widzę powodów, żeby przestać nim być - ucina Beckham.

Nikt nie zapytał np. o analogię z mistrzostwami świata we Francji, gdzie Anglia odpadła z Argentyną po karnych, do których doszło, bo Beckham otrzymał czerwoną kartkę. - Niech się pan nie dziwi. Nawet pan nie wie, jak Anglia potrzebuje Beckhama, co najmniej tak samo jak Beckham Anglii - mruga okiem dziennikarz "Mirrora", popijając pepsi z wizerunkiem Beckhama na puszce.