Jesper Gronkjaer: Tu nie ma przyjaźni

- Zupełnie nie obchodzi mnie los Włochów, ale tak samo nie obchodzi mnie los Szwedów. Dania ma tu wygrywać, a nie kombinować - mówi skrzydłowy reprezentacji Danii Jesper Gronkjaer
Gdy w końcówce meczu z Bułgarią skrzydłowy reprezentacji Danii zdobył gola na 2:0, w szale radości podbiegł do kamery i niczym Diego Maradona na mundialu w USA w 1994 roku wydarł się do niej. A gdy Bułgarzy wznawiali grę ze środka boiska, ukradkiem wycierał koszulką łzy z oczu. Na turniej do Portugalii przyjechał dopiero po meczu z Włochami. Ostatnie tygodnie spedził przy łóżku umierającej matki, a później uczestniczył w pogrzebie.

W "strefie mieszanej" (mixed zone) pojawił się jako ostatni zawodnik. Wiedział, co go czeka. Angielski dziennikarz zadał mu pytanie, czy bramkę dedykuje zmarłej w ubiegłym tygodniu matce. - To niestosowne pytanie i nie będzie odpowiedzi - stwierdził. - To był szczególny gol dla Danii, bo zdobyty na mistrzostwach Europy, i szczególny gol dla mnie.

Michał Pol: Czy mecz Dania - Szwecja ma większe znaczenie niż tylko takie, że od niego zależy awans do ćwierćfinału?

Jesper Gronkjaer: Ten będzie mecz szczególny. Porównałbym go z pojedynkiem Anglia - Szkocja. Niby jak w każdym spotkaniu chodzi tylko o trzy punkty, ale tu chodzi o to, kto jest lepszy w Skandynawii. Na pewno naszym fanom i szwedzkim zależy na wygranej bardziej niż w meczu z jakimkolwiek innym rywalem. Dlatego nie ma innego wyjścia jak gra o zwycięstwo od pierwszych minut.

Nie zagracie tak, żeby w ćwierćfinale zamiast Włochów znaleźli się "bracia wikingowie"?

- To będzie bardzo twardy mecz o punkty. Obie strony będą chciały wygrać za wszelką cenę. Zupełnie nie obchodzi mnie los Włochów, ale tak samo nie obchodzi mnie los Szwedów. Tylko to, jak daleko zajdzie Dania. Dania ma tu wygrywać, a nie kombinować.

To znaczy, że nie macie już za złe Włochom ich ostrej gry z wami i tego, co zrobił Totti?

- Wszyscy widzieli, co zrobił Totti, i został za to ukarany.

Kara trzech meczów za oplucie Christiana Poulsena jest w sam raz, za duża czy może za wysoka?

- Wysokość kary nie ma żadnego znaczenia. Czy to tylko jeden mecz zawieszenia, czy pięć, ważne że został napiętnowany. Takie zachowanie wobec rywala na boisku jest po prostu niedopuszczalne. Takich rzeczy nie wolno robić przeciwnikowi, który jest takim samym piłkarzem jak ty. Dobrze więc, że ktoś to dostrzegł i ukarał. Mnie ten Totti zupełnie już nie obchodzi. Nie myślę o nim, ale o mojej drużynie.

Ale taka dżentelmeńska umowa ze Szwedami działaby w obie strony - bo jeśli Dania przegra, sama może odpaść z Euro 2004...

- Powtarzam: na mistrzostwach Europy nie ma przyjaciół, każdy musi grać dla siebie. Żeby coś zdobyć, trzeba wierzyć we własny zespół. Ja wierzę, że mamy dobrych piłkarzy, dobrą taktykę i atmosferę w zespole, która wystarczy, żeby pokonać Szwedów. A jeśli nie jesteśmy lepsi, jeżeli nie jesteśmy w stanie wygrywać, to i tak nie mamy czego szukać w ćwierćfinale.

Czy w meczu z Bułgarią nie chcieliście ścigać się ze Szwecją na liczbę goli strzelonych rywalom [Szwedzi zdobyli pięć - red.]?

- Chcieliśmy, chcieliśmy, ale Bułgarzy z nami grali o wiele rozsądniej. Ale i tak powinniśmy być skuteczniejsi w pierwszej połowie. W sumie jednak bramki strzelone Bułgarii i tak nie miałaby znaczenia, o wszystkim zadecyduje bezpośredni pojedynek ze Szwecją.

Mówi Pan o dobrych piłkarzach, taktyce i atmosferę w duńskiej kadrze. A jak Pan ocenia grę?

- Nieźle, całkiem nieźle. Najważniejsze, że potrafimy stwarzać wiele sytuacji, nawet jeśli nie umiemy ich wszystkich wykorzystać. Gramy dość szybki, ofensywny futbol, skrzydłami, myślę, że ludziom powinno się to podobać. Wprawdzie rywale też miewają okazje, ale jak na razie jeszcze nie straciliśmy w Portugalii gola i oby tak zostało jak najdłużej. Na pewno jednak możemy grać piękniej i skuteczniej niż w meczu z Bułgarią. Faworytami Euro 2004 nie jesteśmy na pewno, ale jak mamy dobry dzień, możemy pokonać każdego.

Dobrze jest być znów z drużyną, prawda?

- Pewnie, w końcu gra w barwach swego kraju na takim turnieju, przeciwko 15 najlepszym reprezentacjom na kontynencie, to marzenie każdego piłkarza. Nie uczestniczyłem w przygotowaniach do turnieju, nie mogłem wyjechać do Portugalii z zespołem - dobrze wiecie dlaczego. Przyjazd na Euro przyjąłem z ulgą i odłożyłem kłopoty na bok. Łatwo było mi skoncentrować się tylko na piłce nożnej - w końcu futbol to mój zawód, coś, co najlepiej wychodzi mi w życiu. Kiedy dotarłem spóźniony do Portugalii, koledzy przyjęli mnie fantastycznie. I fani też. Kiedy wszedłem na boisko i później po zdobyciu gola skandowali moje nazwisko. To wielkie przeżycie dla piłkarza. Nigdy im tego nie zapomnę, do końca życia.

Ledwo Pan dołączył do kadry, od razu okazało się, że musi Pan grać. Był Pan na to przygotowany?

- Po to przejechałem do Portugalii, ale sądziłem, że w tym meczu dłużej będę siedział na ławce. Nie czułem się jeszcze gotowy do gry, bo przez ostatnie dwa tygodnie nie trenowałem jak reszta kolegów. Ale z drugiej strony grałem przecież w Premier League i Lidze Mistrzów przez ostatnie 11 miesięcy, więc nie czułem się na boisku jak kosmita. W końcówce rzeczywiście opadłem już z sił. Szczerze mówiąc, gdyby nie to, że zmieniłem wcześniej kontuzjowanego Dennisa Rommedahla, trener pewnie ściągnąłby mnie z boiska. Ale dotrwałem do końca, dzięki czemu mogłem zdobyć gola.

Podobno od dziś nie jest Pan już zawodnikiem Chelsea, ale Birmingham?

- Pierwsze słyszę!

Na oficjalnej stronie Chelsea pojawiła się informacja, że nowy trener Jose Mourinho zgodził się na Pański transfer za "nieujawnioną sumę". A na oficjalnej stronie Birmingham cieszą się, że Pana pozyskali.

- Naprawdę? To jest to dla mnie zupełna nowość. Byłoby miło, gdyby kluby informowały mnie o podobnych decyzjach. Nie chcę tego komentować.

Jak sądzisz, czy Dania i Szwecja zagrają na remis 2:2?