Euro 2016. Stec: Anglia jako mit

Kiedy przed wylotem do Francji rozmawialiśmy z Michałem Szadkowskim o tym, co zdarzy się na Euro 2016, największy kłopot mieliśmy z Anglią. Jako kibice polskiej reprezentacji, uważaliśmy ją za wybitnie pożądanego przeciwnika w 1/8 finału (spotkanie było możliwe) albo w każdej innej rundzie. Ale jako korespondenci "Gazety" i Sport.pl spotkania z wyspiarzami bardzo się obawialiśmy. Zdawaliśmy sobie bowiem sprawę, że czego nie napiszemy przed lub po meczu, to prawdopodobnie skrajnie się rozminiemy ze zbiorowymi nastrojami w kraju - pisze na blogu "A jednak się kręci" Rafał Stec


Przed meczem naród oczekiwałby szlagierowego zderzenia z potentatem, wielką futbolową firmą marką, zdecydowanym faworytem. Nawet bez rutynowych odwołań do Wembley od patosu można by dostać mdłości. Tymczasem my - gdybyśmy chcieli pisać uczciwie i szczerze, a przecież zawsze chcemy - musielibyśmy zająć się objaśnianiem, że Anglicy to drużyna byle jaka, której renoma pozostaje dla nas nieodgadniona. Że za faworyta uważamy Polskę. Że jesteśmy spokojni jak nigdy.

Po meczu też byłoby trudno. Po nieuniknionym triumfie naród zapewne ujrzałby już naszych udekorowanych medalem, wygraną z Anglią odebrałby bowiem jako niezbity, spektakularny dowód polskiej potęgi. A my z kolei wiedzielibyśmy, że dla drużyny zorganizowanej jak ta Adama Nawałki rozprawienie się z wyspiarskim bezhołowiem (Roy Hodgson dał mocną kandydaturę na najmarniejszego trenera turnieju) to niemal obowiązek, odfajkowanie zadanka graniczącego z dopełnieniem formalności.

W Anglików na szczęście nie wdepnęliśmy, ale przed 1/8 finału znów czuliśmy się outsiderami. Widzieliśmy, że Islandia wygląda na Euro 2016 lepiej - bije sławniejszych rywali nawet dojrzałością - i nie rozumieliśmy dlaczego komentatorzy oraz bukmacherzy typują inaczej. Podczas oglądania transmisji na paryskim Saint-Denis (w biurze prasowym, po hicie włosko-hiszpańskim) Michał Zachodny przewidział nawet, po którym wyrzucie z autu Islandczycy wyrównają.

A potem powtórzyło się to, co zawsze. Gdzie nie kliknąć, tam nagłówki o sensacji.

Anglia - Islandia to żadna sensacja

Niepojęte. Rozumiem, że Premier League cieszy się obłędną popularnością i onieśmiela publikę wydawanymi na transfery wszechmilionami. Ale nie rozumiem, dlaczego świat wciąż daje się wyrolować w kwestii reprezentacji Anglii. Najbardziej zmistyfikowanej drużyny na planecie.

Fakty są dla wyspiarzy brutalne.

Jeśli angielski klub poszaleje w Lidze Mistrzów, czyli dokopie się do półfinału, to uczyni to niemal wyłącznie kopnięciami obcokrajowców.

Jeśli angielski klub wpuści do szatni angielskiego trenera, to będzie to klub broniący się przed spadkiem, no, w najlepszym razie unoszący się w dolnych stanach średnich tabeli. (Ostatnio tubylcy prowadzili tylko Bournemouth, Crystal Palace i Sunderland).

Jeśli angielska kadra próbuje sprawdzić się w mistrzostwach Europy, to albo odpada tuż po wyjściu z grupy (2012, 2004), albo z grupy nie wylezie (2000), albo w ogóle się na turniej finałowy nie zakwalifikuje (2008).

Jeśli kadra poleci na mundial, to albo również przepadnie w fazie grupowej (2014, ostatnie miejsce w tabeli, urwała tylko punkt Kostaryce!), albo zbierze ostre cięgi w 1/8 finału (2010, Niemcy włożyli jej cztery gole), albo doczłapie do ćwierćfinału (2006, prześliznęła się dzięki odosobnionemu kopnięciu Davida Beckhama, męczyła się z Ekwadorem potwornie).

Tak, to w żadnym razie nie jest produkt na miarę półfinałów, tu ćwierćfinały są mozolnie wydłubywaną niespodziankę. Ich ostatnie wyniki w fazie pucharowej mistrzostw kontynentu i mistrzostw świata wyglądają tak: 1:2, 0:0, 1:4, 0:0, 1:0, 2:2, 1:2. W XXI wieku przekonująco pokonali tylko Danię - 3:0, przed 14 laty w japońskiej Niigacie.

Cały wpis przeczytasz na blogu Rafała Stece

Wybierz z nami Miss Trybun Euro 2016! [GŁOSUJ]


Czy wierzysz w umiejętności angielskich piłkarzy?