Eliminacje Mistrzostw Europy 2016. Szkocja - Polska. Busby, Stein, Shankly, Ferguson. Dlaczego Szkoci już nie są tak wielcy?

Bycie Szkotem to nie tylko miejsce urodzenia, przynależność do klanu czy pewnej kultury - to stan umysłu. O wybitnych przedstawicielach tamtejszej myśli szkoleniowej napisał Michał Zachodny ze Sport.pl w drugim numerze "Sztuki futbolu", magazynu "Wydawnictwa Kopalnia". Mecz Szkocja - Polska w czwartek o 20.45. Relacja na żywo w Sport.pl oraz w aplikacji Sport.pl LIVE!


- Dziwicie się, dlaczego tak wielu szkockich trenerów odnosi sukcesy, zupełnie jakbyście nie spodziewali się po nas niczego dobrego. A tak naprawdę, to my, Szkoci, jesteśmy wynalazcami wszystkiego na świecie - przekonywał kiedyś Alex Ferguson. Mówił do Anglików, których Szkoci lubią nie lubić, więc można by uznać, że go poniosło. Tyle tylko że to teza udowodniona naukowo.

I to przez człowieka, który nie ma z ledwie pięciomilionowym kraikiem (tyle samo mieszka na Mazowszu) nic wspólnego - amerykański profesor Arthur L. Herman w książce "How the Scots invented the modern world" pokazał, że gdyby nie Szkoci, nie byłoby właściwie niczego. To oni wynaleźli telewizor, lodówkę i muszlę klozetową. Alexander Graham Bell wymyślił telefon, Frederick G. Creed dalekopis, podstawy działania radia są autorstwa Jamesa Clerka Maxwella. James Watt stworzył maszynę parową, John Boyd Dunlop dętkę rowerową, a Alexander Fleming penicylinę. Henry Bell zaprojektował pierwszy pasażerski statek parowy, matematyk John Napier wynalazł logarytmy, opublikowana w 1776 r. analiza zjawisk ekonomicznych Adama Smitha jest uznawana za początek współczesnej ekonomii.

Na północy Wysp Brytyjskich pierwszy raz zagrano też w golfa i curling, a pchnięcie kulą oraz rzut młotem to dyscypliny przeniesione z dwunastowiecznej Szkocji. Jak było z piłką nożną, do końca nie wiadomo, ale nawet jeśli Anglicy pierwsi spisali zasady gry oraz założyli pierwszy klub, to Szkoci nową grę rozwinęli. Uważali, że nie wystarczy kopać rywali i unikać wślizgów, ale warto też piłkę podawać. W 1872 r. w pierwszym w historii meczu międzynarodowym Szkoci przeciwstawili się Anglikom grą kombinacyjną i wymianą krótkich podań. Rywale uważali wtedy, że kluczem do sukcesu są siła, waga, wzrost i szybkość.

Szkoci odpowiadają też za rozpropagowanie futbolu. W Ameryce Południowej, Azji i Europie uczyli zasad, trenowali, zakładali kluby i ligi. To oni pokazali piłkę nożną Argentyńczykom i Brazylijczykom, to urodzony w Edynburgu William Jeffrey był selekcjonerem amatorów z USA, którzy sensacyjnie pokonali Anglików (1:0) na mistrzostwach świata w 1950 r.

Właśnie. O ile wielu wybitnych piłkarzy Szkoci się nie doczekali (tylko trzech dobiło do podium plebiscytu Złota Piłka, z nagrody cieszył się jedynie Denis Law), o tyle trenerów zawsze wychowywali znakomitych.

Tamtejsi szkoleniowcy cztery razy podnosili Puchar Europy, są gorsi od Holendrów (5), Niemców (7), Anglików (7), Hiszpanów (9) i Włochów (11), ale lepsi np. od Portugalczyków (3) i Francuzów (0). Z mistrzostwa Anglii cieszyli się aż 42 razy, tubylcy wygrywali ligę 60 razy. Najwięksi z największych, czyli Matt Busby, Bill Shankly, Jock Stein i Alex Ferguson, zebrali razem niemal osiemdziesiąt pucharów, w trzech dekadach prawie całkowicie zdominowali futbol na Wyspach.

W jaki sposób? Czy w ich karierach można dostrzec uniwersalny sposób na sukces, czy może ich wyjątkowość polega na niepowtarzalności? A może po prostu poszli drogą Sir Waltera Scotta, który mówił: "Jestem Szkotem, więc musiałem siłą utorować sobie drogę do wielkiego świata".

***

W 1964 r. trenerzy Jock Stein (Dunfermline) i Willie Waddell (Kilmarnock) pojechali do Mediolanu, by podpatrywać wielkiego Helenio Herrerę. Po dwóch tygodniach Waddell wrócił zafascynowany defensywnym ryglem Interu, rok później dzięki "cattenaccio" Klimanrock zdobył mistrzostwo Szkocji. Stein zastanawiał się natomiast, jak obejść taktyczne zasieki Argentyńczyka. Dwa lata później jego Celtic - według kapitana Billy'ego McNeilla wyglądający na "drużynę wyciągniętą prosto z pubu" - pokonał Inter Herrery w finale Pucharu Europy.

Stein 11 lat pracował w kopalni, zaczął jako szesnastolatek. Wciąż jednak grał w piłkę, to właśnie futbol pozwolił mu na stałe wyjechać na powierzchnię - w 1950 r. dostał pierwszy profesjonalny kontrakt w walijskim Llanelli Town. - Gdziekolwiek pójdę i cokolwiek będę robił, nigdy nie będzie mi dane współpracować z lepszymi ludźmi - wspominał lata spędzone pod ziemią. Przeżył trzy katastrofy, w których ginęli jego koledzy, znajomi, sąsiedzi.

Po roku Llanelli upadło, a Steinowi zajrzała w oczy wizja powrotu do kopalni. Uratował go Celtic, gdzie w rok został kapitanem, a po wymuszonym przez kontuzję kostki zakończeniu kariery - trenerem rezerw. Na pracę z pierwszą drużyną nie miał jednak szans, bo klub z Parkhead zatrudniał wówczas wyłącznie katolików, a on był protestantem. Dopiero sukcesy w Dunfermline (Puchar Szkocji) i Hibernian (62 proc. zwycięstw, najlepszy wynik w historii klubu) przekonały prezesa Celticu, by dał szansę Steinowi.

Zanim jednak Stein poprowadził zespół do dziewięciu mistrzostw z rzędu, musiał uporać się ze stereotypami. Był jednym z pierwszych, którzy uważali, że praca szkoleniowca nie polega na siedzeniu za biurkiem, ale prowadzeniu treningów, pokrzykiwaniu na zawodników, zwracaniu im uwagi na detale.

Co najważniejsze, doskonale oceniał możliwości piłkarzy i diagnozował, czego potrzebuje jego drużyna. Dziennikarz i przyjaciel Steina Hugh McIlvanney powiedział kiedyś, że największym atutem "Big Jocka" był zdrowy rozsądek. - Jeśli kiedykolwiek musiałeś zejść na milę pod ziemię, codziennie ryzykując życie, nie zmartwi cię najmniejszy kryzys w klubie - tłumaczył szkoleniowiec Celticu.

Szkot był także odważnym taktykiem, który promował ofensywny futbol i przykładał dużą wagę do wyszukiwania niedoskonałości u rywali. Przed finałem Pucharu Europy w 1967 roku Celtic - McNeill twierdził, że poza Bobbym Lennoxem był to zespół "dystryktu Glasgow" - żaden zawodnik nie urodził się dalej niż 30 mil od Parkhead. Wszyscy byli świetnie przygotowani fizycznie i taktycznie, a trener budował pewność siebie szatni, pokazując ułomności Interu.

W Lizbonie zespół Herrery był jednak zdecydowanym faworytem i szybko wyszedł na prowadzenie po golu Sandro Mazzoli z rzutu karnego. - To najlepsze, co mogło się nam zdarzyć, bo tylko podkręciliśmy tempo - mówił Stein. Jego drużyna nacierała z obu stron, w ataki angażowało się nawet ośmiu piłkarzy, ale do przerwy Giuliano Sarti nie dał się pokonać, kilka razy w fenomenalny sposób ratując kolegów.

W przerwie, choć Celtic wciąż przegrywał, Stein przekonywał piłkarzy, że gol wkrótce padnie. Szkoci doczekali się w 63. minucie, gdy w akcję zaangażowało się sześciu piłkarzy, a do wybitej przed pole karne piłki dobiegł lewy obrońca Tommy Gemmel. Jego uderzenie niemal rozerwało siatkę. - Włosi nie wiedzieli, że oprócz bramkarza Ronniego Simpsona oraz stopera Johna Clarka w Celticu każdy mógł strzelić gola. Prawy obrońca Jim Craig w tamtym sezonie zdobył 16 bramek - wspominał po latach McNeill.

Zwycięskiego gola dla Celticu niedługo przed końcem strzelił Stevie Chalmers. Ostatnich minut Stein nie był w stanie oglądać, schował się za ławką rezerwowych. - Teraz jesteś nieśmiertelny! - wykrzyczał mu po ostatnim gwizdku Bill Shankly. Kolejne sezony na Parkhead potwierdziły te słowa.

***

Triumfu Steina być może by nie było, gdyby nie Matt Busby. To on przeciwstawił się władzom ligi angielskiej (za ich przykładem poszli Szkoci), które w połowie lat 50. zniechęcały angielskie drużyny do uczestnictwa w rozgrywkach kontynentalnych. - Po dwóch spektakularnych wpadkach na mistrzostwach świata prestiż naszego futbolu wymaga, by podejmować rywalizację z drużynami z kontynentu - tłumaczył Busby.

W Manchesterze United pracował od 1945 r., zdążył stworzyć system szkolenia oraz sieć skautingową, które były podstawą legendarnych "Busby Babes" (tłum. "Dzieciaki Busby'ego"). W przeciwieństwie do Steina nie lubił, by piłkarze widzieli, jak się wścieka, potrafił wpływać na otoczenie samym spojrzeniem.

Jego dzieciństwo również nie było łatwe. Ojciec zginął zastrzelony przez snajpera w czasie I wojny światowej, gdy Matt miał sześć lat. Jako piętnastolatek musiał rzucić szkołę i pójść pracować do kopalni.

Wydostał się z niej wyłącznie dzięki piłce, dostając profesjonalny kontrakt w Manchesterze City, przed II wojną światową grał także w Liverpoolu. W 1945 r. przybył na częściowo zburzone Old Trafford. Także odrzucił rolę menedżera zza biurka i z piłkarzami wychodził na murawę, przy tablicy tłumacząc zawiłości taktyczne. Brazylijczycy na mistrzostwach świata w Szwecji w 1958 r. rozpropagowali ofensywne ustawienie 4-2-4, ale MU grał tak od kilku lat. Podobnie jak Stein, Busby był na Wembley w 1953 r., gdy Węgrzy rozbili Anglię 7:3 - na popisach Bozsika, Hidegkutiego i Puskasa obaj Szkoci oparli swoją ideę futbolu.

Punktem przełomowym była katastrofa samolotu w Monachium z 1958 r., w której zginęło wielu utalentowanych piłkarzy (m.in. Duncan Edwards), a sam Busby długo leżał w szpitalu w stanie agonalnym. Wszystko zdarzyło się, gdy wynalezieni, wychowani i wyszkoleni przez niego piłkarze byli na drodze do triumfu w Pucharze Europy.

- Gdy dotarły do mnie najczarniejsze wieści, zdałem sobie sprawę, że modlitwa o własną śmierć była błędem i tchórzostwem. Już wtedy czułem, że muszę znów wygrać, ku czci zmarłym. Bez tego moje życie nie miałoby znaczenia. To był mój cel - budować nową drużynę - tłumaczył Busby.

W 1963 r. nowy, złożony głównie ze sprowadzonych piłkarzy zespół wygrał Puchar Anglii, dwa lata później - mistrzostwo. W 1968 r. sięgnął szczytu - w finale Pucharu Europy pokonał Benficę z Eusebio w ataku. Dla Busby'ego było to ukoronowanie wielkiej, ponaddwudziestoletniej kariery na Old Trafford. Według trenera praca po katastrofie w Monachium dopiero wtedy nabrała znaczenia.

***

Choć Stein i Busby cieszyli się z Pucharu Europy, żaden nie był tak popularny jak Bill Shankly, który stworzył potęgę Liverpoolu. Nie odniósł tak spektakularnych sukcesów jak rodacy, ale charyzma, sposób bycia oraz talent pomogły mu stworzyć legendę, której niewielu może się równać.

Jako jeden z dziesięciorga rodzeństwa Shankly od 14. roku życia pracował w kopalniach, ale tę w jego rodzinnym Glenbuck szybko zamknięto. Miejscowość już nie istnieje, ale pośród ruin widać tablicę upamiętniającą najsłynniejszego mieszkańca z napisem: "Legenda. Geniusz. Człowiek.".

W 1932 r. Shankly'ego uratowali działacze Carlisle, oferując pierwszy profesjonalny kontrakt. Najlepsze lata jego kariery przypadły na II wojnę światową, a gdy futbol czasowo zawieszono, on sam stawał się coraz lepszym bokserem. Gdy w grudniu 1959 r. trafił do Liverpoolu, klub leżał w środku tabeli drugiej ligi, nie miał żadnych perspektyw na rozwój.

- To teraz oprowadzimy pana po stadionie - powiedzieli prezesi do Shankly'ego po podpisaniu kontraktu. - Nie ma takiej potrzeby, widziałem wszystko w weekend - zaskoczył ich Szkot, który wcześniej przyjechał na mecz rezerw, przy okazji przyglądając się klubowi. - Czy wiecie, że macie kilku utalentowanych piłkarzy w drugiej drużynie? - pytał szefów Shankly.

Przez sześć lat wyciągnął zespół i całe miasto ze stagnacji wywołanej kryzysem ekonomicznym, pozwolił mieszkańcom odnaleźć pasję w futbolu, a klubowi błysnąć w europejskich pucharach. W 1966 r. Liverpool po dogrywce przegrał finał Pucharu Zdobywców Pucharów z Borussią Dortmund.

Kilka tygodni później eksperci zachwycali się, gdy Anglia zdobywała mistrzostwo świata, grając systemem 4-4-2, ale Shankly już wcześniej ustawiał tak piłkarzy, opierając grę na atakach skrzydłami, wsparciu bocznych obrońców i zmieniających pozycje napastnikach. Chociaż wielu historyków twierdzi, że to Bob Paisley, jego asystent i następca, odpowiadał za taktykę Liverpoolu, to Shankly wielokrotnie sam zbierał zawodników przy tablicy lub planszy, tłumacząc detale.

Jego piłkarze powtarzali, że po latach ciężkiej, fizycznej pracy, wprowadzenie przez Shankly'ego treningów wyłącznie z piłką przywróciło im radość z gry, która szybko przełożyła się na wyniki i styl. Szkot szukał innowacji, często konsultował się z mistrzami innych dyscyplin, by poznać sposoby przygotowywania się do sezonu. Piłkarzy Liverpoolu zawsze wyróżniała szybkość, wytrzymałość i siła.

W ośrodku treningowym postawił kilka drewnianych ścian, o które piłkarze odbijali piłki - pierwszym kontaktem miało być przyjęcie, drugim podanie. Wielu zawodników nie było w stanie na tej ścieżce wytrzymać nawet dwóch minut. Konstrukcje przetrwały do lat 90., bardziej z szacunku dla legendy niż przydatności, ale czym różni się tamta prosta konstrukcja od nowoczesnych maszyn w stylu dortmundzkiego "Futbolnauty"?

Kibice Liverpoolu Shankly'ego uwielbiali - łatwo można znaleźć zdjęcia, na których uradowani fani całują go w stopy. On dla nich też wiele robił. Po meczach w Londynie fundował najbiedniejszym bilety powrotne. Angielski dziennikarz pisał, że słowa Shankly'ego znaczyły dla liverpoolczyków tyle, ile Mao Zedonga w Chinach. Codzienność miasta z tamtych lat była nie tyle przepełniona szarzyzną, co pogrążona w permanentnym kryzysie. Shankly nie tylko wyrobił klubowi markę, nadał mu status niemal niepokonanego.

To na jego życzenie przy wyjściu z tunelu powieszono znak "Welcome to Anfield", który jest tam do dziś. - Jeszcze przekonasz się, co to znaczy - mówił rywalowi, który przed meczem kpił z tej tablicy. To on, po upowszechnieniu kolorowej telewizji, wprowadził charakterystyczne całe czerwone stroje. Liverpool nie miał pieniędzy, by regularnie sięgać po trofea, ale za czasów Shankly'ego nigdy nie wypadł z europejskiej czołówki.

Najwspanialszy był rok 1973, gdy Liverpool cieszył się z mistrzostwa i pierwszego europejskiego trofeum - w finale Pucharu UEFA pokonał Borussię Mönchengladbach ze wspaniałym Juppem Heynckesem w ataku.

Przed pierwszym meczem w Anglii spadło tyle deszczu, że po 20 minutach sędzia przeniósł spotkanie na następny dzień. Kilka chwil wystarczyło jednak, by Shankly zauważył słabości rywali i zmienił taktykę - nakazał piłkarzom częstsze dośrodkowania i walkę w powietrzu ze słabym w tym elemencie Günterem Netzerem. Na ciężkiej, błotnistej murawie Liverpool wygrał 3:0, choć przegrał rewanż 0:2, cieszył się z pucharu. Po raz pierwszy w historii brytyjski - szkocki! - menedżer sięgnął w jednym sezonie po mistrzostwo i trofeum w Europie.

***

Alex Ferguson nigdy nie mówi, że jest z Glasgow, ale położonej przy rzece Clyde dzielnicy Govan, którą później wchłonęło miasto - choć sam twierdzi, że gdyby władze były bardziej rezolutne, stałoby się na odwrót. Jego ojciec był szanowanym kierownikiem w stoczni, tam młody Alex przyuczał się do zawodu jako prosty robotnik. - Dorastałem, wiedząc, że budowanie statków było i będzie częścią mojego życia. Wielokrotnie słyszałem, że sukcesy Steina, Busby'ego i Shankly'ego opierały się na ich przeszłości w górnictwie.

Nie mam wątpliwości, że to prawda i jestem przekonany, że każdy triumf w radzeniu sobie z ludźmi, zdobywaniu ich lojalności i zaangażowania zawdzięczam wychowaniu na nabrzeżu Clyde - wspominał prawdopodobnie najlepszy trener w dziejach, a na pewno największy ze Szkotów. Największy, bo czerpał od każdego z wielkich poprzedników.

Stein był jego nauczycielem i przyjacielem, z którym często rozmawiał i współpracował w reprezentacji Szkocji. Gdy Shankly przeszedł na emeryturę, miał audycję w radiu, której Ferguson słuchał podczas podróży na mecze Aberdeen. Z tych przemów zabierał socjalistyczne wartości budowy małych społeczności (drużyny!) oraz relacji międzyludzkich. Busby pokazał mu w Manchesterze United, jak zarządzać klubem. To on, gdy MU grał słabo, przekonywał innych członków zarządu, by nie zwalniali trenera. - Jestem przekonany, że wreszcie znaleźliśmy tego odpowiedniego, jedynego - mówił Busby swojej żonie.

Przykład Shankly'ego był równie istotny w długowieczności Fergusona na Old Trafford, który pamiętał, co stało się z trenerem Liverpoolu po przedwczesnej rezygnacji. Brak futbolu go zabił.

Najwięcej wiązało go jednak ze Steinem, śmierć byłego menedżera Celticu dotknęła go najbardziej. Doświadczył jej osobiście, tuż po ostatnim meczu eliminacji mistrzostw świata z Walią, w którym Szkocja zapewniła sobie awans remisem. Jego przyjaciel od dawna miał problemy z sercem, kolejnego zawału związanego ze stresem nie wytrzymał. Nigdy awans na mundial nie wiązał się z taką żałobą. Na trasie konduktu pogrzebowego ustawiły się setki tysięcy kibiców - Celticu, ale i Rangersów.

Ferguson wyrósł na hegemona, który 13 razy cieszył się z mistrzostwa Anglii, dwa razy z Pucharu Europy. Ale największy triumf odniósł nie na Old Trafford, tylko w małym Aberdeen, które w 1983 r. sensacyjnie wygrało Puchar Zdobywców Pucharów. Wcześniej Ferguson cieszył się na Pittodrie z drugiego w historii klubu mistrzostwa (1980) i Pucharu Szkocji (1982).

W PZP przeżył sezon magiczny - od pokonania Lecha Poznań, do rozwścieczenia Franza Beckenbauera po zwycięstwie 3:2 w dwumeczu z Bayernem Monachium. "Cesarz" zapowiadał, że kiepsko wyszkoleni Szkoci przegrają kilkoma bramkami. W finale Aberdeen mierzyło się z Realem Madryt prowadzonym przez Alfredo Di Stéfano. Stein radził Fergusonowi, by podarował przed meczem rywalowi butelkę whisky, jako znak, że cieszy go spotkanie. Zespół Szkota był wart ledwie kilkaset tysięcy funtów, bez porównania do wielkich i bogatych rywali. Jednak na śliskiej i nasiąkniętej wodą murawie stadionu w Göteborgu to piłkarze ze Szkocji grali lepiej, płynniej i bardziej ofensywnie.

Peter Weir i Neale Cooper dośrodkowywali, a Gordon Strachan rozgrywał w środku boiska. Bohaterem został 19-letni Eric Black, który na samym początku dał Aberdeen prowadzenie. Juanito wkrótce wyrównał z rzutu karnego, ale w dogrywce siły miała tylko jedna drużyna i John Hewitt zapewnił nieoczekiwany sukces Szkotom. To był triumf starej szkoły, oparty na podpatrywaniu Busby'ego, Shankly'ego i Steina.

Kilka dni po finale Aberdeen skromnie pokonało Rangersów na Hampden Park w krajowym pucharze, ale Ferguson grzmiał, twierdził, że jego piłkarze "rozczarowali". Później ich przeprosił, a po kilku latach zrozumiał, że gniew nie jest odpowiedni w każdych okolicznościach. Dokładniej: powiedział mu o tym jego nowy szef Matt Busby.

***

- Alex reprezentuje to samo środowisko i te same wartości, co Stein, Busby czy Shankly - mówił Hugh McIlvanney, który nazywał tych szkoleniowców "niewykształconymi inteligentami" czy wprost: "samoukami". Każdego dobrze znał, w 1997 r. nakręcił dla BBC dokument przedstawiający ich korzenie, właśnie nimi tłumaczył sukcesy.

Coś w tym jest, dzieciństwo nauczyło wielkich szkockich trenerów ciężkiej pracy i pokazało, ile można osiągnąć dzięki wysiłkowi zespołowemu. - Z domów wynieśli antyindywidualizm. Uważali, że trener i piłkarze powinni służyć klubowi, a nie zajmować się własną karierą czy pieniędzmi. Wszyscy przywiązywali się do miejsc, w których pracowali, chcieli rosnąć razem ze swoimi klubami - pisał felietonista "Financial Times" Simon Kuper. W biografii Busby'ego jego były piłkarz Eamon Dunphy twierdził, że "etos, który powinien obowiązywać w drużynie piłkarskiej, istnieje wśród górników. Pod ziemią obowiązuje zasada: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego".

W komplecie uważali się za socjalistów. Stein wspierał strajkujących w latach 80. górników, Ferguson od dawna pomaga Partii Pracy. Często spotyka się z Tonym Blairem i Gordonem Brownem, kiedyś tłumaczył, że laburzyści dbają o zwykłych ludzi, a torysi - o elitę.

- Socjalizm, w który wierzę, polega na tym, że wszyscy pracują dla wszystkich i każdy zostaje za to wynagrodzony. W ten sposób patrzę na życie i na futbol - mówił Shankly. Tyle tylko że świat, w którym wychowywali się Stein, Busby, Shankly i Ferguson już nie istnieje.

W 1914 r. w Szkocji żyło prawie milion górników, teraz w całej Wielkiej Brytanii jest ich dwa tysiące. Na początku XX wieku w stoczniach Clydeside bito rekordy - w 1913 r. wybudowano 370 statków - teraz Govan jest zapuszczone. Ferguson wspiera nawet kampanie rewitalizacji dzielnicy, w której się wychował.

Zapoczątkowane w latach 80. przez Margaret Thatcher zamykanie kopalni nie tłumaczy jednak, dlaczego nie widać nikogo, kto mógłby kontynuować tradycje szkockich trenerów. Przecież jak pisze Herman "bycie Szkotem to nie tylko miejsce urodzenia, przynależność do klanu czy pewnej kultury - to stan umysłu".

David Moyes również wychował się w Glasgow, jego ojciec pracował w tej samej stoczni co Ferguson. Ale w Manchesterze United Moyes poniósł klęskę, która przykryła wszystko, co zrobił wcześniej, dziś mało kto pamięta, że w Evertonie wyrobił sobie markę jednego z najlepszych trenerów Premier League. Angielskie gazety opisują, że przyzwyczajeni do Fergusona piłkarze MU zaczęli wątpić w metody i taktykę następcy już po miesiącu.

Moyes - obecnie trener Realu Sociedad - wciąż daje jednak największe nadzieje na to, że szkocki trener znów odniesie sukces. Ale nie jest to nadzieja oparta na ocenie warsztatu, ale braku konkurencji. Gdy Ferguson w 2011 r. chwalił się pochodzeniem, w Premier League pracowało sześciu jego rodaków, poprzedni sezon zaczęło tylko dwóch. Alan Irvine (WBA) i Paul Lambert (Aston Villa) zostali jednak zwolnieni, a od lutego do czerwca i awansu Norwich City z Aleksem Neilem jako menedżerem, żadnego zespołu ligi angielskiej nie prowadził Szkot. To był pierwszy taki przypadek od 1984 roku.



Jak wyglądałyby koszulki reprezentacji, gdyby projektowałyby je znane firmy? Fenomenalne projekty [ZDJĘCIA]