Listkiewicz: Mundialu nie dostaniemy za świetne Euro

- Nie grzejmy się za bardzo mundialem. Dostosujmy swoje apetyty do realiów. Pewnie, że bylibyśmy w stanie mistrzostwa świata zrobić, ale chętnych będzie tylu, że wygrać nie będzie łatwo - mówi były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej, Michał Listkiewicz. Człowiek, który dobrze zna działaczy UEFA i FIFA, podpowiada jak Polska powinna starać się o organizację finałów mistrzostw świata w roku 2026 albo 2030.
Łukasz Jachimiak: Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz jeszcze w trakcie Euro 2012 stwierdził, że w perspektywie najbliższych lat Polska powinna ubiegać się o organizację finałów mistrzostw świata. Kiedy według pana moglibyśmy gościć u siebie taki turniej?

Michał Listkiewicz: Mundiale 2014, 2018 i 2022 mają już swoich gospodarzy. Najbliższy wolny termin to 2026 rok. Ale wątpliwe, żeby wtedy turniej dostała Europa, bo przecież będzie go miała w 2018 roku, kiedy gospodarzem będzie Rosja. Musimy patrzeć nie tylko na siebie. FIFA stara się, by mistrzostwa odbywały się na różnych kontynentach, dlatego pierwszy realny termin to według mnie rok 2030.

Myśli pan, że po sukcesie organizacyjnym Euro 2012 moglibyśmy dostać mundial 2030?

- Nawet jeśli w 2030 roku mundial dostanie Europa, to trzeba pamiętać, że spośród 53 europejskich federacji kilka na pewno zechce walczyć o organizację turnieju. Chętnych nie zabraknie. Zgłosi się choćby Anglia, która ostatnio przegrała walkę z Rosją, a wymienić można by jeszcze kilka państw. Kapitalnie zrobiliśmy Euro, zdaniem wielu to był najlepszy ze wszystkich dotychczasowych turniejów na naszym kontynencie, ale to jeszcze nie znaczy, że automatycznie dostaniemy mistrzostwa świata. Warto zwrócić uwagę, że ich organizatora wybiera nie UEFA, tylko FIFA.

Prezes FIFA Sepp Blatter był na naszym Euro, a pan pewnie wie czy mu się podobało?

- No tak, był przez trzy dni, podobało mu się. Ale przy wyborze gospodarza mistrzostw świata bardzo duże znaczenie ma polityka. Moim zdaniem mocnym kandydatem na organizatora któregoś z kolejnych mundiali będzie Oceania. To jej się należy, w Australii nigdy wielkiego turnieju nie było, a mogłaby go zorganizować choćby wspólnie z Nową Zelandią.

Zbigniew Boniek stwierdził na łamach "Przeglądu Sportowego", że jeśli chcemy zostać organizatorem mistrzostw świata, to przez pięć najbliższych lat powinniśmy "wychodzić sobie ścieżki w FIFA i UEFA". Podjąłby się pan tego zadania?

- Od 2003 do 2007 roku już takie ścieżki wydeptywaliśmy, starając się o Euro 2012. Robiło to wąskie grono, ja do niego należałem. Niestety, u nas dyplomacja piłkarska nie jest mocna. Człowiek, który się tym zajmuje jest w Polsce traktowany per noga. A przecież w niektórych językach, w angielskim, rosyjskim, węgierskim jest nawet specjalne słowo na nazwanie dyplomaty sportowego. U nas mówi się działacz, ma się złe skojarzenia. Żeby być dyplomatą sportowym trzeba mieć określone umiejętności. Zdobycie dużej imprezy nie jest łatwe, na szczęście u nas ostatnio trochę się to ruszyło. Dostaliśmy mistrzostwa świata w siatkówce, niedawno też mistrzostwa Europy w piłce ręcznej. A prezes Andrzej Kraśnicki mówił, że świetne opinie o Polsce pomogły. Ale podkreślam - nie grzejmy się za bardzo mundialem. Dostosujmy swoje apetyty do realiów. Pewnie, że bylibyśmy w stanie mistrzostwa świata zrobić. Ale chętnych będzie tylu, że wygrać nie będzie łatwo.

Co zrobić, żeby mimo wszystko wygrać?

- Zacząć od mniejszych imprez. Zorganizować choćby finał Ligi Europejskiej, ja byłbym też za tym, żeby zrobić mistrzostwa Europy albo mistrzostwa świata w piłce nożnej kobiet. U nas na zmagania pań patrzy się trochę z przymrużeniem oka, a przecież zeszłoroczne mistrzostwa świata w Niemczech pokazały, że piłka kobiet niesamowicie się rozwija, na stadiony przychodziło po kilkadziesiąt tysięcy widzów i turniej był świetny. Warto też zrobić kilka pojedynczych eventów, w których organizacji sam chciałbym pomóc. Rozmawiałem już np. z prezydentem Wrocławia o ściągnięciu do miasta takich drużyn jak Real Madryt, Barcelona czy Manchester United. Te drużyny powinny zacząć u nas grywać. Można je ściągnąć na pokazowe mecze, zapłacić im za to, zrobić show. Z jednym na pewno trzeba skończyć - z pewnym myśleniem. To będzie taki smaczek na koniec. Gdzieś przeczytałem wypowiedź sekretarza generalnego PZPN. Pan Waldemar Baryło powiedział, że każdy, kto krytykuje prezesa Grzegorza Latę, niszczy polską piłkę. Piękne. Kiedyś mówili nam, że jak atakujemy Gomułkę, to niszczymy naród polski. Nie wiem, co gościowi strzeliło do głowy, żeby taką bzdurę powiedzieć.