Euro 2012 się skończyło. Co dalej? Mundial i letnie igrzyska w Polsce są realne!

Na fali entuzjazmu po Euro 2012 wielu Polaków się rozmarzyło. Kiedy znów taka impreza trafi do Polski? Z analizy Sport.pl wynika, że relatywnie najprościej byłoby zdobyć prawa do letnich igrzysk olimpijskich w Warszawie już w 2024 roku. Realne byłoby też przeprowadzenie piłkarskiego mundialu, ale dopiero w 2030 roku. Analiza Michała Kiedrowskiego.
Polska na pewno ma atuty, by zorganizować w przyszłości piłkarski mundial czy letnie igrzyska olimpijskie. Na pewno nie stanie się to w perspektywie najbliższych 10 lat. Co nie znaczy, że przez ten czas polscy kibice nie będą mieli się czym emocjonować. Już za dwa lata czekają nas mistrzostwa świata siatkarzy. W 2016 r. o tytuł najlepszej drużyny Europy zagrają w Polsce piłkarze ręczni.

A ile Polsce brakuje, by zorganizować mundial albo igrzyska olimpijskie? Przeanalizujmy.

Mundial w Polsce - najwcześniej w 2030?

Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz rzucił podczas Euro pomysł, aby Polska zorganizowała mundial razem z Niemcami czy Czechami, ale raczej większe szanse na wybór mielibyśmy, gdybyśmy turniej zorganizowali sami.

Po pierwsze dlatego, że nasi zachodni sąsiedzi mistrzostwa świata zrobili u siebie w 2006 r. i przez następnych 40 lat raczej nie mają szansy na reelekcję. Po drugie FIFA - w przeciwieństwie do UEFA - niechętnym okiem patrzy na podwójne kandydatury. Gdy wybierano gospodarza mundialu 2010 i 2014 r. na samym wstępie procedury wyboru komitet wykonawczy FIFA oświadczył, że wspólne oferty (wtedy przedstawiły je razem Libia i Tunezja oraz cztery lata później Argentyna z Chile) nie będę brane pod uwagę. Szefowie FIFA zdanie zmienili dopiero w 2010 r., gdy wybierano gospodarzy mistrzostw świata 2018 i 2022. Łączone kandydatury Hiszpanii i Portugalii oraz Belgii i Holandii nie miały jednak szans z Rosją.

Mundial w Polsce mógłby się odbyć najwcześniej za 18 lat. FIFA stosuje bowiem ostatnio w wyborach gospodarza kryterium, które wyklucza kraje z kontynentów, gdzie odbyły się dwie poprzednie edycje. Skoro więc w 2014 mundial odbywa się w Ameryce Płd., a w 2018 w Europie, to z wyborów organizatora w 2022 wykluczeni byli Europejczycy i Południowi Amerykanie. Wygrał Katar. Tak więc gospodarzem MŚ 2026 może być ktoś z obu Ameryk, Afryki lub Azji. Dopiero w 2030 r. miałaby szanse Europa.

Oczywiście to wszystko pod warunkiem, że FIFA nie zmieni swoich regulaminów i nie wróci na przykład do pomysłu rotacji kontynentalnej. Wtedy na mundial w Europie musielibyśmy poczekać jeszcze co najmniej cztery lata dłużej.

O wyborze gospodarza Mundialu 2030 FIFA zdecyduje najpóźniej w 2022 r. Polska ma więc co najmniej 10 lat aby swoją mundialową kandydaturę przygotować. I trzeba przyznać, że nie będzie to oferta pozbawiona szans.

Jej atuty:

- doświadczenie z przeprowadzenia tego typu imprezy w 2012 r.,

- znakomite oceny za Euro 2012,

- łatwość przemieszczania się kibiców między stadionami (biorąc nawet pod uwagę duże opóźnienia to w 2022 r. sieć autostrad łącząca największe polskie miasta powinna być gotowa),

- łatwość dotarcia do Polski drogą lotniczą i mała odległość między lotniskami a stadionami,

- duża liczba zmodernizowanych stadionów (do tych wybudowanych na Euro 2012 dojdą jeszcze np. Stadion Śląski, oraz stadiony np. w Łodzi, Zabrzu, Białymstoku)



Na mundial potrzebny gigantyczny stadion

Problemem nie będzie to, ile Polska musiałaby na mundial wybudować nowych stadionów, lecz raczej jak na tych obecnych powiększyć widownię. Największy w Polsce Stadion Narodowy w Warszawie jest bowiem zbyt mały, aby rozgrywać na nim finał Ligi Mistrzów, nie mówiąc już o mundialu.

By zorganizować mundial potrzeba co najmniej 10 stadionów (tyle było w RPA dwa lata temu), ale oczywiście większe szanse mają kandydatury, które zagwarantują ich więcej (w Brazylii w 2014 r. ma być ich 12, a w Rosji w 2018 aż 16 w trzynastu miastach).

Stadiony w RPA miały pojemność od 39 tys. widzów do 84 tys. Przy czym trzy były większe niż nasz Narodowy. Stadiony w Brazylii będą mieścić od 40 do 76 tys. widzów, przy czym od Narodowego większych będzie aż 5.

Od kolejnych kandydatów na organizatorów mundiali FIFA wymagała stadionu na finał mogącego pomieścić co najmniej 80 tys. widzów. W Polsce takiego nie ma. Zresztą także inne budowane lub zmodernizowane ostatnio stadiony musiałby trochę "spuchnąć" - zwłaszcza te najmniejsze - aby spełnić wymogi organizacji takiej imprezy.

Oto lista 10 największych polskich stadionów, na których mógłby się odbyć mundial (niektóre jeszcze w budowie):

- Warszawa - Narodowy (58,5 tys. widzów)

- Chorzów - Stadion Śląski (55,2 tys. widzów)

- Wrocław - Stadion Miejski (44,3 tys. widzów)

- Poznań - Stadion Miejski (44 tys. widzów)

- Gdańsk - PGE Arena (42 tys. widzów)

- Kraków - Stadion Wisły (37 tys. widzów)

- Zabrze - Stadion im. Ernesta Pohla (32 tys. widzów)

- Warszawa - Stadion Wojska Polskiego (31 tys. widzów)

- Białystok - Stadion Miejski (22,5 tys. widzów)

- Bydgoszcz - Stadion im. Zdzisława Krzyszkowiaka (20,2 tys. widzów)

I to właściwie wszystkie. Projektowane lub modernizowane stadiony w Lublinie, Łodzi, Szczecinie mają mieć pojemność jeszcze mniejszą.

Podsumowując. Polska nie byłaby bez szans w wyścigu na organizację Mundialu 2030. Mogłaby zaproponować "kompaktowe mistrzostwa". W porównaniu do Rosji czy Brazylii wszędzie byłoby dla kibiców blisko. Polski rząd musiałby jednak wziąć na siebie ciężar przebudowania stadionów lub wybudowania nowych, by te najmniejsze liczyły 40-45 tys. widzów, trzy kolejne po 50-60 tys., a jeden co najmniej 80 tys. Koszty takiego przedsięwzięcia byłby pewnie jeszcze większe niż przy Euro 2012. Dziś rząd na pewno nie zdecydowałaby się na wyścig po mundial. Trudno jednak przesądzać, jaka sytuacja będzie za 10 lat, gdy trzeba będzie zgłosić kandydaturę.

Przecież gdy dostaliśmy Euro 2012 nie mieliśmy nawet jednego stadionu spełniającego wymogi organizacji Euro 2012.

O igrzyska łatwiej? Potrzebny wielki stadion, wielka hala i wielki basen

Na pewno wcześniej niż piłkarskie mistrzostwa świata Warszawa mogłaby zorganizować igrzyska olimpijskie. Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl.) nie stosuje rotacji kontynentalnej, choć oczywiście nie zdarza się, aby igrzyska na tym samym kontynencie odbywały się edycja po edycji. Warszawa mogłaby dostać igrzyska już w 2024 r. pod warunkiem, że w 2020 zorganizuje je Tokio (pozostali kandydaci to Madryt i Stambuł).

W wypadku igrzysk olimpijskich miasto organizator także powinien posiadać co najmniej jeden gigantyczny stadion na 80 tys. widzów na ceremonie otwarcia, zamknięcia i konkurencje lekkoatletyczne. Taki stadion musiałby w Warszawie powstać od zera, bo na Narodowym już na etapie projektowania zrezygnowano z bieżni i nie ma możliwości, by znów ją tam wstawić.

Drugi obiekt, jaki powinien powstać na igrzyska olimpijskie w Warszawie to centrum sportów wodnych, czyli miejsce, gdzie rywalizowaliby pływacy, skoczkowie do wody i waterpoliści. W Londynie była to druga najdroższa inwestycja infrastruktury sportowej po stadionie olimpijskim. Kosztowała 269 mln funtów. Kryta olimpijska pływalnia z widownią na 4 tys. miejsc planowana jest przy Stadionie Narodowym. Jej obecnie szacowany koszt to 280 mln złotych.

Warszawie brakuje także hali sportowo-widowiskowej z prawdziwego zdarzenia. Torwar - obecnie największa hala w Warszawie mógłby pełnić w czasie igrzysk olimpijskich jedynie pomocniczą rolę - najważniejsze mecz w siatkówce, koszykówce czy finały w gimnastyce sportowej musiałby się odbyć w dużo większym obiekcie, z 20-tysięczną widownią. Taka hala jest w planach przy Narodowym Centrum Sportu, jej szacunkowy koszt to 140 mln złotych.

Na szczęście Warszawa ma już czwarty pod względem kosztów budowy obiekt potrzebny na igrzyskach (po stadionie lekkoatletycznym, centrum sportów wodnych i wielofunkcyjnej hali) - kryty tor kolarski. Ten w Pruszkowie, który przecież trzy lata temu gościł mistrzostwa świata, w zupełności by wystarczył.

Wszystkie inne nowe areny nie kosztowałyby zbyt drogo, zwłaszcza że większość byłaby tymczasowa (jak np. stadion do hokeja na trawie w Londynie). Do strzelectwa, eliminacyjnych meczów w piłce ręcznej czy siatkówce, można - jak to zadziało się w stolicy Anglii - wykorzystać już istniejące centra targowo-konferencyjne. Tory do wioślarstwa czy kajakarstwa mogłyby powstać na Zalewie Zegrzyńskim. Te zawody można byłoby również przenieść do Poznania na już istniejący tor Malta. A kajakarstwo górskie rozegrać w Krakowie, gdzie też istnieje już odpowiedni, czyli spełniający międzynarodowe normy, obiekt.

Najłatwiej byłoby przeprowadzić turnieje piłkarskie kobiet i mężczyzn. Potrzebnych do tego sześć stadionów Polska już ma lub wkrótce mieć będzie.

Zostaje jeszcze wioska olimpijska. Taką inwestycję, jeśli ją rozsądnie zaplanować, można potem jednak wykorzystać jako osiedle tanich mieszkań. Nie będą więc to pieniądze nie do odzyskania.

Podsumowując. Organizacja igrzysk olimpijskich w Warszawie kosztowałaby zdecydowanie mniej niż mundial. Poza tym główne inwestycje (duża hala widowiskowo-sportowa, centrum sportów wodnych, czy wioska olimpijska) mogłyby być wykorzystywane po igrzyskach nawet w większym stopniu niż stadiony piłkarskie po Euro. Co ważne dla obrony tego typu przedsięwzięcia, najbardziej kontrowersyjna inwestycja, która praktycznie nic nie daje tzw. szaremu obywatelowi - kryty tor kolarski - już istnieje.

Igrzyska zimowe - szanse najmniejsze. Bo Tatr nie przebudujemy

Trzecią wielką imprezą sportową, w której Polacy mogliby wykorzystać doświadczenia z Euro 2012 to zimowe igrzyska olimpijskie. Dwa lata temu po igrzyskach w Vancouver pomysł organizacji takiej imprezy w Krakowie, Szczyrku, Wiśle i Zakopanem rzucił śp. Piotr Nurowski, ówczesny prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Chciał by polskie igrzyska odbyły się pod Tatrami w 2026 roku.

W porównaniu do mundialu czy letnich igrzysk olimpijskich, to igrzyska relatywnie tanie, a obiekty powstające przy ich organizacji (trasy narciarskie, lodowiska, hale wielofunkcyjne) mogą być wykorzystywane i po igrzyskach.

Polscy organizatorzy igrzysk napotkaliby jednak dwa problemy nie do rozwiązania.

Pierwszy - mniejszy - to budowa sztucznie mrożonego toru dla saneczkarzy i bobsleistów. Koszty takiego obiektu to ponad 300 mln złotych (ten w Vancouver został wybudowany za 105 mln dolarów kanadyjskich czyli 340 mln złotych), a roczny koszt utrzymania ponad milion. W dodatku nie bardzo można znaleźć miejsce dla takiej inwestycji. Gdy taki tor próbowały wybudować władze Krynicy, naukowcy udowodnili w sądzie, że w ten sposób zostaną zniszczone cenne źródła wód w regionie. W każdym miejscu polskich gór, gdzie ktoś chciałby postawić tego typu obiekt, musiałby najpierw wygrać z potężnym lobby ekologów.

Drugi - jeszcze bardziej niemożliwy do przezwyciężenia - problem to wyznaczenie odpowiedniej trasy zjazdowej. W Polsce nie da się tego zrobić bez ingerencji w Tatrzański Park Narodowy, a na to ani nie zgodzą się jego władze, ani ekolodzy. Jedynym rozwiązaniem dla polskich organizatorów igrzysk zimowych byłoby przeprowadzenie części alpejskiej rywalizacji (zjazdu, supergiganta i kombinacji) na Słowacji.

Podsumowując. Zimowe igrzyska, choć relatywnie najtańsze z wielkich imprez sportowych, w polskiej rzeczywistości mają najmniejsze szanse powodzenia. Główną przyczyną jest fakt, że tych igrzysk nie dałoby się przeprowadzić w Polsce, bez ingerencji w tereny objęte ochroną. Wywołałoby to z pewnością bardzo silne protesty ekologów i naukowców. Nie wydaje się, by wytyczenie tras zjazdowych w Tatrzańskim Parku Narodowym byłoby kiedykolwiek możliwe.



Czy wierzysz, że w Polsce uda się zorganizować...