Ile Euro na Ukrainie? Martwy sezon w Doniecku. Rassija, Rassija na trybunach

Nie wiem, czy trudniej tu znaleźć taksówkę z kasą fiskalną, czy tubylca, który byłby zadowolony z organizacji mistrzostw Europy
Pracownik stacji benzynowej stojącej 200 m od stadionu we Lwowie cieszy się, że powstały nowe drogi i lotniska, ale widok nowoczesnej, mogącej pomieścić 35 tys. widzów, areny już go uwiera. - Bo nasze Karpaty są słabe i tak dużego stadionu nie potrzebują.

W Charkowie taksówkarz czekający na klientów pod lotniskiem i gospodyni motelu, w którym mieszkałem, narzekali, że zarobili mniej niż oczekiwali. - U nas mistrzostwa trwały osiem dni, a turystów było bardzo mało. Dopiero przed ostatnim meczem z Portugalią przyjechało kilku Holendrów. Ale nie tylu, ilu się spodziewaliśmy.

Według Witii z Doniecka przez Euro na Ukrainie straszy drożyzna. Więcej kosztuje benzyna, mięso, a nawet woda. - Turyści? Są. Najwięcej z Rosji - mówi taksówkarz.

Nie wrócić w trumnie

Rassija, Rassija - grzmiały trybuny w Doniecku. Grzmiały, choć po boisku biegały gwiazdy Francji i Anglii. Dziennikarze z Wysp mówili, że czują się, jakby gospodarzem meczu byli Rosjanie.

Anglicy byli w niezłej sytuacji, bo na 51-tysięczny stadion przyjechało ok. 5 tys. ich kibiców. Francuzów było pięć razy mniej i zmieścili się w dwóch sektorach. Pozostałe - ale nie wszystkie, bo gołym okiem było widać, że wolnych miejsc było mnóstwo - zajęli tzw. kibice neutralni.

Puste miejsca na ukraińskich stadionach widać od początku turnieju, choć Lwów i Charków gościły Portugalię z Cristiano Ronaldo, wicemistrzów świata Holendrów i faworytów turnieju Niemców. Tuż przed rozpoczęciem ME UEFA informowała, że zostało jej ok. 10 tys. biletów na mecze rozgrywane na Ukrainie (w tym na finał). Niemal na pewno przesadziła, przed meczem Francja - Anglia twierdziła, że do kompletu zabrakło tylko 725 widzów. - Jeszcze nigdy o zakup wejściówek nie było tak łatwo jak teraz. Chyba pierwszy raz dostałem tyle, ile chciałem - opowiadał mi Anglik, który od kilkunastu lat jeździ za swoją reprezentacją.

Innych fanów z zachodu Europy wystraszono. Na początku cenami. Kilka tygodni przed turniejem kibic jadący do Doniecka wybierał między miejscem na polu namiotowym za 150 euro a pokojem w hotelu za 1 tys. euro. Dziś sami właściciele przyznają, że przesadzili, bo wszystkich miejsc nie udało im się wynająć.

Nie pomogły też reprezentacje, które wolały trenować w Polsce. Z 16 drużyn, poza gospodarzami, na Ukrainie zamieszkali tylko Szwedzi i Francuzi.

Na sam koniec Ukrainę dobiły media - głównie z Wysp Brytyjskich - ostrzegające, że można z niej wrócić w trumnie. - Przez opowieści jak z horroru o zagrożeniach na Ukrainie straciliśmy mnóstwo fanów. Przykro mi z powodu ludzi, którzy zrezygnowali z przyjazdu. Ci, którzy się zdecydowali na przyjazd, są pewnie zachwyceni - mówił we wtorek trener reprezentacji Anglii Roy Hodgson. Dla kibiców zarabiających w euro i funtach, Donieck wydaje się rajem. Piwo kosztuje ok. 1 euro.

Nie sprawdziły się też przewidywania organizacji walczących o prawa kobiet, ostrzegające przed najazdem barbarzyńców, którzy po meczach mieli opić się piwem i ruszyć do agencji towarzyskich. - Ludzie, którzy zainwestowali w seksbiznes przed mistrzostwami, muszą być zawiedzeni, bo prostytutki nie zauważyły, by klientów było więcej - mówi Olena Zuckerman z organizacji Legalife. Cytowana przez "KyivPost" prostytutka mówi, że nie miała jeszcze klienta z zagranicy i czerwiec nazywa "martwym sezonem".

Znaleźć Yeti

Roztańczonych, bawiących się do rana fanów w ukraińskich miastach spotkać trudno. Ale do położonego na zachodzie kraju Lwowa nie bali się chociaż przyjechać. Gdy Portugalia mierzyła się z Niemcami, zagraniczni kibice zajęli większość miejsc na trybunach, wypełnili położony kilkaset metrów od stadionu hotel.

W Doniecku jest to niemal niemożliwe. I świadczą o tym nie tylko liczby. Na wielkich turniejach zazwyczaj dojazd w okolice stadionu zajmuje kilkadziesiąt minut. UEFA zamyka bowiem ulice, tworzą się korki i dłużej się stoi, niż jedzie. Dzieje się tak przed i po meczu. Na poprzednich ME w Austrii i Szwajcarii złapać taksówkę w Bazylei - nawet dwie godziny po meczu - to tak jak złapać Yeti. Dwa lata temu na mundialu, ostatnie kilometry do stadionu w Kapsztadzie trzeba było pokonać pieszo.

W Doniecku - choć jechałem w godzinach szczytu - zatrzymywały mnie tylko światła i znaki stopu. - U nas tak zawsze - odparł taksówkarz, widząc moje zdziwienie. Miasto żyje obok Euro.

Gdyby UEFA nie oflagowała głównych ulic, trudno byłoby się zorientować, że w Doniecku odbywa się druga po igrzyskach olimpijskich w Londynie największa sportowa impreza tego roku. W oknach ani na samochodach nie sposób dojrzeć najmniejszego zainteresowania mieszkańców turniejem. W Warszawie trzeba się bardzo postarać, by nie zauważyć samochodu z biało-czerwoną flagą. W zdominowanym przez Rosjan Doniecku nie ma ich wcale. Pewnie także dlatego Mykoła Tomenko - były wicepremier w rządzie Julii Tymoszenko - twierdzi, że gdy Ukraina gra w Doniecku, tak naprawdę jest na stadionie gościem.

A taksówki z taksometrem, o kasie fiskalnej nie wspominając, naprawdę znaleźć nie sposób. Podróż dobrze też zacząć od targowania się o cenę. Rekordzista zgodził się zawieźć mnie na lotnisko za cenę 60 proc. mniejszą, niż zażądał na początku.