Jak niemiecki elektryk zaraził wrocławskie Euro radością

Nie było lepszej zabawy we wrocławskiej strefie kibica od tej, jaką spontanicznie zafundowała kibicom grupa niemieckich bębniarzy pod wodzą charyzmatycznego lidera. Rytmy brazylijskiej samby porywały wszystkie narodowości. Było internacjonalnie, radośnie i życzliwie.
Wrocławski plac Solny, czwartek wieczór, dzień przed rozpoczęciem Euro 2012. Grupa 36 ubranych na żółto-zielono bębniarzy zmierza gęsiego w kierunku strefy kibica. Ustawiają się w siedem szpalerów przed wejściem do strefy tuż przed godz. 19. Zaczynają grać.

Wybijają rytmicznie sambę na swoich bębnach. Dyryguje nimi blondyn z doczepionym pióropuszem, na ramieniu ma opaskę "Kapitan" na tle niemieckiej flagi. Po kilku sekundach gromadzą się przed nimi pierwsi gapie.

Przejęli strefę kibica

Pół godziny później przysłuchuje im się już kilkaset osób. Po trzech godzinach przed bębniarzami buja się kolorowa masa kibiców. "Kapitan" gwiżdże w gwizdek i wymachuje flagą Polski i Rosji. Jakiś Rosjanin z piwem w ręku tańczy i zakłada "Kapitanowi" na głowę czapkę z flagą Rosji. Polak z Rosjaninem przybijają sobie piątki, wymieniają się szalikami. Wszystkiemu przyglądają się dziesięć metrów dalej osłupiali policjanci w dwóch radiowozach zaparkowanych na rogu Kiełbaśniczej i Placu Solnego.

Przez ulicę chce przebić się trzeci radiowóz, ale widząc rozentuzjazmowany bujający się tłum, policjanci nawet nie włączają koguta. Kilku funkcjonariuszy próbuje mu utorować drogę, ale ludzi jest za dużo. W końcu się poddają i zawracają. Bębniarze stworzyli eksterytorialną strefę w centrum miasta. Są nie do ruszenia.

W tym samym czasie w centrum oficjalnej strefy kibica jest kilka tysięcy ludzi, ale ledwie kilkanaście osób tańczy przed telebimem z transmisją koncertu Arasha, irańskiego artysty. Na kilka godzin bębniarze przejęli wrocławską strefę kibica. "Bum-bum" - dudnią bębny. I tak do czwartej nad ranem.

Na usługach szwajcarskiej policji

Transowi wybijanych rytmów ulegają i kibice, i przypadkowo przechodzące rodziny z dziećmi. Dwuletnią dziewczynkę tak porwała muzyka, że poszła w tany na Placu Solnym. Starsza pani stanęła jak zaczarowana i podrygując, wodziła wzrokiem z instrumentu na instrument.



To tylko kwestia czasu, jak samba porwie każdego - nawet najbardziej odpornego na muzykę. Petra z zespołu "Kapitana": - Czwartego dnia mistrzostw zaprosili nas do jakiegoś wrocławskiego klubu. Pamiętam, jak naprzeciw nas siedział taki bardzo ponury jegomość. Zupełnie beznamiętnym wzrokiem gapił się w dal, nic go nie ruszało. Dopiero po piętnastu minutach zaczęła mu lekko nóżka chodzić w rytm muzyki. "O!" - pomyślałam sobie - "To już jest nasz!". Na koniec koncertu tańczył z innymi w pierwszym szeregu i wydzierał się radośnie.

Petra jest jedną z pięćdziesięciu osób należących do zespołu. Wszyscy pochodzą z Niemiec, z rejonu północnej i zachodniej Bawarii. Są w nim nauczyciele, policjanci, pracownicy sądu, sprzedawcy i bezrobotni. "Kapitan" założył go siedem lat temu z połączenia różnych grup samby. Nazywają się "Bateria quem é?", co po portugalsku znaczy "Kim jesteś?".

Petrę samba wciągnęła trzy lata temu, gdy po raz pierwszy usłyszała muzykę na festynie w rodzinnym Bambergu. Do tej pory nie chce puścić. I - jak mówi Albert Fuchs, "Kapitan" drużyny - już nie puści. Bo jest jak wirus, który rozprzestrzenia się po całym organizmie.

To on dyryguje swoją orkiestrą, ale przede wszystkim - tłumem. Z gwizdkiem w ustach wyznacza, która strona publiczności ma klaskać, a która czekać na swoją kolej. Wszyscy posłusznie mu ulegają, a rytm wybijanej samby często przebija radosny wrzask tańczących.

- Wystarczy, że raz gwizdnę, a oni zaraz idą za tym. Nie ma co ukrywać: to taka zabawna władza, którą mam i która daje ludziom radość. Nie gram ani dla Polaków, ani dla Czechów, tylko dla tych wszystkich, którzy tutaj są.



Propagują pokój i wolność

Jego grupa jeździ na mistrzostwa piłkarskie i koszykarskie. Byli na mistrzostwach świata w Niemczech w 2010 roku i w 2008 roku na Euro w Szwajcarii. W Zurychu ściśle współpracowali z policją.

- Kibice zamiast się lać, słuchali, jak gramy i tańczyli. Dlatego często po meczach policja nas prosiła, żebyśmy podjechali do centrum, gdzie było ryzyko zadymy. Dziennikarze się śmiali, że jesteśmy tajnymi współpracownikami służb porządkowych - mówi Albert. - Ale nigdzie jednak nas tak entuzjastycznie nie podejmowano jak we Wrocławiu. Euro jest fantastyczne, ale nie można tego brać zbyt serio. Cieszysz się, jak twoja drużyna wygrała, albo smucisz, jak przegrała, ale później przecież życie idzie naprzód. Staramy się to ludziom mówić. Sport nie jest idealny, bo od popełnionego błędu zależy to, kto wygra. Są też profesjonalne grupy samby, które grają dużo lepiej od nas, ale my w odróżnieniu od nich gramy z publicznością. Ludzie są wmieszani w naszą muzykę. Nie gramy idealnie, oddajemy radość życia. Bo ten, kto jest muzykalny, nie jest idealny.

W Szwajcarii dziennikarze przedstawiali grupę jako "propagującą pokój i wolność na świecie". - Podszedł do nas pewnego dnia jakiś holenderski kibic i zapytał, skąd jesteśmy. Brazylia, może Portugalia? Szczęka mu opadła, jak powiedziałem, że wszyscy jesteśmy Niemcami. To, że pochodzimy z kraju, który wywołał drugą wojnę światową, niektórym nie mieści w głowie - opowiada "Kapitan".

Kocham Amerykę Południową, ale Niemcy bardziej

Sam zaraził się sambą 25 lat temu podczas swojej pierwszej podróży na Karaiby. Odkładał na to kilka lat, a przecież kokosów nigdy nie zarabiał. W życiu skończył jedynie szkołę zawodową i na co dzień pracuje jako elektryk w Bundeswehrze, niemieckiej armii.

- Skoro tak lubisz podróżować, zwłaszcza po Ameryce Łacińskiej, to może najłatwiej byłoby się tam przeprowadzić? - pytam.

Albert od razu kręci głową. - Nein, nein. Nie chciałbym tam mieszkać. Kocham Niemcy i lubię żyć w swoim kraju. U nas jest znacznie bezpieczniej, inaczej niż np. w Brazylii. W Niemczech istnieje zasada sprawiedliwości społecznej, a zabezpieczenie socjalne stoi na bardzo wysokim poziomie. Dopiero gdy jeździsz po świecie, widać np., jak silna jest korupcja w Brazylii i potworne nierówności społeczne. Żyć jest tam bardzo trudno.

W obu Amerykach był kilkadziesiąt razy. Ze swoją grupą jeździł też na karnawał do Brazylii. Jego muzycy szli w ulicznej paradzie, grając sambę. Przyjazd na Euro do Wrocławia był dla nich pierwszym w życiu kontaktem z Polską, mimo że z Bambergu, skąd pochodzi większość, jest do nas ledwie pięć godzin jazdy autostradą. Gdy rozmawiamy o tym, dlaczego tak jest, atmosfera zaczyna się robić ciężka.

- Przyjedź do Polski. Twoje auto już tam jest - rzucam typowy Polenwitz z Niemiec i wszyscy wybuchają śmiechem. - To prawda, tak myśleliśmy. W naszej grupie jest policjantka, która odradzała ten wyjazd. Mówiła: "Albert, 80 proc. mojej klienteli to Polacy" - opowiada "Kapitan", który uparł się jednak, by do Wrocławia przyjechać.

Zanim wyruszył, postanowił się uzbroić. Do samochodu zabrał gruby łańcuch z wielką kłódką, którym miał od zewnątrz dodatkowo zabezpieczyć samochód przed polskimi złodziejami. W styczniu, na pół roku przed organizacją Euro, przekraczał granicę z duszą na ramieniu.

Podoba im się wszystko oprócz cen

- Byłem w ciężkim szoku. Nic z tego, czego się spodziewałem, się nie potwierdziło. Jechałem nową autostradą, przy której na tablicach wyświetlana była temperatura powietrza i nawierzchni. Wjazd do Wrocławia do złudzenia przypominał mi przedmieścia Frankfurtu nad Menem. W parkingu podziemnym zostawiłem mojego dziesięcioletniego volkswagena polo, który okazał się najstarszym samochodem - śmieje się.

Petra zapowiada, że teraz do Polski przyjedzie razem z rodziną w wakacje: - Nigdzie nas tak entuzjastycznie ludzie nie podejmowali jak tutaj. Chciałabym w końcu zwiedzić wasz kraj.

Dwie tylko rzeczy bębniarzom w Polsce się nie podobały. Pierwsza to ceny. Za nocleg w hostelu płacą po 45 euro za osobę, nie mając w pokoju łazienki ani toalety. A wydatki mają spore jak na tak wielką grupę. Ze zbiórek wśród tłumów udaje się pokryć ledwie czwartą-piątą część wszystkich kosztów.

- Dokładamy do tego, ale to w końcu nasza pasja - mówi Albert.

Druga rzecz, która się grupie najbardziej nie podobała, to cisza nocna, która w Polsce obowiązuje po godz. 22 i nie pozwala grać na bębnach.

Podczas Euro trzeba się bawić, a nie spać!

Muzycy przekonali się o tym drugiego dnia mistrzostw. Wtedy już policjanci pilnujący porządku w centrum zdążyli wyjść z szoku dnia pierwszego, gdy pod ich okiem gromadziły się tłumy kibiców tańczących sambę. W sobotę wieczorem, gdy dudnienie bębnów słychać było na całym Placu Solnym, policja żąda zakończenia koncertu. Grupa przenosi się kilkaset metrów dalej, na kolejną ulicę. Ale funkcjonariusze są nieubłagani.

- Chyba im też się podobało, bo nas przepraszali. Tłumaczyli, że nic nie mogą zrobić. Ktoś z mieszkańców dzwonił do nich, że nie może spać. W Euro?! Nawet w tak restrykcyjnej Szwajcarii pozwalali nam grać do pierwszej w nocy. Przecież po godz. 22 dopiero zabawa się zaczyna! Na te trzy tygodnie mogli zawiesić częściowo tę ciszę nocną - żali się Albert.

I wtedy bębniarzy przygarniają organizatorzy oficjalnej strefy kibica. Grupa ma grać w przerwie meczu Polska - Rosja. To dla organizatorów najtrudniejsze 24 minuty, które trzeba tak zagospodarować, by 30 tys. kibiców nie opuściło strefy. Jak utrzymać emocje w tłumie? Odtwarza się strzelone bramki i żywiołowe reakcje publiczności, wyświetla krótkie filmy zrobione przez UEFA, a nawet po raz kolejny puszcza hymn narodowy.

- Chcieliśmy dodać coś więcej. Wpadliśmy na pomysł, by bębniarze dali koncert ze sceny głównej. To wcale nie było łatwe, bo trudno przekonać UEFA do zmian w programie. Zrobił to sobie tylko znanymi sposobami reżyser Maciej Amanowicz - opowiada Robert Leszczyński, rzecznik strefy.

Elektryk gwiazdą rocka

Amanowicz odpowiada: - Powiedziałem im, że ten krótki koncert doskonale podtrzyma emocje wśród publiczności. W końcu to przecież bęben jest najstarszym znanym ludzkości medium. Muszę przyznać, że początkowo mieliśmy pewne obawy, bowiem grupa jest z Niemiec, a zaczęła grać przy odgrywaniu hymnu Polski. Zaraz jednak nadeszła refleksja, że to dobrze wpasowuje się w hasło "Respect", jakie głosi UEFA.

Bębniarze dostali więc sześć minut i dwadzieścia trzy sekundy. - Zawsze powtarzam, że to nieważne, czy gramy dla piętnastu osób, czy piętnastu tysięcy. Teraz jednak, gdy mieliśmy zagrać dla trzydziestu tysięcy, miałem nogi jak z waty. Nigdy przed tak wielką publicznością nie występowaliśmy - mówi "Kapitan".

Wszystko udało się perfekcyjnie. Gdy grupa dawała koncert, bujała się przed nimi gigantyczna ludzka fala. Ktoś wrzucił na scenę wielkiego pluszowego misia. Publiczność zgotowała bębniarzom owację.

Petra: - Ludzie chcieli ode mnie autografy! Ode mnie! Byłam w szoku, pisałam na tych kartkach trzęsącą się ręką "Petra".

Albert: - No ja się tutaj poczułem jak jakaś gwiazda rocka. Ale szybko mi przeszło, jak sobie pomyślałem, że w poniedziałek wracam do pracy elektryka. I przez pięć dni w tygodniu będę harować jak zwykły dupek, aż znowu na weekend gdzieś nie wyjedziemy.

Schabowy, golonka? Podbijemy naszym jedzeniem kibiców?