Irlandia-Chorwacja. Stadion zdał egzamin? Nie we wszystkim

Diabeł tkwi w szczegółach i niewiele brakowało, aby te szczegóły zepsuły ocenę organizacji meczu Irlandia-Chorwacja w Poznaniu. Takie jak chociażby wniesienie przez Chorwatów rac na stadion.
Poznań długo i starannie przygotowywał się do organizacji pierwszego meczu Euro 2012. Egzamin w zasadzie został zdany. Zdarzyły się jednak uchybienia, które skłaniają do refleksji przed kolejnym meczem.

Najpoważniejszy incydent to wniesienie i odpalenie rac przez kibiców chorwackich. Jestem zwolennikiem rac, uważam, że nadają stadionom kolorytu. Jednakże są zabronione przepisami. A skoro są, to obowiązkiem ochrony wpuszczającej na mecz jest ich wyłapanie. I tu nie ma żadnej dyskusji. A ochrona ich nie wyłapała. To ją obciąża.

Na godzinę przed meczem, gdy wchodziłem na stadion, pod bramkami - których ustawiono dość mało - kotłowały się tłumy kibiców. Jednakże nawet naciskające i krzyczące "Szybciej! Szybciej!" grupy zniecierpliwionych fanów nie mogą być usprawiedliwieniem zbyt pobieżnej kontroli. Jeśli już ją robić, to jak należy. Tymczasem steward, który mnie przeszukiwał, nie zwrócił uwagi na dwie komórki, które miałem w kieszeniach. A powinien przynajmniej zapytać, co to jest. Nie zwrócił też uwagę na dodatkowy schowek w pokrowcu aparatu. U mnie akurat zawierał on baterię, ale mógł cokolwiek. W ten sposób na stadion mogły dostać się race, które Chorwaci odpalali i raz rzucili na murawę.

Mniejszym zarzutem jest chyba ten kibic z Chorwacji, który wbiegł na murawę, by pocałować trenera Slavena Bilicia. Trudno upilnować wszystkich, a jego służby dość sprawnie zdjęły z boiska. Dziś Chorwat ma już zarzuty. Gdyby jednak zamiast całować, chciał kogoś uderzyć...

Przed meczem widzieliśmy spore grupy Irlandczyków, którzy sikali do ogródków posesji niedaleko stadionu. Ich właścicieli zapewne to nie ucieszy. Do Irlandczyków można mieć pretensje, że nie umieją się zachować, ale ich pęcherze mocno sugerowały im takie rozwiązanie. Ubikacji toi-toi było na tyle mało, że ustawiały się do nich długie kolejki. Nie była to liczba wystarczająca dla 40 tysięcy ludzi.

Te uchybienia nie obciążają Poznania, ale UEFA odpowiadającą za organizację imprezy na stadionie. Warto jednak pamiętać przed kolejnym meczem, że każdy z takich incydentów może się skończyć postawieniem nie UEFA, ale Poznania w złym świetle. Stanie się tak wtedy, gdy media na świecie zaczną trąbić o "skandalu w Poznaniu" przy okazji któregoś z nich.