Sport.pl

Rafał Stec po meczu Hiszpania - Włochy: Intrygujący gdański klasyk

Broniący tytułu Hiszpanie w meczach z Włochami zawsze cierpią, więc remis pewnie zaakceptują jako wkalkulowany. Ich przeciwnicy, jak na reprezentację znajdującą się w głębokiej zapaści, rozpoczęli turniej znakomicie - pisze ze stadionu w Gdańsku komentator Sport.pl i Gazety Wyborczej Rafał Stec.
1 : 1
Informacje
Euro 2012 - Grupa C
Niedziela 10.06.2012 godzina 18:00
Wyniki szczegółowe
Wynik
Hiszpania
1
Włochy
1
Polska leży na obrzeżach wielkiego futbolu, ale Antonio Cassano i Mario Balotelli mieli akurat dobre powody, by ją zapamiętać. Pierwszy swojego inauguracyjnego reprezentacyjnego gola strzelił w Warszawie, drugi we Wrocławiu, obaj w sparingach z biało-czerwonymi.

Nam też trudno byłoby ich zapomnieć, bo są tak notorycznie niesubordynowanymi nonkonformistami, że ustawienie ich obok siebie oznacza wpuszczenie na boisko maksymalnej dawki szaleństwa, jaką można znaleźć w liniach napadu współczesnego futbolu. Obaj chętnie zostają bohaterami, by po chwili znienacka przepoczwarzyć się w antybohaterów, obaj gwarantują tylko nieobliczalność. Tak zachowywali się i w niedzielę w Gdańsku. Najpierw byli szczególnie niebezpieczni - Cassano minimalnie chybił, Balotelli słusznie żądał rzutu karnego za faul na nim. Zaraz jednak poszli w drugą skrajność - Cassano niepotrzebnie zaatakował hiszpańskiego bramkarza, Balotelli na przerwę zszedł z żółtą kartką, co każdego trenera na świecie mogłoby wpędzić w panikę, bo im bardziej Balotelli jest poirytowany, tym ostentacyjniej

pcha się po kartkę czerwoną.

Kiedy ten ostatni zbaraniał, zamiast strzelić gola w pojedynku sam na sam z Ikerem Casillasem, włoski selekcjoner stracił cierpliwość. Chimerycznego gwiazdora zastąpił Antonio di Natale - napastnik rzetelny, skromny, tak przywiązany do gry w prowincjonalnym Udine, że odrzucający atrakcyjniejsze propozycje płacowe Juventusu.

Minęło kilka chwil, a 35-letni Włoch też stanął oko w oko z Casillasem. Nie zawiódł, było 1:0.



Stawiając na zwariowany duet, trener Cesare Prandelli igrał z ogniem piekielnym, ale nie tylko dzięki niemu gdański klasyk, w którym ostatni mistrzowie świata zmierzyli się z przedostatnimi mistrzami świata, przebiegał intrygująco.

Już podanie oficjalnych składów zapowiadało mecz dla miłośników łamania schematów. Znani z poszukiwania granic w futbolu Hiszpanie niespodziewanie zrezygnowali z napastnika i wystawili sześciu środkowych pomocników, co musiało zaciekawić koneserów taktyki, ale też prowokowało wątpliwość, czy obrońcy tytułu z braku ludzi skłonnych do wkłuwania się w pole karne nie będą trwonić czasu na futbol poprzeczny. Znani z technokratycznego podejścia do gry Włosi poszli w eksperyment jeszcze odważniej, bo z dnia na dzień zredukowali obronę do trzyosobowej, a w centrum umieścili debiutującego tam w kadrze Daniele De Rossiego.

I obrońcom tytułu istotnie trochę brakowało - przynajmniej do przerwy - snajpera instynktownie ciążącego ku polu karnemu, atak pozycyjny tak rozciągali w czasie, jakby nie zależało im na zdobywaniu przestrzeni, lecz dotknięciu piłki przez każdego z tłumku rozgrywających.

Włoskiej defensywy kombinacje trenera nie rozbroiły. Ba, przesunięty z drugiej linii De Rossi dyrygował nią imponująco.

Gole długo nie padały, ale każdy, kto lubi zderzenia skrajnie odmiennych piłkarskich kultur, musiał być usatysfakcjonowany. Jak Hiszpanie wydłużali wymianę podań do nieskończoności, tak Włosi usiłowali ataki skracać do ułamków sekund - nagłych przeszywających defensywę rywali podań próbował przede wszystkim Andrea Pirlo. To on asystował przy bramce Di Natale.



Obrońcy tytułu wyrównali błyskawicznie (po golu wypchniętego na środek ataku Ceska Fabregasa, niegdyś w Arsenalu defensywnego pomocnika), a potem, wraz z kolejnymi roszadami trenera Vicente del Bosque (wpuścił skrzydłowego Jesusa Navasa i napastnika Fernando Torresa, znów skandalicznie nieskutecznego), nacierali coraz groźniej. Ale

Italia znów im się oparła.

Jak zwykle. Jeśli angielski kompleks polskich piłkarzy uważacie za uwłaczający waszej kibicowskiej godności, to wejrzyjcie w dusze Hiszpanów, którzy mają mierzyć się z Włochami. Mierzą się z nimi na imprezach mistrzowskich od 92 lat, ale pełnego zwycięstwa nie odnieśli nigdy, nawet w swoim najlepszym momencie - w ćwierćfinale poprzedniego, złotego dla Euro - cierpieli przez dwie godziny bezbramkowej szarpaniny, zanim przeszli dzięki rzutom karnym. Zeszłoroczny sparing też przegrali, choć pogrążeni w kryzysie rywale towarzyskie wprawki zawalają nader chętnie. W niedzielę udało im się przynajmniej wreszcie wepchnąć piłkę do włoskiej siatki. Po 364 minutach posuchy.

Obrońcy tytułu mogli odnieść 15. zwycięstwo z rzędu w meczach o stawkę i ustanowić rekord wszech czasów. Nie udało się, ale mistrzostwa zaczęli bez strat, znów uświadamiając konkurentom, że kadrowe bogactwo oferuje im mnóstwo wariantów gry. Włosi też powinni odetchnąć z ulgą. Zapaść calcio trwa, nawet się pogłębia, a mimo to zdołali rozegrać chyba najlepszy mecz od 2008 roku, czyli od poprzedniego mistrzowskiego klasyka z ich ulubionym przeciwnikiem - Hiszpanią. Nic dziwnego, że do szatni zszedł prezydent Giorgio Napolitano. Pogratulował wszystkim, uściskał Buffona. To może być postać dla Włochów absolutnie kluczowa.

W reprezentacji Włoch najlepsi rutyniarze - oceny Włochów po meczu Hiszpania-Włochy »


Więcej o: