Sport.pl

Grabaż: jestem futbolowym paranoikiem

Zaznaczyłem sobie daty meczów reprezentacji Polski w kalendarzu. 16 czerwca, kiedy będą grali mecz o honor, mieliśmy kilkanaście propozycji koncertowych. Wszystkie odrzucałem - mówi Krzysztof ?Grabaż? Grabowski w rozmowie z Michałem Danielewskim.
Michał Danielewski: Zaczyna się Euro. Jak emocje?

- Na razie podchodzę do tego z dużym spokojem. Ale z racji tego, że nie wylosowałem żadnego biletu i nie będę na meczu, to wiesz...

A chciałeś być?

- Pewnie.

Pytam, bo zawsze mówisz w wywiadach, że za bardzo się denerwujesz, więc wolisz oglądać mecze w domu przed telewizorem.

- No tak. Natomiast w Poznaniu poszedłbym sobie na Chorwację, bardziej jako widz niż kibic, więc cała przyjemność byłaby po mojej stronie.

Patriota typu poznańskiego

Co sądzisz o ruchu obywatelskim krytycznym wobec Euro? Zgadzasz się z poglądem, że zostały zachwiane proporcje? Że wydajemy z publicznej kasy mnóstwo pieniędzy na piłkę nożną, a tniemy wydatki na przykład na kulturę? Euro według Grabaża to święto czy skandal?

- Zdecydowanie święto. Są trzy największe imprezy sportowe na świecie: mistrzostwa świata w piłce nożnej, igrzyska olimpijskie i piłkarskie mistrzostwa Europy. I sam fakt, że Polska za coś takiego się wzięła i najprawdopodobniej doprowadzi to do końca, to dla mnie supersprawa.

Jak byłem małym kibicem, nigdy nie sądziłem, że coś takiego się tutaj zdarzy. Dużo jeżdżę po kraju i widzę, jak wiele w związku z Euro się dzieje. Nie tylko w tych miastach, w których będą rozgrywane mecze. Cała Polska stanęła w płomieniach i praca wre. To widać. Obojętnie, czy jesteś na Podlasiu, na Rzeszowszczyźnie, czy też w tych okolicach, gdzie turniej będzie rozgrywany.

Euro się skończy, wszyscy stąd wyjadą, za rok my też zapomnimy o tej imprezie, a to, co zbudujemy - zostanie. I to jako Polaka mnie cieszy. Ja jestem patriotą typu poznańskiego, doceniam, że rzeczy materialne, które udało się w wyniku naszej megamobilizacji zbudować, będą służyć wszystkim. Bez względu na to, czy to są kibice piłkarscy, kibice sprzyjający szermierce, czy osoby, które organicznie futbolu nie znoszą, bo uważają, że w ogóle sport jest barbarzyński. Swoją drogą rzeczywiście jest w nim coś barbarzyńskiego, ale właśnie za to sport sobie cenię.

I nie przekonują cię głosy krytyków, którzy mówią o gigantomanii, o tym, że na przykład w Poznaniu wydajemy 800 mln zł na stadion, a jednocześnie jesteśmy świadkami cięć w kulturze, edukacji... Nie solidaryzujesz się choćby z niedawnym strajkiem artystów?

- A, strajk artystów to jest akurat bardzo dobry pomysł (śmiech). Ale myślę, że nie jest wynikiem Euro, tylko tego, jak się traktuje ten zawód w Polsce. I całkowicie strajk popieram. A że to się dzieje tuż przed mistrzostwami? Żyjemy w wolnym kraju i każdy ma możliwość wyrażania swojego niezadowolenia, kiedy tylko chce i jak chce.

Ja na pomysł strajku artystów wpadłem już dawno temu. Jednak obracam się wśród artystów rynkowych, którzy nie żyją z dotacji, więc ten pomysł nie trafił na podatny grunt. Ale doskonale rozumiem kolegów, którzy ze swoją sztuką nie mogą funkcjonować na zasadach rynkowych.

Natomiast jeśli chodzi o Poznań i Euro, to wyobraź sobie sytuację odwrotną: zamiast nas organizuje imprezę Kraków albo Chorzów. Wiesz, jaki rwetes by się podniósł, jaka byłaby olbrzymia histeria, ile rzeczy w Poznaniu nie zostałoby zrobionych w związku z Euro...

Na przykład jakich?

- Nie powstałby dworzec PKP, wszystkie drogi dojazdowe do stadionu, lotnisko...

Tylko że to są zadania władzy publicznej, które powinny zostać zrealizowane tak czy owak, niezależnie od tego, czy akurat przypadkiem organizujemy jakąś dużą imprezę sportową.

- Ale i ty, i ja wiemy, że te rzeczy nie zostałyby zrobione, jeśli nie byłoby bata w postaci Euro. Zadaniem miasta było nie dać plamy. A że parę rzeczy nie wyszło? Nikt z nas nie jest bezbłędny.

Wracając do artystów: że nigdy w Poznaniu nie było dobrej pogody dla kultury, to obaj doskonale wiemy. I moim zdaniem obojętnie czego byśmy nie zrobili, jak wysoko nie próbowali skakać, to pewnej bariery mentalnej, która jest charakterystyczna dla Poznania, nie uda nam się przeskoczyć. Co nie zmienia faktu, że jestem dumny z tego, że jestem poznaniakiem. Do tego jestem dorosłym człowiekiem, wiele rzeczy widziałem i każdą rzecz, nad którą się zamyślam, próbuję zważyć, dostrzec jej dobre i złe strony. I kiedy kładę na wagę Euro, szala przechyla się w kierunku plusów.

Sorry, pod tym się nie podpisuję

Ale sympatyzujesz ze środowiskiem Rozbratu. Oni 10 czerwca robią demonstrację pod hasłem "Chleba zamiast igrzysk".

- Owszem, sympatyzuję, ale nie podpisuję się pod wszystkim, o co walczą. "Chleba zamiast igrzysk" to bardzo nośne, fajne, demagogiczne hasło. Problem w tym, że posługujemy się w dyskursie publicznym samymi takimi demagogicznymi hasłami, a zadaniem osoby w miarę inteligentnej, obytej i rozumiejącej współczesny świat jest mieć to gdzieś. Jeśli chodzi o istnienie Rozbratu jako miejsca, w którym ogniskują się różne ciekawe zjawiska kulturalne, to jestem jak najbardziej "za" i zawsze, kiedy dzwonią do mnie, podpisuję się w ich obronie. W przypadku "chleba zamiast igrzysk" powiedziałem jednak: "Sorry, pod tym się nie podpiszę".

A nie sądzisz, że Polska jest w gruncie rzeczy biednym krajem? A w biednym kraju priorytetem powinno być załatwienie paru donioślejszych spraw niż budowa stadionów: stworzenie dobrze działającej publicznej służby zdrowia, dobrze funkcjonującej polityki społecznej, całego podglebia socjalnego dla obywateli. I dopiero jak to załatwimy, czyli mniej więcej w 2024 r., możemy się porywać na organizację kosztownych imprez sportowych...

- Zmierzasz do tego, że robimy Euro w ramach starej, polskiej, tradycyjnej zasady "zastaw się, a postaw się". Jednak gwarantuję ci, że w roku 2024 nadal będziemy mieć chorą służbę zdrowia. Są w tym kraju pewne rzeczy tak zapóźnione, że bardzo długo nie będziemy w stanie tych zaległości nadrobić. Zresztą problem niewydolnej powszechnej służby zdrowia nie jest problemem czysto polskim - to problem światowy, wszyscy próbują sobie z tym jakoś radzić i nikomu na dobrą sprawę dobrze to nie wychodzi. Po wtóre we wspólnocie - a za taką wspólnotę uważam państwo - zawsze będzie tak, że jedni będą bogatsi, a inni biedniejsi, jedni będą sobie radzić lepiej - z racji urodzenia albo wrodzonych zdolności - a inni gorzej. I powinniśmy chyba zaakceptować to, że zawsze będziemy się różnić, że nigdy nie będziemy wszyscy tacy sami.

I nie masz choćby minimalnego dyskomfortu, że grasz w strefie kibica, która jest robiona za 18 mln z miejskiego budżetu, a panie pracujące w poznańskich żłobkach nie mogą się od dłuższego czasu doprosić od magistratu o godną podwyżkę pensji?

- To zawsze powoduje dyskomfort, niezależnie od tego, gdzie się gra. Ale jeszcze raz powtarzam, że nigdy nie będzie tak, że wszyscy będą mieli tyle samo. A ja jednego dnia gram koncert w strefie kibica, a drugiego - w klubie, gdzie ludzie przychodzą i kupują bilety. Granie koncertów jest moją pracą, bo w Polsce artyści, niestety, nie utrzymują się ze sprzedaży płyt.

Ten się cieszy...

To teraz z innej beczki. Kiedy patrzysz na reprezentację Polski, masz jakiś problem z graczami, którzy co prawda mają polskie korzenie, ale wychowali się w Niemczech albo we Francji?

- Wiadomo, że świat jest obecnie konglomeratem, zbiorowiskiem ludzi z różnych stron. Przypominam sobie jeszcze dyskusję w trakcie poprzednich turniejów, kiedy dyżurnym tematem był casus Podolskiego i Klose. Jak to się stało - słyszeliśmy wówczas - że chłopcy urodzeni w Polsce nie trafili do reprezentacji Polski? I wtedy prasa, której jesteś reprezentantem, najgłośniej chyba wrzeszczała i pytała, dlaczego w PZPN nie ma specjalnej komórki, która by wyławiała właśnie takich młodych, fajnych piłkarzy, którzy mogliby się nam przydać. I taka komórka powstała. W reprezentacjach juniorskich grają teraz chłopcy z Niemiec, Anglii, Francji, stamtąd, gdzie los rzucił ich rodziców. I to jest na całym świecie sprawa naturalna.

Weźmy Niemców, gdzie w obronie gra Boateng, a jego brat bliźniak występuje w reprezentacji Ghany. To samo jest w Turcji. Potężny żywioł turecki mieszka w Niemczech i pewnie wielu z tych chłopaków, którzy grają w reprezentacji Turcji, nigdy tak na dobrą sprawę tego kraju na oczy nie widziała. Choć po turecku może mówią lepiej niż Ludo Obraniak po polsku.

W reprezentacji Słowacji ostatnio wyskoczył czarnoskóry reprezentant i całkiem fajnie grał w piłkę. W Chorwacji gra Eduardo, który jest naturalizowanym Brazylijczykiem. Na tym polega współczesny świat i ktoś, kto tego nie rozumie, naraża się, przynajmniej w moich oczach, na lekką śmieszność.

Pracujesz w czasie Euro - grasz koncerty, nagrywasz nową płytę ze Strachami. Nie będzie ci to kolidowało z oglądaniem mistrzostw?

- Zaznaczyłem sobie daty meczów reprezentacji Polski w kalendarzu. 16 czerwca, kiedy reprezentacja będzie grała tzw. mecz o honor, mieliśmy kilkanaście propozycji koncertowych i wszystkie odrzucałem. Ale akurat spadła nam gwiazdka z nieba - w tym czasie możemy wystąpić w Poznaniu - więc podejrzewam, że kumple będą chłodzili wódeczkę, a ja zaraz po koncercie wezmę taksówkę i po chwili będziemy oglądać mecz.

Wyjdziemy z grupy?

- Podoba mi się to, że nie ma przed tymi mistrzostwami wielkiego dmuchania balona z cyklu "jedziemy po puchar". Myślę, że większość z nas zdaje sobie sprawę, że wyjście z grupy byłoby wielkim sukcesem. I jest to możliwe. Każdy z naszych przeciwników jest do uczesania przy odpowiedniej spince. Polacy są powszechnie traktowani wśród tych drużyn jako ogniwo najsłabsze, każdy się cieszył, że wylosował Polskę. No i zobaczymy. Ten się cieszy, kto się cieszy ostatni. I jeśli chłopcy Smudy nie spękają, słysząc 50 tysięcy gardeł...

No właśnie, cała ta polskość na nich spadnie: zabory, II wojna światowa...

- Smoleńsk... Podobnie było na mistrzostwach w Niemczech, kiedy było mnóstwo kibiców z Polski, piłkarze czuli się, jakby grali u siebie, ale nie było widać na boisku wielkiej walki. Zobaczymy. Mam zaufanie do Smudy. Może to nie jest najgenialniejszy trener świata, ale ma nosa, intuicję i wcześniej w kilku ważnych sprawach zdał egzamin.

Euro to kop w górę

Jarają cię te mistrzostwa? Bo ja mam tak, że coraz częściej kompulsywnie klikam w poszukiwaniu nowych wiadomości, z każdą godziną ogarniają mnie coraz większe dygoty.

- Dygoty mam tylko w związku z Lechem Poznań. Kadra swoimi występami na długo mnie z dygotów wyleczyła. Poza tym ostatnio graliśmy tylko mecze towarzyskie, więc tych emocji było mniej.

Ostatnie ogromne emocje związane z meczem reprezentacji przeżyłem podczas meczu z Niemcami na mundialu w 2006 r. Stałem 20 minut przed telewizorem, moja żona Agnieszka nie wiedziała już, co robić, a ja krzyczałem do ekranu: "Janas, kurwa, zmień Sobola, zmień Sobola, zaraz będzie czerwona kartka, kurwa, zmień Sobola, zaraz będzie czerwień, czerwień będzie zaraz". No i wykrakałem.

Bo ja jestem paranoikiem futbolowym. Jeśli się w coś już naprawdę na maksa zaangażuję, to oglądanie ze mną meczu jest niemożliwe. Krzyczę do telewizora, jem meble, obnażam się publicznie i okaleczam.

Wyobraźmy sobie, że jest rok po Euro. Według mnie polska debata publiczna od histerycznej euforii przejdzie wtedy w stan histerycznego płaczu. Że mamy długi, że stadiony są kosztowne w utrzymaniu, że drogi, cośmy je zbudowali, trzeba ciągle remontować... A twoja wizja?

- Na całym świecie są stadiony, które jakoś się utrzymują, więc jeśli się to dobrze marketingowo rozegra, to nie sądzę, żeby były z tym większe problemy. Myślę, że byłoby dużo gorzej, gdybyśmy tych stadionów nie mieli i zastanawiali się, co zrobić, by je mieć. Jeśli już je masz, to pomyśleć, co zrobić, by się spłacały, jest dużo łatwiejsze, niż wtedy, kiedy ich nie masz...

No owszem, jest to trochę myślenie w stylu Szwejka lub Greka Zorby. Ale serio, można pojechać i zobaczyć, jak robią to najlepsi. W Londynie jest mnóstwo stadionów i nie słychać, żeby były z nimi jakieś problemy.

Jeśli jesteś szejkiem z Kataru z dużej grupy kapitałowej, to niespecjalnie się przejmujesz, czy dołożysz milion euro rocznie do swojego stadionu, czy nie. W Polsce póki co nie widać bogatych inwestorów z Zatoki Perskiej.

- Ale dlaczego do Polski jakiegoś szejka nie sprowadzić? W czym by nam przeszkadzały on i jego kasa? To jest dobra inwestycja, dobre miejsce, dobra działka. Chyba. Ja się nie znam na robieniu biznesu. Gdybym się znał, byłbym biznesmenem, a jestem artystą.

Mimo wszystko zdumiewa mnie twój optymizm. Jesteś wzorem pozytywnie nastawionego obywatela!

- W tej sprawie tak. Bo uważam, że Euro to dla nas wielki kop do góry. To widać po tym, jak wielką histerię i zazdrość wywołuje na Zachodzie fakt, że to nie oni organizują. To dobry krok polityczny ze strony UEFA, żeby otworzyć się na wschodnie rejony i dać mistrzostwa krajom stąd. Przez cały miesiąc będziemy w centrum uwagi. Serwisy sportowe wszystkich telewizji na świecie będą się zaczynać od nas.

I co z tego?

- To ma ogromne przełożenie finansowe, promocyjne. Co byśmy musieli zrobić w Poznaniu, jakie pieniądze wydać, żeby zyskać taką reklamę?! Gdybyśmy mieli za to zapłacić normalne stawki i kupić czas antenowy w takim wymiarze, to podejrzewam, że pieniądze, które wyłożyliśmy na organizację, pokryłyby zaledwie pierwszy tydzień emisji. I tak to wygląda.

Grabaż, jesteś naiwniakiem.

- Może. Ale przede wszystkim jestem kibicem piłkarskim. Dla mnie będzie to miesiąc wielkiego święta.

* Krzysztof "Grabaż" Grabowski (rocznik 1965) - wokalista, autor tekstów i kompozytor większości utworów zespołów Strachy Na Lachy i Pidżama Porno

Więcej o: