Sport.pl

Euro 2012. Akademia gościnności narodowej

Uczą się technik negocjacyjnych, rozprawiają ze stereotypami, opanowują stres i szlifują angielski. Wszystko po to, by w czerwcu pokazać, że Polska to nie kraj białych niedźwiedzi, tylko przyjaznych, otwartych i gościnnych ludzi
Osiem osób ubranych w białe koszule i ciemnozielone mundury Kolei Mazowieckich pochyla się nad angielską czytanką o Nelsonie Mandeli. - Ile żon miał Mandela? - pyta lektor. - Nie wiem, jeszcze do tego nie doszedłem - odpowiada speszony barman. - To nasz rodzynek, szkoda, że nie pracuje w Warsie - śmieje się jeden z kolejarzy. W grupie panuje przyjazna, luźna atmosfera. Choć akurat dziś uczestnicy Akademii Euro nie czują się w pełni komfortowo. To moja wina - w końcu przyszedłem podglądać, jak szykują się na Euro 2012.

- Kto z państwa zechce odpowiedzieć na kilka pytań? - próbuję, choć widzę, że łatwo nie będzie. W odpowiedzi cisza jak makiem zasiał. Dorośli ludzie wyglądają jak grupka uczniaków bojących się surowego profesora. - Trzeba ich zrozumieć. To naturalne, że się usztywniają, że nie lubią, kiedy staje przed nimi dziennikarz, który chce sprawdzić, jakie robią postępy - tłumaczy kierownik strategiczny projektu, Monika Jakubiak.

To ona napisała program szkolenia, to ona sprawdza trenerów prowadzących poszczególne kursy. Bo to trenerzy mają być skuteczni, by w czerwcu skuteczni - a więc otwarci na zagranicznych turystów i pomocni im - byli ludzie, którzy będą w swej pracy spotykać kibiców odwiedzających Polskę.

Jan Sielicki grupę konduktorów i kierowników pociągów Kolei Mazowieckich oraz zaprzyjaźnionego z nimi barmana, angielskiego uczy od stycznia. Przez cztery miesiące spędzi z nimi 60 godzin lekcyjnych. - Staram się mówić niemal wyłącznie po angielsku, ale kiedy ktoś czegoś nie rozumie, lepiej wytłumaczyć to po polsku niż pędzić dalej, zniechęcając go w ten sposób - wyjaśnia nauczyciel. Na koniec zajęć wszystkim zadaje pracę domową. - Różnie jest z robieniem tych ćwiczeń, tak jak z motywacją. Ale zaczynaliśmy od zera i mogę powiedzieć, że postępy zrobili wszyscy - przekonuje Sielicki.

W językowych szkołach Empiku w Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu i Poznaniu podstaw angielskiego uczą się głównie pracownicy transportu miejskiego, kolejowego i lotniczego, gastronomii, handlu, instytucji publicznych i ratownictwa medycznego. Ale zdarzają się też kwiaciarki czy barmani. - Tak naprawdę do Akademii Euro przyjść mógł każdy. Nawet przykładowy pan z budki z hot-dogami - zapewnia Jakubiak. - Ważne, by osoby te pracowały w bezpośrednim kontakcie z klientem, na szlakach tzw. Mobility Concept, czyli tych, którymi będą najczęściej przemieszczać się kibice - dodaje.

Żeby zostać absolwentem szkoły kształcącej w myśl hasła "2012 - wszyscy jesteśmy gospodarzami" trzeba ukończyć kursy z angielskiego, obsługi klienta, różnic międzykulturowych i atrakcji danego regionu. W sumie 85 godzin zajęć, które mają sprawić, że Polak potraktuje cudzoziemca nie tylko życzliwie, ale też fachowo, że będzie wiedział, dokąd warto go wysłać i wytłumaczy, jak ma do tego miejsca trafić.

Akademia działa od marca ubiegłego roku, dlatego są już tacy, którzy zbierają owoce jej pracy. - Pracownik po szkoleniu lepiej obsługuje klienta, umie przełamać nieśmiałość. Od takich szkoleń zależy wizerunek firmy - przekonuje Marcin Karlikowski, dyrektor Biura Spraw Pracowniczych Kolei Mazowieckich.

- Ta spółka była jedną z pierwszych, jakie podpisały z nami umowę. Na szkolenia wysłała 200 swoich pracowników - mówi Jakubiak.

Przeszkolenie tak licznej grupy kosztowało KM tylko 80 tysięcy złotych. - W przypadku dużego przedsiębiorstwa pakiet 85 godzin szkoleń dla jednego człowieka kosztuje u nas ok. 400 złotych. Bez dofinansowania z Unii Europejskiej byłby wart 2,5 tysiąca - mówi Jakubiak.

Pracodawcy płacą chętnie, bo zgadzają się z kolejnym hasłem Akademii: "Człowiek - najlepsza inwestycja".

O tym, że ludzie dzielą się raczej na sangwiników, choleryków, flegmatyków i melancholików, a nie na Niemców, Anglików, Rosjan czy Polaków, właśnie dowiaduje się 16-osobowa grupa pracowników Szybkiej Kolei Miejskiej, która przebywa na dwudniowym szkoleniu z różnic międzykulturowych. - To ważne, żeby ludziom mającym pracować z turystami powiedzieć, że np. osoby znad Morza Śródziemnego tryskają energią, są spontaniczne, że zwykle są sangwinikami i warto podejść do nich z uśmiechem, otwartością - mówi prowadząca szkolenie Magdalena Guillet.

Według niej najważniejsze jest obalanie stereotypów. A te padają błyskawicznie. - Najszybciej dzieje się to na zajęciach grup zróżnicowanych. Kolejarze przyznają, że obawiają się kontaktów z niesympatycznymi Rosjanami, a restauratorzy natychmiast uspokajają, podkreślając, że to najlepsi klienci, bo nic nie narzekają i są bardzo mili - tłumaczy trenerka. Na różnicach międzykulturowych ludzie wspólnymi siłami ustalają, że czystość i wzorowa organizacja cechujące Niemców tak naprawdę budzą szacunek, a nie denerwują. Poza tym uczą się siebie nawzajem. - Ważne jest, żeby zawsze szukać pozytywów, a najcenniejsze, kiedy między ludźmi dochodzi do zwykłego dialogu. W jednej z grup kasjerki z dworców kolejowych powiedziały, że bardzo nie lubią, gdy młodzi ludzie kupując bilet, jednocześnie rozmawiają przez telefon. Reakcja młodych kelnerek? "Nie wiedziałyśmy, przestaniemy tak robić". Takie spotkania otwierają umysł - przekonuje Guillet.

Wielkie, szkoleniowe otwieranie Polaków na innych potrwa do końca maja. Wtedy Akademia Euro skończy swoją działalność, przeszkalając w sumie prawie 2,5 tysiąca osób. Tym, którzy nie zdążą skorzystać z zajęć pomoże podręcznik podający wszystko w pigułce. - Już kończę go pisać, lada chwila będziemy książki rozsyłać. Przygotujemy 40 tysięcy egzemplarzy, każdy będzie bezpłatny - mówi Jakubiak.

Sens prawie rocznej działalności Akademii jest prosty - podczas Euro 2012 Polska ma się zaprezentować jako kraj nowoczesny i przyjazny, nawet jeśli miejscami infrastruktura nie będzie przystawała do najwyższych, europejskich standardów. Nasz gość ma się czuć inaczej niż kibic z Euro 2008, który nie tylko wędrował do stadionu w austriackim Klagenfurcie przez pola kukurydzy, ale co gorsza - nie miał szansy spotkać kogoś, kto powiedziałby mu, czy zmierza we właściwym kierunku.

Więcej o: