Euro 2012. Co gdańszczanie mają z mistrzostw? [WYWIAD]

- Jeżeli gdańszczanie nie wyjadą na czas Euro z miasta, a zamiast tego wyjdą na ulice bawić się razem z kibicami grających u nas drużyn, spędzać z nimi wieczory, jeżeli przywitamy ich serdecznie, to oni zobaczą piękne, otwarte, dynamiczne miasto pełne perspektyw - uważa Andrzej Bojanowski, wiceprezydent Gdańska.
Michał Jamroż: Do Euro 2012 zostało 100 dni. Warto było porywać się na bycie miastem-gospodarzem? Będziemy gotowi?

Andrzej Bojanowski: Na pewno było warto. Jedyne co zaskakuje, to że zostało już tylko 100 dni. Oczywiście nie chodzi o to, że nie jesteśmy przygotowani - bo udało nam się już prawie na 100 proc. Zostały jeszcze prace przy organizacji FanZony, czy budowa peronu na stacji w pobliżu stadionu, ale atrząc z boku na całą tzw. "sferę twardą", czyli infrastrukturalną oraz "miękką", czyli operacyjną, wszystko przebiegło bardzo sprawnie.

Co miasto zyska na goszczeniu mistrzostw?

- Przede wszystkim już zyskaliśmy. Od czterech lat jest głośno o Gdańsku. Raz mówią dobrze, raz trochę gorzej, ale - zgodnie z przysłowiem: nieważne jak, ważne żeby mówili. A przecież w większości jest to przekaz pozytywny, tak o Gdańsku, jak i o Polsce. Trzeba pamiętać, że w skali Europy nie jesteśmy wielką metropolią, raczej średniakiem. Gdyby przeliczyć czas, jaki w europejskich mediach poświęcono na informacje o nas, na pieniądze, które trzeba by wydać na marketing i reklamę, wyszłyby niewyobrażalne koszty. Mało tego, trzeba by jeszcze wymyślić motyw, który utrzymałby kampanię tak długo w kręgu zainteresowania potencjalnych odbiorów. To widać choćby po wizytach dziennikarzy. Kiedyś trzeba było wkładać dużo wysiłku i pieniędzy, żeby w ogóle kogoś zachęcić, żeby przyjechał, zobaczył i opisał Gdańsk. Dzisiaj sami chcą do nas przyjeżdżać, a chętnych jest tylu jak nigdy wcześniej.

A sami mieszkańcy? Coraz częściej słyszy się głosy, że budujemy wielkie estakady, stadiony, a podwórka i osiedlowe drogi jak były zapuszczone, tak są.

- Jedyna rzecz, która powstawała na Euro 2012, a jest ponad to, co przed przyznaniem organizacji mistrzostw nie było planowane, to stadion. Oczywiście można powiedzieć, że to droga inwestycja, ale patrząc z dzisiejszej perspektywy i tego, że udało się stworzyć piękny obiekt zaryzykuję stwierdzenie, że się opłacało. Inaczej pewnie by było, gdyby powstał zwyczajny stadion, jakich wiele. Ale PGE Arena staje się symbolem Gdańska. Wygrywa lub jest w czołówce wielu konkursów architektonicznych. Dzięki udostępnieniu jej - w końcu - dla zwiedzających, możemy zobaczyć, jak wielkie jest zainteresowanie tym obiektem.

Zrealizowaliśmy też wiele inwestycji ponad standard, zakładany w ramach rozdzielania unijnych pieniędzy. Robimy całą Trasę Słowackiego, Trasę Sucharskiego, tunel pod Martwą Wisłą. Skończyliśmy też Trasę W-Z, która przecież przegrała w konkursie na unijne dofinansowanie i gdyby nie Euro nie dostalibyśmy na nią pieniędzy. Do podwórek i uliczek jeszcze dojdziemy. Choć trzeba pamiętać, że uruchomiliśmy program budowy placów zabaw, działa też program wspierania inicjatyw lokalnych. Zawsze trzeba sobie zadać pytanie, co powinno być pierwsze. Czy uliczki i podwórka, a główne arterie zostawić na później, czy robić na odwrót. Uważam, że droga, którą wybraliśmy, jest właściwa, bo dzięki dużym inwestycjom pozwalamy się miastu rozwijać.

Ale wiele z tych inwestycji nie zostanie skończonych do czerwca. Kibice zobaczą po części rozkopane miasto. Pytanie, jak to zinterpretują: "nie zdążyli", czy może "ale oni się rozwijają"?

- Jeżeli gdańszczanie nie wyjadą na czas Euro z miasta, a zamiast tego wyjdą na ulice bawić się razem z kibicami grających u nas drużyn, spędzać z nimi wieczory, jeżeli przywitamy ich serdecznie, to oni zobaczą piękne, otwarte, dynamiczne miasto pełen perspektyw. I gdy wrócą za jakiś czas, zobaczą Gdańsk wciąż rozkopany, ale już gdzie indziej. Bo te inwestycje skończymy, ale rozpoczniemy kolejne. Poza tym nie przejmowałbym się za bardzo tym, że w mieście trwać będą inwestycje. Pamiętam, jak byłem w Klagenfurcie podczas Euro 2008. Tam na stadion szło się po kostki w błocie. I nie zostały mi po tym jakieś złe wspomnienia. Mam je za to przypominając sobie Klagenfurt, który był miastem pustym, wymarłym, bez mieszkańców. Nie chciałbym takiego Gdańska podczas Euro i wierzę, że taki nie będzie. Mam nadzieję, że kibice zobaczą prawdziwy Gdańsk, prawdziwy Sopot, prawdziwą Gdynię. Metropolię, która żyje, bawi się i też pracuje.