Nowy komendant policji: Zapanuję nad tym wszystkim

- To nie w porządku, tak się nie robi - komentuje ostatnie masowe odejścia na emeryturę policjantów odpowiedzialnych za przygotowania do Euro nowy komendant wojewódzki policji gen. Dariusz Biel. Zapewnia, że nie zakłóci to przygotowań do turnieju. Wyjaśnia, dlaczego nazywają go ?Yeti? i zarzeka się, że nie jest niczyim człowiekiem
Rozmowa z gen. Dariuszem Bielem, nowym komendantem wojewódzkim policji we Wrocławiu

Jacek Harłukowicz: Obejmuje pan dolnośląską policję w bardzo trudnym momencie: po pierwsze, tuż przed Euro 2012 i po drugie, w okresie sporego niezadowolenia zwykłych policjantów ze stylu, w jakim ze stanowiskiem pożegnał się pana poprzednik.

Gen. Dariusz Biel: Kto jest niezadowolony?

Szeregowi policjanci są niezadowoleni. Głównie z faktu, iż przed swoim odejściem pański poprzednik, komendant Maciejewski, przyznał grupie naczelników spore dodatki, a ci zaraz później uciekli na emerytury. To dla pana odczuwalne?

- Jeśli chodzi o pierwszą część pytania, czyli Euro, to rzeczywiście odczuwam pewną presję. Ale to nie presja ze strony środowiska policyjnego, bo ono jest bardzo dobrze przygotowane i wciąż się przygotowuje. Jeśli zaś chodzi o odejścia naczelników, to nie jest przecież tak, że jak z pracy rezygnuje pięciu czy sześciu ludzi, to w tym momencie rozsypuje się cały system przygotowań.

Tych ludzi jest ośmiu i są to właśnie naczelnicy nadzorujący i koordynujący przygotowania do Euro.

- Jeśli już mamy być dokładni, to bezpośrednio zajmujących się Euro było czterech: komendant miejski, naczelnik sztabu, dowódca oddziału prewencji i naczelnik techniki operacyjnej. I to są rzeczywiście kluczowe stanowiska dla zabezpieczenia Euro, ale nie jest znowu tak, że pewne sprawy przygotowywali samodzielnie. Nad tym pracowały całe sztaby ludzi.

Naczelnik sztabu Jacek Mazur był dla przygotowań do Euro postacią kluczową. To on uczestniczył w spotkaniach dolnośląskiego komitetu organizacyjnego przy wojewodzie.

- Tak i dlatego choć odchodzi na emeryturę dopiero z końcem kwietnia, już ogłosiłem konkurs na jego następcę. Chcę go rozstrzygnąć do końca marca. Obecny naczelnik sztabu nie zejdzie z posterunku, zanim jego następca nie przejmie wszystkich jego zadań.

Ten następca będzie miał za zadanie kontynuowanie już rozpoczętych działań, czy będzie musiał stworzyć własną koncepcję?

- Tu nie można wymyślać niczego nowego. Koncepcja jest gotowa od 2008 r., to jest od momentu, od którego do Euro przygotowuje się w taki sam sposób cała polska policja. Nie jest przecież tak, że inaczej przygotowujemy się we Wrocławiu, inaczej w Gdańsku, Poznaniu czy Warszawie. Koncepcja jest centralna, powstała w Warszawie, na szczeblu ministerstwa i komendy głównej. Na dzień dzisiejszy jest to dziesięć punktów dotyczących poszczególnych zagadnień, takich jak zapewnienie bezpieczeństwa w mieście, na stadionie i wokół stref kibiców, zapewnienie im przejazdu, kontaktów ze spotersami, tłumaczami itd. Do każdego z tych elementów opracowana jest koncepcja, którą zajmują się odpowiednie struktury, np. o bezpieczeństwo na stadionie troszczą się między innymi antyterroryści, o porządek wokół stadionu i stref kibiców dbać będą przede wszystkim przedstawiciele pionu prewencji. To wiadomo od dawna i nie ma tu miejsca na żadne kombinacje czy autorskie pomysły.

Ale przyznaje pan, że ci, którzy odchodzą, to właśnie szefowie bardzo newralgicznych wydziałów. Nowi będą musieli do nowych stanowisk się wdrożyć. A czasu jest już bardzo mało.

- Jest mało, ale ci nowi to będą generalnie ludzie z tych konkretnych zespołów. Ja nie wyobrażam sobie, żeby naczelnikiem wydziału mógł być ktoś, kto dotychczas w nim nie pracował. Może dotychczasowy zastępca, może któryś z kierowników sekcji? To nie może być człowiek z księżyca.

Pan też, jeśli chodzi o Euro, jest osobą świeżą. Dotychczas był pan komendantem wojewódzkim w Katowicach.

- Nie do końca. Wprawdzie Euro na Śląsku nie będzie, ale przez długi czas Chorzów był miastem rezerwowym, więc przygotowaliśmy się na równi z innymi miastami. Mój zastępca, obecnie komendant w Kielcach, był nawet w ścisłym zespole komendanta głównego, więc na bieżąco byłem o sprawach związanych z Euro informowany. Proszę też pamiętać, że na Górnym Śląsku są 24 zespoły grające w I, II, III i IV lidze. Doświadczenie w zabezpieczaniu imprez masowych, głównie meczów, posiadam więc niemałe.

Co na te kilka miesięcy przed turniejem będzie we Wrocławiu najważniejsze?

- Przede wszystkim kwestia łączności wszystkich służb. Czekamy teraz na pewne nowoczesne urządzenia, która spowodują, że będziemy kompatybilni z innymi służbami. Na Euro dostaniemy wsparcie ok. tysiąca policjantów, żołnierzy i żandarmów z Polski. Musimy być zgranym organizmem.

Ile będzie pan miał ludzi, których będzie pan mógł oddelegować tylko na potrzeby turnieju?

- Własnych ok. 4 tys. Do tego dojdzie ok. tysiąca funkcjonariuszy z zewnątrz: z katowickiego oddziału prewencji wspierać nas będzie ok. 500 funkcjonariuszy, dostaniemy też 50 antyterrorystów, 30 żandarmów, pewną liczbę wojskowych. Będę chciał ściągnąć ich tutaj wcześniej, myślę, że już w kwietniu. Tak by mieli czas poznać Wrocław, tutejsze służby i zgrać się z naszymi funkcjonariuszami. Pierwsze ćwiczenia na stadionie już się zresztą odbywają.

Ale póki co na tych najbardziej newralgicznych z punktu widzenia Euro stanowiskach ma pan wciąż wakaty. Komendant miejski Mirosław Potocki złożył wniosek o przejście na emeryturę, a potem nagle się rozchorował i jest na zwolnieniu lekarskim.

- Przyznaję, to brzydkie zachowanie i nie do końca w porządku wobec kolegów. Ludziom, którzy byli przygotowywani do Euro, ktoś przecież zaufał, powierzył im stanowiska i dużą odpowiedzialność. Ale z drugiej strony jest tak, że przełom roku zawsze jest okresem, kiedy jest najwięcej odejść z policji. To bowiem okres, kiedy waloryzowane są emerytury. Jeśli ktoś odchodzi do końca lutego, to jego emerytura jest odpowiednio wyższa. Jeśli chodzi o komendanta miejskiego, to jego obowiązki pełni obecnie jego dotychczasowy zastępca, a konkurs na nowego komendanta został już ogłoszony. Zwycięzcę poznamy niebawem.

Powodem odejścia komendanta Potockiego i siódemki innych funkcyjnych funkcjonariuszy nie była wcale waloryzacja emerytur, ale dodatki, które chwilę przed swoim odejściem przyznał im komendant Maciejewski. Jeden z szeregowych funkcjonariuszy żalił mi się, że on po kilkunastu latach służby zarabia trzy tysiące złotych, a jedna z przechodzących na emeryturę naczelniczek, z porównywalnym stażem, samego dodatku dostała właśnie trzy tysiące.

- To niemożliwe. Wysokość dodatku uzależniona jest od wysokości pensji i może stanowić maksymalnie 50 procent przychodów. Najwyższe dodatki, jakie dostali ostatnio policjanci, to około tysiąca złotych. Widziałem tę listę i dementuję, że ktoś mógł dostać trzy tysiące. Średnio wynosiły one od 500 do 1000 zł. Te najwyższe dostawali funkcjonariusze z najdłuższym, często 30-letnim stażem. I to właśnie oni przeszli na emerytury. Poza tym w tym czasie dodatki służbowe otrzymało w różnych wysokościach blisko 800 innych policjantów, którzy na emeryturę nie odchodzą.

W tej grupie jest m.in. Beata Tobiasz, naczelniczka wydziału komunikacji społecznej. Ona z pewnością nie przepracowała w policji 30 lat, bo niewiele więcej żyje.

- Nie znam tego przypadku.

Inny z policjantów wściekał się w rozmowie ze mną, wspominając odprawę z komendantem Potockim w połowie ubiegłego roku. Komendant miał na niej rugać wszystkich, by nie myśleli nawet o odejściu ze służby przed Euro, a jeśli komuś miałoby coś takiego w ogóle przyjść do głowy, to nie czuje misji i w ogóle nie powinien być policjantem. W tym kontekście jego odejście pana nie oburza?

- Nie chcę oceniać nikogo jednostkowo, ale co do zasady powtarzam - to nie w porządku, tak się nie robi. Albo do końca wykonuje się powierzone zadanie, albo odpowiednio wcześniej ogłasza: odchodzę, znajdźcie na moje miejsce kogoś innego, ja nie chcę utrudniać wam roboty. Decyzji o odejściu na emeryturę nie podejmuje się raczej z dnia na dzień. W tym wypadku wygląda jednak na to, że było inaczej.

To chyba jednak musi pan czuć, że w komendzie buzuje?

- Rzeczywiście, czuć pewne napięcie. Ale jest ono raczej związane z niepokojem, czy poradzimy sobie z tym wszystkim, co nas czeka w tym roku.

A poradzicie sobie?

- Zapanuję nad tym.

Do Wrocławia przyjechał pan z Katowic, ale wcześniej był pan komendantem m.in. w Opolu i Rzeszowie. Przez trzy tygodnie spędzone na Dolnym Śląsku zdążył się pan już pewnie zorientować, czego tutejszej policji brakuje, czego jej potrzeba? Jakieś pomysły na po Euro?

- Na jednej z odpraw mówiłem komendantom i naczelnikom, że aby komenda dobrze funkcjonowała, konieczne są dwie rzeczy: odpowiednia struktura i dobrze dobrana kadra. Policja nie może się też zastać. Świat się zmienia, ludzie się zmieniają, zmieniają się także przestępcy. I my musimy na to reagować na bieżąco. Podam przykład: w ciągu ostatnich 10 lat procent przestępczości narkotykowej wzrósł z 1,5 do 10 procent. Musimy iść za tymi danymi i kłaść większy nacisk właśnie na przestępstwa narkotykowe. I nie chodzi o łapanie dilera pod szkołą z dwoma działkami, bo niebawem może się okazać, że ich posiadanie to nawet nie przestępstwo. Musimy rzeczywiście skupić się na tropieniu grubych ryb. Musimy wchodzić w to środowisko. Powinniśmy też rozszerzać struktury zajmujące się pseudokibicami. Dziś nie jest to już rozwydrzona grupka wrzeszcząca na stadionach, ale prawdziwe gangi, doskonale zorganizowane, zhierarchizowane, które na swoje wyjazdy i oprawy zarabiają często, popełniając przestępstwa. Spotkałem się z tym na Śląsku i wiem, jak z tym walczyć.

Staram się więc obserwować, co się dzieje, przewidywać pewne trendy i na nie reagować. To wszystko zapowiedziałem swoim ludziom i dałem im czas do końca marca na opracowanie konkretnych rozwiązań w dziedzinach, którymi się zajmują.

Jeśli chodzi zaś o kadry, to cały czas będę się przyglądał, jak kto pracuje i nie wykluczam zmian na niektórych stanowiskach. Chcę pracować z najlepszymi, a stanowiska obsadzać ludźmi z konkursów. Do tego szkolenia, szkolenia i jeszcze raz szkolenia.

Jeśli chodzi o kadry, to nie tylko we Wrocławiu, ale w całym kraju widać ostatnio odpływ policjantów ze służby. I to nie tylko tych funkcyjnych, ale również zwykłych funkcjonariuszy. Jak wygląda sytuacja w dolnośląskiej policji. Są braki?

- Niestety, jak w całym kraju i nam brakuje ludzi. Na różnych stanowiskach. Na 7774 policyjne etaty mamy około 400 wakatów, a to tak, jakby na 26 jednostek dolnośląskiego garnizonu bez obsady pozostawały dwie spore komendy.

Wie pan, że w Katowicach wołali na pana "Yeti"?

- Tak, wiem, wymyślił to jeden z dziennikarzy, zresztą z waszej gazety. Że niby wszyscy wiedzą, że jestem, ale nikt mnie nigdy nie widział (śmiech). Ale tak będzie i we Wrocławiu. Bo ja nie jestem od bywania. Nie błyszczę na salonach. A jak ktoś chce mnie zobaczyć, to niech wpadnie wieczorem na basen, kort tenisowy czy na trasę rowerową. Tam spędzam wolny czas. Salony nie są dla mnie.

O pana poprzedniku mówiło się, że jest człowiekiem komendanta głównego Andrzeja Matejuka, który z kolei miał być człowiekiem Grzegorza Schetyny. Pan jest czyj?

- Tylko i wyłącznie mamy i taty.



Tak przebiegają prace remontowe na Dworcu Głównym Kliknij, by obejrzeć galerię