Ogromne wyzwanie przed Wrocław 2012. Przejmuje stadion

Głównym problemem wrocławskiego stadionu jest słaby nadzór nad jego budową i zarządzaniem. Odpowiada za to spółka Wrocław 2012, która za chwilę przejmie też po SMG zarządzanie obiektem. Jak sobie z tym poradzi?
Na drugim piętrze wrocławskiego stadionu przejście z biura SMG do mieszczącej się naprzeciw miejskiej spółki Wrocław 2012 zajmuje kilka sekund. Ich umieszczenie zostało pomyślane tak, by bez kłopotu obie strony mogły się ze sobą w każdej chwili komunikować. Ale w rzeczywistości nikt ze sobą nie rozmawia. Panuje tam gęsta atmosfera nieufności i wzajemnych oskarżeń o niekompetencję. Umowa, która zobowiązywała Wrocław 2012 i SMG do ścisłej współpracy, stała się kością niezgody i wywołała głęboki konflikt. Teoretycznie to SMG był operatorem stadionu i miał nim zarządzać. Ale zapisy umowy była tak skonstruowane, że nie dawały amerykańskiej spółce pełnego pola manewru przy tzw. komercjalizacji stadionu. SMG był jedynie doradcą przy wynajmowaniu lóż i sprzedaży powierzchni reklamowej. Ostateczne decyzje podejmowała spółka Wrocław 2012. Współpraca niemal od początku nie układała się. Urzędnicy ze spółki twierdzili, że Amerykanie są niekompetentni. Świadczyć o tym miała mała ilość sprzedanych lóż i powierzchni reklamowych. Ponoć dopiero Rafał Dutkiewicz musiał osobiście interweniować, by sprawa ruszyła naprzód. A gdy w marcu ubiegłego roku prezydent Wrocławia poprowadził aukcję wynajmu lóż dla biznesmenów, poszły wszystkie. Urzędnicy wskazują, że SMG nie był też w stanie przez rok sprzedać prawa do nazwy stadionu, choć spółka prowadziła rozmowy z m.in. T-Mobile i Toshibą. SMG odpowiada, że nie była w stanie efektywnie działać, bo zasady zapisane w umowie wiązały jej ręce.

***

Negocjacji finansowych praktycznie nie dało się prowadzić, bo ostateczna decyzja leżała i tak w gestii spółki Wrocław 2012.

W listopadzie ubiegłego roku było już jasne, że żadna ze stron nie chce tak skonstruowanej umowy. Wówczas doszło do kuriozalnej sytuacji. SMG była m.in. zobowiązana do kontroli tego, jak z zawartych umów wywiązują się najemcy lóż oraz sponsorzy. Ale do podpisania umów z nimi uprawniona była jedynie spółka Wrocław 2012. SMG wysyłał więc pisma do spółki Wrocław 2012 z pytaniem o to, czy najemcy oraz sponsorzy płacą w terminach tylko po to, by później przedstawić tę odpowiedź spółce... Wrocław 2012, która nadzorowała to, co robi SMG. Spychanie odpowiedzialności za powierzone zadania miało być według urzędników normą w przypadku operatora stadionu.

Tyle że ten, pobierając prawie 9 mln zł rocznie za zarządzanie stadionem, praktycznie za nic nie odpowiadał. Wynikało to z warunków umowy, którą negocjowała m.in. Monika Jaśkowska-Rokita, wiceprezes Wrocław 2012, a wcześniej dyrektor departamentu finansów w urzędzie miejskim. Jaśkowska-Rokita broni zapisów w umowie. Twierdzi, że oddając pełną kontrolę w ręce prywatnego operatora przy założeniu złej woli ze strony firmy, miasto mogłoby być narażone na straty.

Ta zasada obróciła się przeciwko miastu, które jest tu inwestorem. Kilka dni temu miasto i SMG porozumiały się w sprawie renegocjacji umowy. Amerykanie zajmą się doradzaniem przy organizacji dużych imprez i komercjalizacji stadionu. Czytaj: będą robić mniej więcej to samo, co do tej pory, ale nie za 9 mln zł, lecz za 1,9 mln.

***

Zarządzanie stadionem ma przejąć Wrocław 2012. Przed spółką stoi ogromne wyzwanie. Zwłaszcza że do tej pory nie poradziła sobie z innym: dokończeniem budowy stadionu. W połowie ubiegłego roku wszystkie nowo budowane stadiony w kraju miały te same kłopoty. Gdy w lecie wybuchła afera z wadliwie wykonanymi schodami na Stadionie Narodowym w Warszawie, miasto zorganizowało konferencję prasową, podczas której zapewniało, że takich kłopotów we Wrocławiu nie ma i wszystko idzie zgodnie z planem. W rzeczywistości chodziło o to, by odwrócić uwagę od tego, że wrocławski stadion ciągle jest w powijakach, podczas gdy za miesiąc ma na nim zostać zorganizowana pierwsza impreza z cyklu trzech inaugurujących otwarcie stadionu. Jeszcze na kilka godzin przed pierwszą z nich, walką Adamek - Kliczko, elektrycy montowali na czwartym piętrze stadionu prowizoryczne oświetlenie, by jedna z jego kondygnacji nie straszyła ciemnością. Z saloniku VIP doskonale widać było przez szklane drzwi inne pomieszczenie, w którym znajdowały się wiadra z farbą i pędzle, służące jeszcze chwilę temu do wykańczania pomieszczeń. Pracownicy jednej z firm podwykonawczych musieli ręcznie sterować oświetleniem. Polegało to na tym, że każdy z nich stał przy jednym z przełączników z krótkofalówką w ręce i włączał światło na wezwanie. Wokół stadionu trzeba było postawić małą elektrownię, by zapewnić zapasowe źródło zasilania. Trzecie nie działało, bo jeden z podwykonawców wyłączył je kilka dni wcześniej zniecierpliwiony tym, że od kilku miesięcy nie mógł doczekać się zapłaty za dostarczone agregaty.

***

Jednak organizacja trzech imprez zakończyła się wielkim sukcesem. To przysłoniło kłopoty z budową stadionu, które pojawiły się zaraz po ich zakończeniu. Okazało się bowiem, że podwykonawcy pracujący na nim od kilku miesięcy nie dostają zapłaty za wykonane prace. Twierdzą, że do dzisiaj nie dostali nie tylko pieniędzy za dodatkowe roboty przy przygotowaniu stadionu do imprez, ale nawet za te, które były przewidziane standardowo w kontrakcie. Wrocław 2012 oraz miasto cały czas bagatelizowały te informacje. Problemu nie widziano nawet wtedy, gdy pracująca dla Maksa Bogla spółka Imtech rozwiązała umowę z gdańską firmą CES. To dla niej pracowało kilkudziesięciu podwykonawców, którzy nie dostali wynagrodzeń. Gdy budowa stanęła, urzędnicy jeszcze łudzili się, że uda się zakończyć prace do końca roku. Taki termin podał Michał Janicki, wiceprezydent Wrocławia. Ale szybko okazało się, że Niemcy i do tej daty nie zdążą. Wówczas miasto bez wahania zgodziło się na kolejne wydłużenie terminu - tym razem do końca marca. Trudno oprzeć się wrażeniu, że na całej linii zawiódł nadzór inwestorski spółki Wrocław 2012. Budowa wrocławskiego stadionu nie idzie zgodnie z planem. Tu nie inwestor dyktuje warunki, ale firma Max Bogl.

***

Najwyraźniej Niemcy wiedzą, że ze względu na coraz mniej czasu do Euro miasto jest przyparte do muru i będzie godzić się na każde warunki. Dowodem na to jest fakt, że rozmowy o terminie oddania stadionu do końca marca, trwały długie tygodnie. W ich trakcie nie udało się uzgodnić wysokości dodatkowego wynagrodzenia, jakiego domaga się Max Bogl. Wbrew temu, co twierdziło niedawno miasto, firma nie zdobyła się na wielki gest i nie zapłaciła zaległych pieniędzy części podwykonawcom, którzy wrócili na stadion. Ci muszą się nadal procesować z firmą CES. Dlatego wątpliwe jest, by ogłoszony na koniec marca termin został dotrzymany. Prace na wrocławskim stadionie nadal nie toczą się pełną parą. Teraz Max Bogl tłumaczy to złą pogodą i silnymi mrozami, które uniemożliwiają kontynuowanie robót przez podwykonawców przy wykończeniu parkingu wokół stadionu. Ale gdzie byli ci pracownicy, kiedy przez cały grudzień i większość stycznia panowały dodatnie temperatury?

To pytanie do zarządu spółki Wrocław 2012, który powinien pilnować, by budowa przebiegała zgodnie z umową. Ale w sytuacjach kryzysowych - a ta panuje na budowie od jesieni - spółka ta jest całkowicie bezradna. Zbyt często w sytuacjach krytycznych interweniować musi prezydent Rafał Dutkiewicz lub jego zastępca - Michał Janicki. Tak było choćby w sierpniu, gdy prezydent pojawiał się niemal codziennie na stadionie, by ustalać najważniejsze kwestie związane z jego przygotowaniem przed organizacją trzech imprez inaugurujących otwarcie obiektu. Tak też było i jest teraz, gdy z głównym wykonawcą o kolejnych terminach wydłużających oddanie wrocławskiego stadionu rozmawia Michał Janicki. To nie oni powinni kontrolować sytuację na stadionie. Od tego jest zarząd, który bierze za to pieniądze.

***

Wątpliwości budzi również postawa zarządu spółki wobec gospodarowaniem mieniem stadionowym. Trzy lata temu spółka rozpisała przetarg na trzy luksusowe samochody. Jednym miał jeździć prezes, a dwoma pozostałymi jego zastępca oraz główny inżynier. Auto dla prezesa miało kosztować ponad 100 tys. zł i zawierało takie parametry, jak silnik o mocy nie mniejszej niż 170 KM, tapicerkę z alcantary i zmieniarkę na nie mniej niż sześciu płyt CD. Po tym, jak sprawę opisała "Gazeta", przetarg został unieważniony, a kwartalna premia wypłacana prezesowi została zawieszona do odwołania. Prezes ma od trzech lat do dyspozycji służbowego forda mondeo, który kosztował 73 tys. zł, ale już nim nie jeździ. Podobnie jak i dwójka pozostałych członków zarządu, przesiadł się w ubiegłym roku do luksusowego mercedesa. To auta, które dostarczył spółce jeden z salonów samochodowych. W zamian otrzymał darmową reklamę na wrocławskim stadionie.

Lekcja sprzed trzech lat prezesowi Wojtasowi najwyraźniej zapadła słabo w pamięci albo jej w ogóle nie zrozumiał. Tu nie chodzi tylko o to, że ta sprawa budzi niesmak. Nie można oprzeć się wrażeniu, że umowę z Mercedesem zawarł w imię własnego luksusu. A lada moment prezes będzie miał jeszcze więcej władzy nad stadionem. Jaki z niej zrobi użytek?