Stadion Narodowy mało piłkarski. Ile sportu zobaczymy na nim po Euro 2012?

- Meczów reprezentacji Polski po takich stawkach, jakie proponuje prezes PZPN Grzegorz Lato, nie da się organizować, żeby było to opłacalne dla Stadionu Narodowego - mówi Sport.pl prezes Narodowego Centrum Sportu.
Jakub Ciastoń, Michał Szadkowski: Zastanawiamy się, ile będzie na Stadionie Narodowym sportu po Euro 2012. Podobno niedużo - meczów piłkarskich najwyżej pięć w roku, kadra Polski może zagrać dwa albo wcale. Zacznie się narodowa dyskusja, po co budowaliśmy stadion, skoro nie ma na nim sportu.

Rafał Kapler, prezes Narodowego Centrum Sportu, spółki zarządzającej Stadionem Narodowym: Zacznijmy od tego, że to nie jest stadion w klasycznym rozumieniu tego słowa. Zbudowaliśmy wielofunkcyjny budynek, który będzie się utrzymywał z różnych źródeł, z których tylko część to sport i piłka nożna. Na stadionie zagrają koncerty, jest potężna część powierzchni na wynajem. Właścicielem stadionu jest skarb państwa, operatorem - Narodowe Centrum Sportu nadzorowane przez ministra sportu. Właściciel może wskazać, jakie imprezy mają się na nim odbywać, ale nie musi. Może oczekiwać, że spółka będzie przynosić dochód. I w przypadku tego obiektu jest to możliwe, bo według naszego biznesplanu od 2013 r. tak będzie. A jeśli stadion ma przynosić dochód, wynajęcie go poszczególnym promotorom, czy jest to PZPN, czy organizatorzy koncertów, czy innych imprez, musi być oparte na stawkach rynkowych. Na popyt nie narzekamy. Rocznie na stadionie będzie ok. 12-15 wielkich imprez, połowa z nich to będzie sport, a z tego jedna czwarta to piłka nożna. Jeśli dołożyć do tego przychody z mniejszych eventów, konferencji i wynajmu biur, stadion będzie zarabiał.

W Europie jest taki model - jest stadion narodowy, to gra tam reprezentacja. Np. Anglia zawsze walczy na Wembley. Jeśli nie ma stadionu narodowego, jak w Hiszpanii, to reprezentacja jeździ po kraju. W Anglii umowę, że kadra będzie grała na Wembley, podpisano przed wbiciem pierwszej łopaty. U nas wciąż nie wiadomo, czy Polska po Euro zagra w Warszawie choć jeden mecz.

- Wembley budowała angielska federacja i łatwo jej było zdecydować, że gra na własnym obiekcie. Chciałbym, by nasza kadra grała najważniejsze mecze na największym stadionie w Polsce. Z PZPN od dawna negocjujemy, ale związek ma taką postawę, że chciałby dostać wszystko na takich warunkach, na jakich od lat wynajmował stare stadiony w Polsce. Opłaty, jakie oferuje nam PZPN za wynajem, są niższe niż jakiekolwiek inne na rynku. Meczów kadry po takich stawkach po prostu nie opłaca się organizować. Mecz reprezentacji także z punktu widzenia właściciela stadionu musi być dochodowym przedsięwzięciem.

Podobno Poznań wynajmuje PZPN stadion za mniej niż 100 tys. zł.

- Nie wiem, ale jeśli tak, to trudno uwierzyć, że pokrywa to koszty organizacji. Nie wolno mi mówić o szczegółach, choć prezes Grzegorz Lato już raz złamał reguły gry, odsłaniając w mediach kulisy naszych rozmów, ale przychód z dnia meczowego reprezentacji Polski to kilka milionów złotych bez względu na to, czy to Poznań, Wrocław, czy Warszawa. PZPN chciałby dostać stadion za bardzo niską stawkę, powiedzmy za tyle, ile zarobi na wynajmie pięciu lóż na mecz, a zarabiać na wszystkim - kilkudziesięciu pozostałych lożach, biletach i kateringu. Prezes Lato nie rozumie, że taki model biznesowy nie zadziała. Umowa jest kompromisem z właścicielem obiektu. Lato wciąż mówi o "castingach" - które miasto da więcej, dostanie mecz. My możemy pozwolić sobie tylko na takie imprezy, które spełniają założenia naszego modelu biznesowego.

Jakoś się pan jednak z PZPN dogaduje, bo w lutym Polska zagra na Stadionie Narodowym z Portugalią.

- Nie zarobię na tym meczu. Do porozumienia doszło dlatego, że przed Euro na stadionie muszą się odbyć mecze. UEFA obliguje nas do minimum dwóch imprez testowych. Tą drugą będzie mecz o Superpuchar Ekstraklasy.

Czyli meczów kadry może w ogóle nie być na Narodowym?

- Negocjujemy, liczymy na biznesowe porozumienie z PZPN. Wszystkich raczej nie będzie, bo pamiętajmy też, że nie każde z sześciu spotkań, które kadra Polski rocznie gra u siebie, to imprezy atrakcyjne. PZPN ma w roku dwa atrakcyjne mecze u siebie, np. spotkanie z Anglią. Z San Marino już nie, bo nie zapełni stadionu, nie zarobi na siebie.

Zdaje pan sobie sprawę, że jeśli po Euro nagle się okaże, że na Stadionie Narodowym nie gra Polska, to może się rozpętać awantura jak teraz z orzełkiem.

- Awantura nie jest potrzebna. W biznesie konieczne jest partnerstwo i zaufanie. W negocjacjach nie pomaga przesyłanie ofert do prasy czy portali internetowych, jak zrobił to PZPN. Prezes Lato jak każdy inny promotor może usiąść do Excela i policzyć przychody z imprezy. Służę pomocą. Robimy tak z każdym innym organizatorem, negocjujemy każdą złotówkę i bilet, wiedząc, ile impreza jest warta.

Czyli ogólnego oburzenia, że na stadionie jest za mało piłki, się pan nie obawia?

- Wszyscy powtarzają, że Stadion Narodowy musi na siebie zarabiać. Zgoda, ale uzyskanie ponad 30 mln zł przychodów rocznie, co pokryje koszty utrzymania, nie jest możliwe za pomocą kilku meczów reprezentacji. Szczególnie w warunkach "castingów" PZPN. Liczę na więcej piłki na stadionie, ale to przede wszystkim obiekt wielofunkcyjny i musi zarabiać.

Jednym z pomysłów, żeby sportu jednak było więcej, jest wpuszczenie na stadion Polonii Warszawa.

- Jesteśmy w kontakcie z panem Józefem Wojciechowskim [właściciel klubu]. To kwestia strategii Polonii. Właściciel musi zdecydować, czy jest gotowy na długofalową inwestycję. W pierwszym roku na pewno koszty trudno byłoby pokryć z biletów. Dziś Polonia ma wejściówki w średniej cenie niewiele ponad 10 zł i czasem przyciąga 5 tys. ludzi. Jeśli ma grać na Stadionie Narodowym, trzeba zdecydować, kto bierze na siebie ryzyko finansowe i ewentualnie do tego dopłaci. I trzeba mieć pomysł na to, żeby inwestycja się zwróciła. Pan Wojciechowski to człowiek biznesu i doskonale to rozumie.

Piłka to nie tylko mecze kadry. Na Wembley jest mnóstwo piłki.

- Wiem, baraże, puchary, ale Anglicy chodzą tłumnie na takie mecze. U nas piłka nie ma takiej siły komercyjnej. Robimy z ekstraklasą Superpuchar. Zainteresowanie jest, bo pojawił się silny sponsor, TVP chce to pokazać. Wierzę w rozwój tej imprezy. Promotorzy oferowali nam też turnieje pokazowe - np. trzy drużyny z europejskiej czołówki i mistrz Polski. Na początek na stadionie będą pewnie rocznie dwa mecze kadry, Superpuchar i ze dwie imprezy pokazowe. Panowie się upierają przy piłce, a my mentalnie z piłką już dawno się rozliczyliśmy, myśląc o dochodach ze stadionu. Piłka nie będzie głównym źródłem utrzymania.

Nasz stadion będzie unikalny pod względem braku sportu na nim! Nigdzie na świecie nie będzie tak mało sportu na stadionie.

- Unikalny w tym sensie, że nie będzie wszystkich meczów reprezentacji. Poza tym co jeszcze miałoby być? Nie mamy silnego rugby jak w Anglii czy we Francji. Loże na stadionie sprzedają się dzięki innym eventom. Klienci często nie pytają o piłkę, ale głównie o imprezy rozrywkowe czy sportowo-rozrywkowe jak np. zawody motocyklowe [typu Red Bull X-Fighters]. Będzie rozrywka koncertowa, przedstawienia tworzone specjalnie na duże stadiony ["Aida", "Ben Hur"]. Takie imprezy do tej pory omijały Polskę. Promotorzy w nas wierzą, zainteresowanie już na przyszły rok jest powyżej oczekiwań. Ale to tylko jedna trzecia wpływów, stadion to nie tylko duże imprezy, ale też mnóstwo mniejszych, to także ogromna przestrzeń biurowa i konferencyjna. Z tego też będą pieniądze.

Sporo zależy od umowy dzierżawy, którą negocjujemy z Ministerstwem Sportu. Może być w niej zastrzeżone, że powinniśmy realizować np. niekomercyjne imprezy [czyli np. więcej sportu], ale ze świadomością, że na komercyjnych imprezach można by było zarobić więcej, co rzutuje na wpływy z dzierżawy.

A na biurową część będzie wzięcie?

- Już jest, nie narzekamy. Podpisujemy umowy na kilka lat. Dwie duże firmy chcą mieć tu siedziby. Duża sieć fitness clubów wynajęła lokal. Z PZPN też negocjowaliśmy, pamiętam nawet publiczną propozycję z ich strony, żeby biura dla związku przekazać za darmo.

Krążą plotki, że podłoże stadionu się zawali, jak będzie duży koncert, bo nie utrzyma ciężaru sceny.

- Nic podobnego, wytrzymuje wszystko, pomimo że nasza "podłoga" to strop ogromnego garażu. Obciążenia na pierścieniu to 12 ton na metr, a w najsłabszym miejscu - 4 tony na metr. 600-tonowe żurawie jeździły po płycie i nic się nie stało.

Konkurencji ze strony stadionu Legii się nie boicie?

- Znamy się z kolegami z Legii. Fajnie, że pierwszy mecz u nas rozegra właśnie Legia. Wiem, że pan Mariusz Walter ma taką wizję, żeby robić na Pepsi Arenie eventy poza meczami, ale to nie takie proste. To jednak jest stadion klubowy, murawa na nim to świętość, nie można jej zbyt często narażać.

Stadion będzie miał sponsora strategicznego? Zmieni się jego nazwa?

- Negocjujemy także zmianę składni nazwy. Rozumiem, że będą emocje z tym związane, ale pamiętajmy, że ta umowa, działająca być może już od nowego roku, będzie bardzo korzystna finansowo dla stadionu.

Dlaczego stadion kosztował aż 1,5 mld zł?

- To nie jest drogo. Prosty przykład - stadion w Kapsztadzie kosztował tyle samo, wygląda podobnie, ale wystarczy rzut oka na przekrój architektoniczny, żeby zrozumieć różnicę. Tam prawie nic nie ma poza murawą i trybunami, a u nas są parkingi, ogromny teren wokół i 200 tys. m kw. powierzchni użytkowej, czyli trzy Galerie Mokotów. Nie mówiąc już o tym, że w kosztach naszego stadionu było usunięcie starego, a tam budowano w ciepłym klimacie od zera. Takie samo wyliczenie można zrobić np. dla Emirates w Londynie. Ten stadion też kosztował prawie tyle samo, ale tam nie ma nawet parkingów, nie mówiąc już o powierzchni konferencyjno-biurowej, którą my mamy.