Wake Jam Session. Janek Korycki: Wake nasz codzienny

- Przesiadłem się na wake'a, bo dość miałem ciągłego jeżdżenia na Hel, by popływać z latawcem. A i tam mogą się trafić nierówne warunki. Przeciętny kitesurfer jest w stanie dwa razy w tygodniu pojechać nad morze. To wyciągnie z niego wszystkie siły. A na wake'a może chodzić nawet codziennie, po pracy - mówi Janek Korycki, jeden z czołowych wakebordzistów w Polsce.

Janek to żywa legenda sportów wodnych w Polsce. Swoją przygodę rozpoczynał od windsufringu. Pierwsze sukcesy odniósł w kitesurfingu w 2006 r. zdobywając wicemistrzostwo świata oraz Puchar Polski. Posiada również tytuły mistrza i wicemistrza Polski w wakeboardingu oraz mistrza Polski w VI edycji zawodów Polish Surfing Challenge.

Dominik Szczepański, Michał Bartosiński: Kiedy pierwszy raz spróbowałeś wakeboardingu?

Janek Korycki: - A to ciekawe, bo nieco później niż kite'a.

Dlaczego?

- Wake nie był wtedy dostępny w Polsce. Pływaliśmy wprawdzie za motorówkami, ale nie nazwałbym tego pierwszą próbą. Pierwszy wyciąg do wake'a w naszym kraju rozstawiliśmy na Jeziorze Zegrzyńskim. Szybko okazało się, że to był błąd, bo zasuwają tam motorówki, które przeszkadzają w pływaniu. Lepiej było się wynieść na mały staw, gdzie zawsze jest płaska woda, czyli to, co potrzebne do pływania na wake'u. Tak powstał Wake House w Grodzisku, pierwszy solidny wyciąg w Polsce, który funkcjonuje do dziś. W przeciągu tych 10 lat wyciągów stanęło już ok. 50 wyciągów.

Opłaca się?

- Miesiąc funkcjonowania wyciągu to koszt dnia pływania na motorówce. Wyciąg 2.0, czyli z dwoma słupami, kosztuje od 80 do 120 tysięcy złotych. Często zwraca się to w jedno lato. Dla porównania duży wyciąg z czterema słupami kosztuje milion złotych.

Który wyciąg jest lepszy dla początkujących?

- Mniejszy, bo jak się przewrócisz, to drążek po ciebie wraca, a na dużym musisz sam sobie poradzić. Nie chodzi tylko o początkujących. Mniejszy wyciąg dobry jest też, kiedy jest zimno, czyli na początku albo na końcu sezonu.

Jeśli jest ciepło, a na pływanie masz cały dzień, to fajnie pojechać nad duży wyciąg. Małe łatwiej się korkują, na dużych jest więcej jazdy. Ale taki prawdziwy, nowoczesny, w Polsce jest tylko jeden - w Januszkowicach.

Cz ęsto osoby, które przychodzą pierwszy raz na wake'a, są pytane przez obsługę, czy jeździły kiedyś na snowboardzie. To się przekłada?

- Każdy sport deskowy pomaga w wake'u. Np. snowboard uczy nas jak ustawić prawidłowo nogi, jak szybko i w jaki sposób obrać kierunek, którą nogę dać z przodu. Zupełny laik często musi spędzić pół dnia zanim wstanie i przejedzie się po wodzie. Wake jest dużo łatwiejszy niż kite, bo wystarczy ogarnąć deskę, nie trzeba się martwić o latawiec.

A obsługa najczęściej pyta o snowboard, bo też statystyczny Polak najczęściej może mieć styczność ze snowboardem. Trudno liczyć, że przeciętny czterdziestolatek śmigał kiedyś na desce (śmiech).

Wake to przygotowanie do kite'a? Czy może takie twierdzenie spłyca sprawę?

- Dlaczego? To bardzo dobry pomysł. Ja przesiadłem się na wake'a, bo dość miałem ciągłego jeżdżenia na Hel, by popływać z latawcem. A i tam mogą się trafić nierówne warunki. Przeciętny kitesurfer jest w stanie dwa razy w tygodniu pojechać nad morze. To wyciągnie z niego wszystkie siły. A na wake'a może chodzić nawet codziennie, po pracy. Jest pod domem, zawsze działa, dopóki nie ma piorunów to wiesz, że możesz popływać. Kitesurfing to mnóstwo zmiennych.

15 minut na wyciągu do wake'a kosztuje 40-50 zł. To dużo.

- Ale jedziesz ze znajomymi. Płacisz 40-50 zł i macie w czwórkę wyciąg na godzinę. Dla początkującego to wystarczy bez problemu.

A dla ciebie?

- Ja potrzebuję czterech sesji po 15 minut.

Od jakiego triku zacząć naukę?

- Najpierw uczymy się wstać, potem płynąć, później zawracać, co wcale nie jest takie łatwe na początku. Jak już się tego wszystkiego nauczymy i pływanie tam i z powrotem nam się nudzi, to wjeżdżamy na skocznię, czyli najlepiej zacząć od kickera, bo wyrzuca cię w powietrze i spadasz po drugiej stronie. Później są boxy, nie wszyscy od razu mają odwagę na nie wjechać. Dalej są slidery. Raley to już wyższa szkoła, na pewno nie dla początkujących. Przeszkody wake'owe są z dobrego materiału. Można o nie przydzwonić głową, plecami i mieć pewność, że nie rozerwie nas na pół. Są atestowane i w miarę idiotoodporne. Pierwsze upadki, zwłaszcza przy zacięciu przednią krawędzi deski, bywają bardzo bolesne. Boli bardziej niż na latawcu.

 

Ty jeszcze się przewracasz?

- Średnio raz w roku robię sobie krzywdę (śmiech). Bardziej boli na przeszkodach, bo są twarde. Ale na wodzie można złamać sobie nogę, uszkodzić kolano, bark. Ważne, żeby do tematu nie podchodzić za luźno, tylko dobrze się rozgrzać przed jazdą. No i pływać na głębokiej wodzie. U nas niestety jest zbyt dużo płytkich stawów i ludzie zahaczają o dno.

Warto uczyć się raleya na skróconej linie? Niektórzy tak robią.

- Nazywamy to syndromem kitesurfera. Ludzie upierają się, by lina była jak najkrótsza, bo wtedy łatwiej jest polecieć wyżej. Pierwsze raley może być rzeczywiście łatwiejszy przy krótszej linie, ale chodzi o to, żeby nauczyć się to robić na każdej długości. Na dłuższej linie trzeba wybić się z nóg i lot jest krótszy. Krótka lina nie jest zbyt dobra, bo szarpie przy zawrotkach, sliderach. Ciężko na niej zrobić dobre ewolucje.

Coraz częściej w wakeparkach widać 5-6 latków, którzy uczą się jeździć. To dobrze?

- Nie ma z tym żadnego problemu. Jedyny mankament - deska jest dosyć ciężka i jak dziecko przewróci się na brzuch, to trudno mu się odwrócić. Na szczęście wyciągi dwusłupowe są bardzo elastyczne i dzieci mogą na nich pływać.