"Latam, naprawdę latam!", czyli Ekipa EkstRemalna i paralotnie

Przede mną roztacza się piękny widok na okoliczne szczyty. Widzę Skrzyczne, oraz Górę Żar. Jestem przerażony. Mam za sobą 1,5 godziny biegania z paralotnią po łące i garść teorii przekazanej przez instruktorów. Dominik patrzy na mnie z zaciekawieniem, coś do mnie mówi, ale nie bardzo go słyszę. Biorę szybki rozpęd, tak jak wczoraj na łączce, i biegnę, biegnę, biegnę... Ziemia oddala się ode mnie, słyszę wiatr i słowa instruktora płynące z radia przyczepionego do mojej uprzęży: Dobrze, tak trzymaj, lewa ręka delikatnie w dół... Ja... LECĘ!

Ekipa EkstRemalna to sześć niezwykłych osób, które ruszają w Polskę na pokładach dwóch samochodów: Magda, Franek i Michał w Renault Kadjar oraz Marlena, Dominik i Damian w Renault Captur . Ich celem jest przeżycie niezwykłych, ekstremalnych, sportowych doznań, które dzięki bogatym relacjom foto/video na długo zapadną w pamięć nie tylko samym uczestnikom tych eventów.

Wyjazd na paralotnie od samego początku był obarczony dużym ryzykiem. Nie chodzi tutaj o zdrowie i życie członków Ekipy, ale o to czy i kiedy event się odbędzie. Tu pogoda rozdaje karty, a w Polsce i to jeszcze w górach, z pogodą może być różnie. Dodatkowo złośliwy los rzucał kłody pod nogi, ale w końcu udało się dograć wszystkie szczegóły i w piątek wieczorem dostałem informację od Tomka Krzysztofa, paralotniowego Mistrza Polski, instruktora i właściciela paralotniowej firmy Flying Man , że możemy przyjeżdżać. Szybkie pakowanie, ogarnianie sprzętu i ustalanie szczegółów z Dominikiem, który rzuca hasło - biwak! Zatem oprócz plecaka z ciuchami do bagażnika wrzucam jeszcze karimatę, namiot i śpiwór. Będzie ciekawie.

w drodze ku przygodzie na pokładzie Renault Kadjarw drodze ku przygodzie na pokładzie Renault Kadjar fot. Patryk Larwiński fot. Patryk Larwiński

Ruszamy spod redakcji równo w południe. W samochodową nawigację R-Link wpisujemy miejscowość docelową - Lipowa. Przed nami 5 godzin jazdy w komfortowych warunkach. Bez przygód docieramy na miejsce, które okazuje się prywatną łąką. Witamy się z Tomkiem i Piotrem - naszymi przewodnikami po podniebnych szlakach. Dostajemy chwilę na ogarnięcie się po podróży i zrelaksowanie przed pierwszymi próbami.

chwila relaksu przed pierwszym kontaktem z paralotniąchwila relaksu przed pierwszym kontaktem z paralotnią fot. Patryk Larwiński fot. Patryk Larwiński

Chwila spokoju, ładujemy nasze "akumulatory" i możemy zaczynać naukę. Jest późne popołudnie, lekki wiaterek - idealne warunki do naszych prób. Najpierw krótkie szkolenie z zasad bezpieczeństwa, obsługi sprzętu i techniki stawiania skrzydła.

nauka układania skrzydła przed startem. Każdy szczegół ma znaczenienauka układania skrzydła przed startem. Każdy szczegół ma znaczenie fot. Patryk Larwiński fot. Patryk Larwiński

Potem przechodzimy do części praktycznej. Każdy z nas dostaje swoją uprząż, glajda (skrzydło) oraz kask. Uczymy się rozkładać skrzydło, przygotowywać je do lotu, klarować linki i odpowiednio wpinać je w karabińczyki uprzęży. Nie jest to takie proste, jak mogłoby się wydawać. Liczba samych linek oraz sposobów ich złego podpięcia jest ogromna. W końcu łapiemy o co w tym wszystkim mniej więcej chodzi i przygotowujemy się do naszych pierwszych biegów ze skrzydłem. Ustawiamy się pod wiatr. - Trzymaj linki w dwóch palcach, całą dłonią sterówki, ręce do tyłu, wypnij klatkę piersiową do przodu i biegnij przed siebie ile sił w nogach - mówi Piotrek, mój instruktor, który pomaga Tomkowi w szkoleniach - powiem ci kiedy będziesz mógł puścić linki - dodaje. Chodzi o to, żeby na sucho, w komfortowych warunkach nauczyć się stawiać skrzydło, a potem je kontrolować, a nie jest to wcale takie proste. Dominik zaczyna z wysokiego C - przy pierwszej próbie potyka się na trawie i przewraca lądując na głowie. Już wiemy dlaczego kazano nam biegać w kaskach...

Dominik zalicza spektakularną wywrotkę podczas swojej pierwszej próbyDominik zalicza spektakularną wywrotkę podczas swojej pierwszej próby fot. Patryk Larwiński fot. Patryk Larwiński

Siódma, dziewiąta, dwunasta próba. Potrafię już przebiec cały kawałek wyznaczonego pola i wyhamować skrzydło zanim wpadnie w ściernisko. Jest dobrze. Dominik też biega jak szalony po całym polu ze skrzydłem w górze pod czujnym okiem Tomka. Czuję, że chłopaki dopuszczą nas do jutrzejszych lotów.

Słońce znika za masywem Beskidu Śląskiego. Czas kończyć naukę. Zwijamy sprzęt, Piotr mówi mi co i jak mam robić. Pokazuje jak ułożyć linki i jak zwinąć skrzydło żeby nic się nie poplątało. - Uważaj na koniki polne, zawinięte w skrzydło potrafią przegryźć materiał - mówi Piotr. Nie znajduję żadnego. Pakujemy wszystko i umawiamy się na jutro.

Sprzęt spakowany, jesteśmy gotowi na jutro.Sprzęt spakowany, jesteśmy gotowi na jutro. fot. Patryk Larwiński fot. Patryk Larwiński

- Punkt 8:15 widzimy się pod gimnazjum w Lipowej, zobaczymy czy wiatr będzie nam sprzyjał. Ma wiać, ale nie do końca w tym kierunku, który potrzebujemy - mówi Tomek. Znowu znaki zapytania. Pociesza mnie Dominik - Czuję, że będzie dobrze jutro - mówi. Trzymam go za słowo.

Instruktorzy odjeżdżają, a my zostajemy na naszej łące. Pozwolono nam tutaj zanocować, jest nawet miejsce na rozpalenie ogniska. Rozbijam namiot, jest ciepło, więc nie narzucam na niego nawet zewnętrznej przeciwdeszczowej powłoki. Mam niezwykle ciepły śpiwór, więc wydaje mi się to bez sensu. Dominik rozkłada tylne siedzenia Kadjara, rozwija karimatę i kładzie się wygodnie - on będzie miał dach nad głową, ja tylko gwiazdy.

biwak. Dominik i jego wieczór w Kadjarzebiwak. Dominik i jego wieczór w Kadjarze fot. Patryk Larwiński fot. Patryk Larwiński

Wstaję o siódmej. Budzik nastawiłem na 7:15, ale nie mogłem już dłużej spać. Budzę Dominika, oporządzamy się i zwijamy nasz obóz. Pogoda? Słoneczna, wokół nas gęsta mgła, jest bezwietrznie. To może się udać. Spotykamy się z Tomkiem i Piotrem, którzy czekają na nas w umówionym miejscu. Jedziemy na naszą "miejscówkę". W głowie mam, że będzie to stok typu "ośla łączka" o długości połowy boiska piłkarskiego, z delikatnym spadkiem. Tomek pokazuje palcem w kierunku sporej, jak na to co za chwilę mamy na niej robić, góry - Stamtąd będziecie zlatywać - mówi. Co??? Zaczynam się denerwować. Piotrek zostaje na dole, a my z Dominikiem bierzemy sprzęt i wraz z Tomkiem zaczynamy się wspinać, naprawdę wspinać.

wspinaczka pod górkę treningową to niezły trening dla nógwspinaczka pod górkę treningową to niezły trening dla nóg fot. Patryk Larwiński fot. Patryk Larwiński

W niektórych miejscach jest pionowa ściana, w której od butów wbijanych w glinę wyżłobione są schodki. Gdy dochodzę na miejsce lotów jestem cały mokry. Od kolan w dół od rosy, od kolan wzwyż od potu. Na szczycie górki Dominik też przeciera twarz próbując pozbyć się kropel potu.

wdrapanie się na górkę treningową wymaga dobrej kondycjiwdrapanie się na górkę treningową wymaga dobrej kondycji fot. Patryk Larwiński fot. Patryk Larwiński

Rozglądamy się po okolicy - widać stąd Skrzyczne i Górę Żar. Jesteśmy około 30 metrów nad drogą, przy której zostawiliśmy auto. Stres osiąga kulminacyjny punkt. Tomek mówi nam co mamy robić, pomaga rozłożyć sprzęt, ułożyć odpowiednio skrzydło. Jego profesjonalizm uspokaja mnie. - Dobra, wszystko gotowe. Wiatr ma dobry kierunek. Jak i ty będziesz gotowy, zacznij biec w dół zbocza, tak jak wczoraj na łące. Mocno biegnij, a potem słuchaj tego co do ciebie mówię przez radio - mówi Tomasz. Ręce mi się pocą i trochę drżą, ale przecież po to tu przyjechałem. Dominik jest drugi w kolejce, z zaciekawieniem patrzy na mnie i obserwuje moją zmienioną twarz. Dobra, raz kozie śmierć. Zaczynam biec i mocno ciągnę rękoma za linki. Wszystko robię tak, jak na wczorajszej łączce - tam pod koniec treningów miałem już stuprocentową skuteczność startową. Biegnę, biegnę - przypominam sobie słowa Pawła Lojaka Kozarzewskiego (aktualnego mistrza motoparalotniowego, który przed naszym wyjazdem udzielił mi wywiadu ): "Biegnij. Biegnij. Biegnij" - więc biegnę. Po chwili już nie mogę biec, nogi tracą kontakt z podłożem, czuję że uprząż zaczyna wrzynać mi się w pachwiny.

Pierwszy w życiu samodzielny lot paralotniąPierwszy w życiu samodzielny lot paralotnią fot. Patryk Larwiński fot. Patryk Larwiński

Słyszę szum wiatru w olinowaniu paralotni i komendy Tomka dobiegające z radia przyczepionego do mojego lewego ramienia. Ja się nie wznoszę, ale ziemia ucieka coraz dalej ode mnie... Lecę nad łąką, od spaceru po której zaczynałem moją wspinaczkę. Jest fantastycznie. Skupiam się na wykonywaniu poleceń Tomka - Lewa ręka niżej, prawa wyżej, a teraz obie do góry. Tak trzymaj, a teraz obie za tyłek, za tyłek. - krzyczy instruktor. To oznacza, że ziemia już jest w zasięgu nóg i mogę lądować. Ściągam obie linki sterówek do dołu, paralotnia wytraca prędkość, a ja już siedzę tyłkiem na ziemi.

lądowanielądowanie fot. Patryk Larwiński fot. Patryk Larwiński

Było fantastycznie. Pierwszy raz w życiu przeżyłem taką rzecz, mocną rzecz. Patrzę na Dominika, który dopiero rusza ze szczytu górki. Widocznie chciał upewnić się, że da się wylądować tym ustrojstwem. Niestety, jego start nie prowadzi do lotu. Skrzydło wyprzedza go i spada na trawę.

Dominika próba lotuDominika próba lotu fot. Patryk Larwiński fot. Patryk Larwiński

Trzeba spróbować jeszcze raz. Druga i trzecia próba Dominika są podobne, Tomek ocenia, że to wszystko z powodu za wolnego biegu. Dominik zbiera się w sobie i próbuje po raz czwarty. W tym czasie ja już skończyłem swój drugi zlot i wspinam się mozolnie w kierunku szczytu. Dominik biegnie, długo... Zbiega ten kawałek stoku, nad którym ja już leciałem, ale w końcu odrywa się od ziemi - na kilkanaście centymetrów. Prostuje nogi, leci tuż nad ziemią i ... krzakami róży, które mocno drapią jego nieosłonięte spodniami nogi. Ale co z tego, po pokonaniu tej ostatniej przeszkody także Dominik może poczuć się jak ptak. Szybuje! Leci! Po jakimś czasie ląduje z głośnym okrzykiem - chyba mu się też podobało!

U mnie każdy kolejny lot przebiega łatwiej. Ostatnie dwa ląduję na nogach, a sterowanie paralotnią przychodzi mi bardzo naturalnie, lecę tam, gdzie chcę. Rewelacja.

Lot paralotniąLot paralotnią fot. Patryk Larwiński fot. Patryk Larwiński

Dominik podchodzi do próby numer pięć, czyli jego drugiego lotu. Odrywa się od ziemi dużo łatwiej niż przed chwilą, ale ma jakieś problemy ze sterowaniem. Tomek mówi mu co ma robić, ale widać, że emocje biorą górę i swój lot kończy... na drzewie. No może niezupełnie. Sam Dominik ląduje tuż przed drzewem, wokół którego owija się paralotnia.  - Piotrek, pomóż mu z tym skrzydłem - Tomek prosi kolegę przez radio. Przygotowuję się do ostatniego samodzielnego lotu, który przebiega perfekcyjnie. Ląduję na nogi w miejscu, w którym chciałem wylądować. Super.

Porównujemy straty. Dominik jest cały podrapany od spotkania z krzakiem róży, ja natomiast mam pręgi od nie do końca dopasowanej uprzęży. Ale i tak obaj jesteśmy szczęśliwi.

po lataniupo lataniu fot. Patryk Larwiński fot. Patryk Larwiński

Pakujemy nasz sprzęt, ale to jeszcze nie koniec atrakcji. Jedziemy na pobliski szczyt Góry Żar - mekki paralotniarzy. Tomek i Piotrek pokażą nam co to jest prawdziwe latanie. Spokojnie, nie będziemy latać sami, polecimy w tandemie - to jest właściwie główne zajęcie chłopaków z Flying Man - pokazują chętnym okolicę z lotu ptaka. Jest piękna pogoda, ze szczytu góry roztacza się wspaniały widok. Poniżej nas błękitne wody Zalewu Żywieckiego, nad nami błękit nieba... Jest pięknie.

Widok z Góry ŻarWidok z Góry Żar fot. Patryk Larwiński fot. Patryk Larwiński

Rozkładamy skrzydło i przygotowujemy się do lotu. - Denerwujesz się? - pyta mnie Piotrek. - Nie, bezgranicznie ci ufam - odpowiadam. Zlot z góry trwał niecałe 6 minut, a wszystko przez to, że nie trafiliśmy na żaden komin ciepłego powietrza, który wzniósłby nas wyżej.

Lot w tandemieLot w tandemie fot. MB fot. MB

Tomek z Dominikiem lecą tak samo krótko, ale... w porównaniu z naszymi kilkunastosekundowymi zlotami z górki treningowej to i tak lot w alpejskim stylu.

Paralotnie są fantastyczne! Piszę tę relację dwa dni po powrocie - przez dwie ostatnie noce śni mi się, że latam. Kiedyś też mi się to śniło, ale w jakiś nierealny sposób - a teraz wiem już jak to się robi i co tu dużo mówić - potrafię latać.. a przynajmniej tak mi się tylko wydaje.

Chcesz spróbować samodzielnego lotu na paralotni? Oto garść potrzebnych informacji od chłopaków z Flying Man :

Pierwszy etap szkolenia. Kurs podstawowy trwa 7 dni, odbywa się w polskich górach, obejmuje elementarne informacje dotyczące latania na paralotni (aerodynamika, meteorologia, pierwsza pomoc, zasady korzystania z przestrzeni powietrznej). Kursant uczy się startów i lądowań na paralotni, przygotowania sprzętu do lotu, a także kontroli wszystkich czynników podczas lotu. W zakres kursu wchodzi 20 samodzielnych lotów . - koszt kursu to około 900 zł.

Drugi etap szkolenia poszerza materiał o nowe ważne elementy, ale przede wszystkim kursant zaczyna latać na dużych wysokościach (700 - 1000m) . Szkolenie odbywa się zagranicą - np. we Włoszech, Słowenii, gdzie warunki do latania są wyśmienite. Podczas szkolenia kursant przygotowywany jest do egzaminu państwowego. Po zdanym egzaminie otrzymuje Świadectwa Kwalifikacji Pilota Paralotni uprawniające do samodzielnego latania na paralotni. - koszt kursu to kwota około 2000 zł.

Trzeci etap jest nieobowiązkowy , ale niezwykle przydatny, gdyż daje szansę na pogłębienie wiedzy oraz nabycie umiejętność wielogodzinnych lotów termicznych. Odbywa się w Hiszpanii, Słowenii, Włoch i innych atrakcyjnych miejscach - koszt kursu uzależniony od miejsca i czasu trwania szkolenia.