"Metalowe blaszki w obojczykach? U nas to normalka" - ekstRemalna misja na Mazurach zakończona [RELACJA]

Damian B±bol
17.08.2016 11:38
Soczyste wywrotki, potężne dawki adrenaliny, demony z przeszło¶ci i rado¶ć na mecie - tak wygl±dał Maraton MTB "Na granicy Mazur" w Gizewie, w którym wystartowała Ekipa EkstRemalna.
- Żyjesz? Spokojnie, my tu niejedną glebę zaliczyliśmy. Uwierz mi, te górki nie takie wywrotki już widziały. No, wstawaj, głowa do góry. Raz, dwa i jedziemy dalej... - motywował mnie nasz rowerowy przodownik Robert Janecki z Teamu Renault. Dzień przed Maratonem MTB w Gizewie "Na Granicy Mazur", dał mi wycisk po karkołomnej pętli w Bike Park Poręby. Miejsce, jakich mało w naszym kraju. Dla fanów MTB to istny raj, ale początkujących kolarzy górskich wystawia na prawdziwą próbę charakteru, ocierającą się o palpitację serca. Ja rzecz jasna zaliczałem się do tej drugiej grupy. Tak mocnej dawki adrenaliny, jak na krętym rowerowym "rollercoasterze", nie zafundowałem sobie chyba nigdy wcześniej. A to był dopiero początek naszej ekstRemalnej przygody. Trening z mistrzami Mazurski rajd MTB zapamiętamy, jako jedno z najbardziej wymagających wyzwań w historii Ekipy EkstRemalnej. Po raz pierwszy w tegorocznej edycji - na akcję zostali wysłani członkowie od zadań specjalnych z teamu Renault Captur: Marlena - kobieta, która żadnego sportu się nie boi, Franek - mistrz obiektywu, obieżyświat i dobry duch zespołu oraz autor tego tekstu, w dodatku zmagający się z demonami przeszłości. Fot. Franek Przeradzki Każdy z nas wywodzi się z wielu sportów, ale jazda na rowerze akurat nie była aktywnością, której ostatnio poświęcaliśmy najwięcej czasu. Marlena jest wziętą instruktorką fitness, Franek uwielbia szusowanie na nartach i nurkowanie, a ja najlepiej czuję się w butach do biegania. Ostatecznie do startu w zawodach MTB w Gizewie na dystansie 44 km zapisałem się razem z Marleną, Franek skupił się na operatorskich zadaniach z kamerą. Wprawdzie z Marleną przez ostatnie dwa tygodnie wykręciliśmy na dwóch kółkach sporo kilometrów, to czuliśmy, że brakuje nam fachowych porad od prawdziwych specjalistów. Owszem, kilka cennych teoretycznych wskazówek udzielił mi Andrzej Piątek , były trener Mai Włoszczowskiej, srebrnej medalistki olimpijskiej, ale przecież nic nie zastąpi prawdziwego treningu w terenie. Na szczęście dzień przed imprezą, z podstaw kolarskiego rzemiosła zgodzili się nas podszkolić zawodnicy Teamu Renault, czyli m.in. Robert Janecki, Grzegorz Maleszka, Arkadiusz Jusiński i Bartosz Karczmarski. W sumie cała czwórka ma ukończone 363 maratony MTB! W nogach baterie duracell Przed wyjechaniem w teren otrzymaliśmy od ekipy profesjonalny sprzęt i zapas suplementów marki torq. Pod względem zasobów energetycznych zostaliśmy zabezpieczeni na kilka takich maratonów. Pozostało tylko - w trybie awaryjnym - popracować nad techniką. Na krótki, choć niezwykle intensywny trening wybraliśmy się do Bike Park Poręby w Mrągowie, gdzie na własnej skórze przekonaliśmy się, jak niezwykłym sportem jest kolarstwo górskie, a coś takiego jak długa prosta, raczej nie występuje w naturze. - Trzymaj tempo, trzymaj rytm! Super! Stary, no elegancko, dałeś radę! - dopingował mnie Robert w trakcie jednej z pierwszych udanych wspinaczek. Każda pokonana górka, bez konieczności schodzenia z roweru, sprawiała mnóstwo satysfakcji. Z zaliczaniem kolejnych wzniesień rzeczywiście szło mi całkiem nieźle. Nieskromnie przyznam, że momentami w nogach czułem taką moc, jakbym naładował je bateriami duracell. Kondycyjnie też czułem się dobrze. Fot. Franek Przeradzki Pokonałem demona Znacznie gorzej radziłem sobie na zjazdach. Brakowało mi pewności siebie. Na tych najbardziej stromych przed puszczeniem się w dół, powracały dramatyczne wspomnienia. Dwa lata temu na ul. Dolnej w Warszawie rozbiłem się na rowerze. Skończyło się złamanym łokciem, obojczykiem z przemieszczeniem, operacją, gipsem do pasa, wmontowanymi w kości drutami Kirchnera i czteromiesięczną rehabilitacją. Fatalne migawki z tamtych chwil odżyły, gdy przy powolnym, jak się później okazało, zbyt wolnym zsuwaniu, przednim kołem najechałem na wyrwę, która wybiła mnie przed kierownicę. Poleciałem jak długi, rower wykonał obrót i wylądował na moim kasku. Chwała Bogu, tym razem kości były na swoim miejscu. - Musisz pozwolić rowerowi zjeżdżać, nie zatrzymuj się, bo tracisz kontrolę! Ale głowa do góry, nie załamuj się! Przeżywaliśmy tu już gorsze kraksy. Wizyta na SOR i metalowe blaszki w obojczykach? Normalka. Prawie każdy z nas to przerabiał. Nie myśl za dużo, co się może stać, tylko jak bezpiecznie zjechać - radził mi Robert Janecki. I pomogło. Przełamałem się, a na kolejnych zjazdach było o wiele lepiej. Czasami jak Rafał Majka przed ostrymi zakrętasami w Rio, musiałem się przeżegnać, a dalej sunąłem w dół. Pokonałem demona. Kolejny kontakt z glebą Start zawodów w Gizewie "Na granicy Mazur" zaplanowano na godz. 11. Jak przystało na profesjonalistów budziki w komórkach ustawiliśmy na 6:45. Chcieliśmy zjeść obfite, energetyczne śniadania na trzy godziny przed wyścigiem i spokojnie dojechać na miejsce, aby odebrać numer startowy. Start i metę organizatorzy wyznaczyli w malowniczym miejscu, w ośrodku wypoczynkowym "Siedlisko Gizewo" nad jeziorem Kiersztanowskim. Tuż przed wyścigiem przybiliśmy "piątki" z zawodnikami Teamu Renault i zdecydowanymi faworytami dwóch dystansów, czyli półmaratonu (45 km) i maratonu (90 km). Ostrzegano nas, że najtrudniejsze będą pierwsze cztery kilometry, podczas których będziemy musieli pokonać strome, śliskie podjazdy i zjazdy. Razem z Marleną byliśmy przygotowani na walkę, ale nie spodziewaliśmy się aż tak trudnych warunków. Momentami nie było mowy o podjeżdżaniu. Zejście z roweru też nie załatwiało do końca sprawy, bo było tak grząsko, że ledwo przesuwaliśmy się do przodu. Jeszcze gorzej było na błotnistych zjazdach, na których trudno było o kontrolę roweru. Z naszym brakiem doświadczenia, to była walka o przetrwanie. Raz poszedłem na całość, ale na chwilę straciłem panowanie i zaliczyłem kolejny - niegroźny - kontakt z glebą. Później rzeczywiście było mniej hardkorowo, więcej prostych, ale jak to w MTB, również sporo wymagających odcinków. Królewski podjazd i soczyste wywrotki Największym wyzwaniem był tzw. królewski podjazd w Widryniu, gdzie zmagaliśmy się ze stromą, prawie 3-kilometrową kamienistą drogą do Śpiglówki. Bezcenna okazała się współpraca z innymi zawodnikami. Nawzajem się wspieraliśmy i pomagaliśmy, przejmując na zmianę prowadzenie. Pod koniec podjazdu w płucach zaczynało brakować tlenu, a coraz głośniejszy oddech wydobywał się z każdego kolarza. Szybko jednak odzyskaliśmy siły. Trochę odpoczęliśmy na długim i łagodnym zjeździe. Ostatnie kilometry pokonywaliśmy już na pełnym gazie. Tuż przed metą z Marleną przybiliśmy jeszcze "piątkę", uśmiechnęliśmy się do kamery. Oboje wykonaliśmy kawał dobrej roboty. I wiecie co? Chyba złapaliśmy bakcyla. Zawody MTB to naprawdę niesamowita przygoda! W dodatku są organizowane bardzo często, niemal co tydzień w wielu zakątkach kraju. Warto spróbować swoich sił w tym sporcie. Jeszcze słowo o największych harpaganach rywalizacji w Gizewie z Teamu Renault. Na dystansie półmaratonu triumfował Grzegorz Maleszka, a w maratonie najlepszy był Arkadiusz Jusiński, który mimo "soczystej" wywrotki, nie tylko nie wymiękł, ale nie dał szans rywalom. Gratulujemy i najważniejsze, że nos jest cały. Arkadiusz Jusiński chwilę po wygraniu maratonu MTB na 90 km. Fot. Franek Przeradzki Werdykt Ekipy EkstRemalnej: Mazurski Maraton MTB to miejsce, które zdecydowanie spełnia najbardziej ekstremalne wymogi. Przyjeżdżajcie! Damian i Marlena na mecie zawodów MTB w Gizewie. Fot. Franek Przeradzki