Robert Lewandowski - Sukces najlepiej smakuje na zimno

- Jeszcze zanim się urodził, wiedzieliśmy, że zostanie gwiazdą sportu. Ojciec to mu nawet imię specjalnie takie wybrał, żeby cudzoziemcy nie mieli problemu z wymową - opowiada matka Roberta Lewandowskiego

Mariusz Lewandowski: Przecież się nie powieszę ?

Robert Lewandowski to największe piłkarskie odkrycie roku. Już dawno młody polski zawodnik nie wdarł się z takim impetem do zawodowego futbolu. 20-letni napastnik Lecha Poznań strzelił gola w debiucie w pierwszej lidze i w europejskich pucharach i w reprezentacji Polski, do której błyskawicznie się przebił. W meczach Pucharu UEFA oglądali go wysłannicy PSV Eindhoven, WBA i Fulham. Ajax Amsterdam przysłał nawet szefa swoich skautów Tona Pronka. - On jest przyszłością polskiego futbolu. Nie wiem tylko, jak poradzi sobie z presją i popularnością - mówi o Robercie Leo Beenhakker.

- O to nie mam żadnych obaw. Robert jest ostatnią osobą, której mogłaby uderzyć do głowy sodówka. Jest na to za mądry. Nigdy nie nadużył mojego zaufania, choć miał dużą swobodę. Od najmłodszych lat zawsze był niezwykle odpowiedzialny jak na swój wiek. I to nie tylko jeśli chodzi o piłkę, choć to ona jest całym jego życiem - mówi matka piłkarza Iwona Lewandowska.

Dla Roberta skrócę mszę

- Robert sport ma we krwi. Od najmłodszych lat próbował wszystkiego i zawsze z najlepszym skutkiem. Jak zaczął uprawiać biegi przełajowe, to został mistrzem województwa. Nagrodę za zwycięstwo - tenisówki - wręczył mu Jacek Wszoła. Kiedy w końcu postawił na piłkę, to odchodził z przełajów jako niepokonany. Tenis stołowy, ziemny... W siatkówkę też był niezły, bo od małego miał ruchomy nadgarstek. Zresztą, zdobywał medale ze szkolnymi drużynami siatkówki, koszykówki i piłki ręcznej. Gdy ojciec, były mistrz Polski w judo, zabrał go do Wojciecha Borowiaka, wieloletniego trenera Pawła Nastuli, ten powiedział do męża: "Krzysiek, ty mi go zostaw, ja z niego zrobię mistrza!". Jednak dla Roberta od początku liczyła się tylko piłka - opowiada pani Iwona.

- Ale jak nasze dzieci nie miały się pasjonować sportem, skoro my z mężem poznaliśmy się na badaniach lekarskich przed egzaminem na warszawski AWF? Zapamiętałam go, bo się wepchnął bez kolejki. Warszawiak, a jeszcze judoka. Ja byłam siatkarką pierwszoligowego AZS, która do stolicy przyjechała z Grudziądza. Tak się zaczęło. Mąż grał też w piłkę nożną w Hutniku, bo chciał być wszechstronny, nie zamykać się w jednej dyscyplinie - dodaje.

Milena, starsza o trzy lata siostra Roberta, dodaje, że choć rodzice nie zmuszali ich nigdy do sportu, na początku trenowali trochę bardziej dla rodziców niż dla siebie. - W domu istniał kult sportu. Mama była przecież naszą nauczycielką wf. w podstawówce. Więc choć biegi nie były naszą szczególną pasją, to było naturalne, że je uprawialiśmy. Później każde z nas znalazło coś dla siebie - Robert futbol, ja siatkówkę - mówi.

Pani Iwona nie pamięta, kiedy mały Robert aż tak pokochał futbol. - Po prostu piłka zawsze przy nim była. Nawet podczas posiłków trzymał ją pod stołem, żeby mieć z nią kontakt. Może dlatego, że od małego namiętnie oglądał treningi Partyzanta Leszno? Kilka razy brakowało im zawodnika, to go brali do składu, choć był chyba z 10 lat młodszy od tych chłopaków. Raz nawet na bramkę! - mówi.

- Ojciec chciał zapisać Roberta do Legii, ale w klubie z Łazienkowskiej nie było jego rocznika. Trafił więc do Varsovii, której boisko leży pod drugiej stronie stadionu Polonii Warszawa. No i zaczęło się granie. Wtedy już wszyscy w Lesznie wiedzieli, że z Roberta zapalony piłkarz, i mu kibicowali. Kiedy okazało się, że jego komunia koliduje z prestiżowym meczem Varsovia - Polonia, nasz ksiądz proboszcz zaoferował, że skróci troszkę mszę. Robert został do końca, a potem w samochodzie w drodze na mecz zamieniał garniturek na strój piłkarski. Nie dość, że jego drużyna wygrała, to jeszcze bramkę strzelił - śmieje się pani Iwona.

Skarb wam przywiozłam

Z Varsovii Lewandowski trafił do Delty, filii Legii. A w końcu do drugiego zespołu wielokrotnego mistrza Polski. - Po którymś z treningów czekam na niego przed bramą klubu, a tu patrzę, idzie ze spuszczoną głową. W ręce miał swoją kartę zawodniczą. Klub go zwolnił. Mówię: "Robert, chodź, porozmawiamy z kimś, z trenerem Wdowczykiem!". Ale on na to, że tam nie ma z kim rozmawiać, bo były zmiany trenerów i kartę wydała mu sekretarka. Mam o to trochę żal. Nie że go Legia zwolniła, bo w końcu futbol to biznes. Uznali, że chłopak nie jest perspektywiczny, dopiero wyleczył kontuzję mięśnia dwugłowego. Ale że go tak zostawili samemu sobie. Nikt mu nie poradził, co dalej, że może spróbowałby w tym czy tamtym klubie. A wiedzieli, że niedawno stracił ojca, który by mu doradził - mówi matka.

Pani Iwona pamięta doskonale: - To był jedyny moment w życiu, że poczuł się zrezygnowany. Kiedy w 2005 roku zmarł mąż, Robert, choć miał 16 lat, zachowywał się tak dojrzale, jak w pełni dorosły człowiek. Mówił mi: "Mamo, musisz to, tamto", bo ja na prawie dwa lata popadłam w depresję. Ale po tym odtrąceniu przez Legię nie wiedział co dalej i nie chciało mu się nawet o tym myśleć. Musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Po pierwsze poleciałam do LO im. Andersa, skąd po przejściu do Legii odszedł do szkoły wieczorowej. Chciałam błagać, żeby go przyjęli z powrotem, ale usłyszałam, że zrobią to z otwartymi rękoma. "Nasz Bobek wraca!" - ucieszyła się wychowawczyni, bo dał się poznać z dobrej strony. Zdał tam maturę.

Jednocześnie pojechałam do trzecioligowego wówczas Znicza Pruszków, byłam tam trenerką siatkówki, i wiedziałam, że tam są fajni ludzie, którzy dadzą Robertowi szansę. "Skarb wam przywiozłam" - powiedziałam im. "Takich skarbów to u nas cała drużyna" - odpowiedzieli, ale go wzięli - opowiada pani Iwona. I wylicza jak najlepszy statystyk: - Nie dość, że w dwa sezony zdobył 38 goli, to jeszcze Znicz sprzedał go w czerwcu Lechowi Poznań za 1,5 mln zł. A z Legii kupił go zaledwie za 5 tysięcy!

- Długo debatowaliśmy, jaką ofertę wybrać i z kim podpisać kontrakt. Przekonał nas do siebie Czarek Kucharski. Uznaliśmy, że jako były piłkarz, napastnik, reprezentant Polski najlepiej będzie umiał doradzić Robertowi. Czego inni agenci nie obiecywali?! Wszystko, nie tylko pieniądze, mieszkanie ale i dziewczyny! I cały czas straszyli, nie podpisuj z Kucharskim, on cię oszuka, nie idź do Lecha Zdecydowaliśmy się na Poznań, bo tam mają młody, perspektywiczny zespół. Była pewność, że będzie grał, i to jeszcze w europejskich pucharach - opowiada pani Iwona.

Tylko futbol

- Z Legii Robert miałby bliżej do domu. Ale pewnie grał co najwyżej w Młodej Ekstraklasie, o reprezentacji nie wspominając - dodaje matka. - W Poznaniu go zaakceptowali. Tam są wspaniali kibice. I niemal całe miasto żyje futbolem. Dochodzi do tego, że jak Robert o 22 z narzeczoną wychodzi z kina, to go pytają: "A to nie za późno, panie Robercie, przecież jutro rano trening?".

Jego kariera rozwija się cudownie i - jak mówię - jestem o niego spokojna. Żadna sodówka mu nie odbije, bo jest na to za mądry. Za odpowiedzialny, a piłka za dużo dla niego znaczy. Przez to czy śnieg, deszcz, czy błoto - liczył się tylko futbol. To, że teraz gra dla wielkiego klubu nie zmieniło go i nie zmieni. Zna wartość pieniądza. Na żadną ekstrawagancję za zarobki pierwszoligowego piłkarza sobie nie pozwolił. Tyle że samochód kupił i laptopa. Do kasyna go nie ciągnie. Woli odkładać pieniądze. Alkohol? Też jestem spokojna. On zawsze miał wielką wolność i gdyby tylko chciał... Ale nigdy nie chciał. W Lesznie spotykał się z kolegami, którzy popijali, ale szanowali, że on nie pije. Bo wiedzieli, że Roberta interesuje tylko jedno - być w formie, grać i strzelać bramki - mówi pani Iwona.

- Jeśli o coś się boję, to tylko o kontuzje. Oglądam mecz, Robert zwija się z bólu na boisku, a ja w nerwach. Bo nie wiem, czy udaje, czy naprawdę coś się stało. Czy jest zmęczony i odpoczywa w ten sposób, czy może takiej taktyki wymagał trener? Boję się, bo wiem, że on długo bez piłki nie wytrzyma. Już teraz, kiedy nie gra, leczy kontuzję, to jest nie do życia. Miejsca sobie nie umie znaleźć, drażliwy jest, energia go rozpiera.

Sam Robert podchodzi do swoich sukcesów na zimo. Kiedy cała nasza rodzina i przyjaciele tak rozpaleni jego karierą, telefony rozgrzane po każdym meczu, on zawsze tonuje naszą euforię, przekonuje, żeby spokojnie do wszystkiego podchodzić. On sam ma do siebie największy dystans.

To samo wpaja nam też 83-letnia babcia Roberta Irena, która mieszka w Grudziądzu i codziennie o 7 rano o kulach chodzi do kiosku po wszystkie gazety, żeby przeczytać, co tam napisali o wnuku. I nie tylko o nim. O Brożku, o Rengifo. Czyta wszystko, co dotyczy piłki nożnej, i nam też każe. Bo, jak mówi, o kolegach i rywalach też musimy wszystko wiedzieć, bo Robert nie gra sam. Futbol to nie dyscyplina indywidualna. Ale i ona podkreśla, że jak akurat gola nie strzeli, jak trochę mniej pochlebnie napiszą, to nie wolno wpadać w panikę. No to nie wpadamy - kończy pani Iwona.

Asystent Beenhakkera: Stilić przypomina Laudrupa ?

Piłka nożna: Cashback 55 PLN od BetClick.com - poleca Mateusz Borek ? - reklama

Więcej o: