Biegi narciarskie. Kowalczyk: Śmieszy mnie to, co Bjorgen opowiada norweskim mediom

Szykuje się bardzo wyrównana walka między sześcioma równorzędnymi zawodniczkami. Wydaje mi się, że jestem w tej szóstce - mówi "Metru" Justyna Kowalczyk. Jutro, w szwedzkim Gällivare, nasza królowa biegów narciarskich zmierzy się z Marit Bjorgen i innymi rywalkami w pierwszym starcie nowego sezonu

Sezon za pasem. Co Ty wiesz o nartach? Sprawdź na narty.sport.pl? Ponoć śmieszy Panią Marit Bjorgen?

- Wszyscy wiedzą, że na początku sezonu nie potrafię biegać tak szybko, jak największe rywalki. Ale nie zamierzam tego zmieniać, bo to, co do tej pory robiliśmy, okazywało się najlepsze. Będzie więc jak zwykle - w Gällivare zajmę około dziesiątego miejsca. Choć oczywiście będę walczyć na sto procent i jeśli pojawi się szansa na lepszy start, to jej nie zaprzepaszczę, ale nie powalczę raczej o zwycięstwo z Bjorgen czy Szwedką Charlotte Kallą. Wiadomo też od lat, że obie, i jeszcze Włoszki, od początku sezonu biegają bardzo mocno. Bjorgen świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że teraz nie będę potrafiła dotrzymać im tempa, dlatego śmieszy mnie, kiedy opowiada mediom, że już w Gällivare zamierza ze mną ostro walczyć.

Na początku ubiegłego sezonu lepiej biegało się pani sprinty niż dłuższe dystanse, czego dowodem zaskakujące chyba wszystkich zwycięstwo w fińskim Kuusamo. Teraz będzie podobnie?

- Gdyby w Gällivare rozgrywany był bieg na 10 km "klasykiem", a nie stylem dowolnym, to rozmawialibyśmy o zupełnie innym miejscu. Na początku sezonu bardziej odpowiadają mi starty stylem klasycznym, bo "łyżwą" jeszcze nie jestem tak rozbiegana. A co do ekspertów, którzy wtedy dziwili się, że wygrałam w Kuusamo, to mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu na zawodach w Finlandii [m.in. "klasyczne" sprint i 5 km] będą już wiedzieli, czego się spodziewać (śmiech).

Pani zwycięstwa na pewno ich nie zdziwią, bo eksperci Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS) zapowiadając sezon, stwierdzili, że wygrywać ma pani seryjnie.

- Oj, to się jednak mogą zdziwić! (śmiech)

FIS nazwał panią perpetuum mobile. Będzie trzecia z rzędu Kryształowa Kula za Puchar Świata?

- Nigdy nie przyznawałam sobie pucharów i medali przed startem, i dlatego tak daleko zaszłam. Każda rywalizacja wymaga ode mnie stuprocentowej mobilizacji. A jest wiele rywalek prezentujących taki sam poziom jak ja. Poza tym ludzie, którzy pisali tę zapowiedź, znają się na biegach narciarskich i dobrze wiedzą, że w nich wszystkiego wygrywać się nie da. Mamy za dużo różnych konkurencji, tras, warunków atmosferycznych i śniegowych, żeby jedna, nawet najwspanialsza dziewczyna, wygrywała wszystko. Myślę, że ten sezon będzie bardzo wyrównany. Nie sądzę, by zdominowała go jedna zawodniczka, a nawet dwie czy trzy. Według mnie zwycięstwami, lokatami na podium i medalami mistrzostw świata podzieli się sześć biegaczek. Wydaje mi się, że ja w tej szóstce jestem.

Ale pewnie na początku znajdą się tacy, którzy obwieszczą, że sezon będzie należał do Bjorgen i Kalli.

- Oczywiście. Na pewno zaraz wielu dziennikarzy ogłosi, że Bjorgen i Kalla są w niesamowitej formie, że nikt ich nie dogoni itd. Taki scenariusz przerabiamy już przecież od kilku lat. Cóż, nie każdy pamięta, że sezon jest długi, kończy się dopiero w marcu.

Kogo jeszcze poza Bjorgen, Kallą i sobą widzi pani w tej szóstce?

- Petrę Majdie. Myślałam też o Aino-Kaisie Saarinen, ale kilka dni temu w Muonio coś jej się stało i zabraknie jej w pierwszych startach, więc trzeba się wstrzymać z prognozami. Mocna będzie Therese Johaug, uważać trzeba na Ariannę Follis, Mariannę Longę. Wygląda na to, że tych zawodniczek będzie nawet więcej niż sześć. Ja na pewno nie nastawiam się na rywalizację tylko z czerwonym, norweskim ubrankiem. To byłoby niepoważne.

Czerwone, norweskie ubranka pewnie najmocniej będą się dawały we znaki na mistrzostwach świata w Oslo?

- Na pewno. Gdybym miała w Polsce mistrzostwa świata, najpewniej założyłabym klapki na oczy i flaki bym sobie wypruła, żeby jak najlepiej pobiec. Życzę Norweżkom, żeby pięknie biegały u siebie, ale ja i jeszcze kilka dziewczyn tanio skóry nie sprzedamy. Będziemy walczyć, może wygrywać. Mówię "może", bo do mistrzostw [odbędą się na przełomie lutego i marca] jest jeszcze tyle czasu, że trudno dziś mówić inaczej.

Ale już teraz może pani powiedzieć, co byłoby cenniejsze - zwycięstwa w norweskiej jaskini lwa, czy trzecia z rzędu Kryształowa Kula?

- Im bliżej jest start sezonu, tym mniej myślę o takich celach. Dziś liczy się dla mnie, żeby w Gällivare zanotować dobry, techniczny i mocny bieg. Jasne, że Puchar Świata to cudowna rzecz. A mistrzostwa świata są jeszcze bardziej medialne. Co wybrać? Nie wiem. Ale wiem, że w walce o jedno i drugie chcę poważnie zaistnieć.

Może umówmy się na jedno złoto z mistrzostw i na tę Kryształową Kulę?

- Żeby to było takie proste (śmiech). Umówić to ja się mogę z trenerem, że do każdego startu będę się starannie przygotowywać. A trener jest od tego, żeby ułożyć taki plan, który da najlepsze efekty w lutym i w marcu. Skupiam się na każdym kolejnym dniu, kolejnym treningu. O niczym więcej nie chcę myśleć.

A nie myśli sobie Pani czasem, że fajnie byłoby odpocząć? Przecież w sporcie osiągnęła już pani wszystko.

- Gdybym zaczęła sobie odpoczywać, to na narty w sensie wyczynowym nie miałaby po co wracać. Sportowiec albo walczy, albo się poddaje. Ja jestem na etapie walki. A jeżeli zacznę się poddawać, wtedy dziennikarze na pewno szybko się o tym dowiedzą. Bo wtedy powiem otwarcie: nie startuję już w Pucharze Świata, bo nie jestem do tego gotowa.

Brak Justyny Kowalczyk na trasach zasmuciłby wielu naszych sportowców. Niedawno mistrzyni świata w kolarstwie górskimMaja Włoszczowska i żużlowy mistrz globu Tomasz Gollob mówili mi, że to pani natchnęła ich do walki.

- Naprawdę? Nie miałam pojęcia, że tak powiedzieli. To niesamowicie miłe! To przecież wspaniali sportowcy. Mam nadzieję, że będę potrafiła dalej tak pracować, żeby być dla kogoś inspiracją.

Szowinizm skandynawski wobec Justyny Kowalczyk

Więcej o: