Justynę Kowalczyk męczą antydopingowi kontrolerzy

PRZEGLĄD PRASY: Justyna Kowalczyk opowiada ?Przeglądowi Sportowemu? jak przed igrzyskami w Vancouver nachodzili ją kontrolerzy. I to o północy! - Dwóch Niemców zapukało do drzwi w Kasinie Wielkiej - opowiada polska mistrzyni.

Przed Igrzyskami w Vancouver Justyna Kowalczyk była pod szczególną obserwacją speców od walki z dopingiem. Dochodziło do sytuacji wręcz absurdalnych. O jednej z nich Polka opowiedziała dziennikarzom.

- Przyjechali ostatniego dnia zgrupowania do Ramsau, pobrali krew i zabrali mocz. Ja wyruszyłam do domu. Następnego dnia dwóch Niemców puka do drzwi w Kasinie Wielkiej. O dwunastej w nocy! - opowiada Polka. - Pewnie myśleli, że uznałam, iż po porannym badaniu jestem bezpieczna i coś wezmę - dodaje.

Kowalczyk mogła odmówić badania, bo może być kontrolowana do 23. wieczorem. Ale zgodziła się. Przyznaje też, że zna środowisko narciarskie na tyle dobrze, że gdyby chciała wziąć doping, wiedziałaby gdzie szukać.

Mistrzyni Olimpijska jest objęta programem Whereabouts. Musi więc informować kontrolerów z antydopingowej organizacji WADA, gdzie się znajduje i codziennie może się spodziewać kontroli. Po wpadce Kornelii Marek badania się nasiliły. Od początku roku polska mistrzyni była już kontrolowana ok. 20 razy!

Mimo że jest poza wszelkimi podejrzeniami i sama głośno krytykuje zawodników, którzy wspomagają się różnego typu "środkami" jej nazwisko także ucierpiało przy okazji skandalu dopingowego z udziałem Kornelii Marek. - Norweska prasa od razu napisała "Koleżanka Kowalczyk na dopingu".

- Dla Norwegów to była wymarzona sytuacja. Najpierw ja coś tam sobie piszczę o astmie, a w moim kraju ktoś wpada - mówi Justyna Kowalczyk, która w czasie igrzysk zarzuciła norweskiej rywalce Marit Bjoergen, że zażywane przez nią zgodnie z przepisami lekarstwa dają jej przewagę na trasie.

PZN zawiesił Kornelię Marek ?

Więcej o: