Biegi narciarskie. Krasicki: stuprocentowa Justyna Kowalczyk

W piątek odebrała dyplom doktora, a w sobotę wyjechała na obóz do Ramsau, nie czekając na ludzi ze swojego sztabu. - To jest stuprocentowa Justyna Kowalczyk - mówi jej promotor, prof. Szymon Krasicki. Czy mistrzyni olimpijska i świata przed najbliższym sezonem pracuje tak ciężko, jak nigdy dotąd? - Uspokajam, nie szarżuje, nie traci głowy. Teraz od Justyny do szerszej grupy trafia zdecydowanie więcej informacji, również na temat jej obciążeń. Stąd wrażenie, że pracuje za mocno - przekonuje były trener kadry biegaczek

Zagłosuj na aplikację Sport.pl LIVE!

Łukasz Jachimiak: "COS - Kuźnice - Zawrat - Morskie Oko - Rysy (bardzo deszczowe) - Strbske Pleso. Nienerwowe 6,5 h" - dużo tego typu informacji o swoich treningach Justyna Kowalczyk przekazuje kibicom na Facebooku. Pracuje tak katorżniczo, żeby nadrobić stracony czas przez później rozpoczęte przygotowania do sezonu, czy to rytm znany jej od lat?

Prof. Szymon Krasicki: - Ona tego nie robi pierwszy raz w życiu. Dobrze to zna z poprzednich lat. Oczywiście, że za wszystko płaci własnym zdrowiem. Po latach takiej katorżniczej pracy w nie najlepszym stanie ma kręgosłup, wysiadają jej kolana, bolą ją stawy. To wszystko wiemy. I ona jest tego w pełni świadoma, wie jaką cenę za to płaci i wie, że w naszym świecie nie ma nic za darmo.

Czyli po prostu mamy wrażenie, że Kowalczyk trenuje mocniej niż kiedykolwiek, bo więcej niż kiedykolwiek sama nam o tym mówi?

- Tak, na pewno stąd bierze się takie wrażenie. Teraz od Justyny do szerszej grupy trafia zdecydowanie więcej informacji, również o jej obciążeniach treningowych.

Dostrzega pan, że Justyna mocniej otworzyła się na kibiców, że chętniej dzieli się z nimi własnymi sprawami, odkąd w rozmowie z Pawłem Wilkowiczem opowiedziała o swojej depresji?

- Rzeczywiście mocno wyszła do ludzi. To mnie bardzo cieszy. I naprawdę uspokajam - Justyna nie szarżuje, nie traci głowy. Od lat wiem, jak wielką pracę wykonuje i widzę, że teraz nie robi nic ponad to, co robiła w minionych latach. Oczywiście, jest niesamowicie ambitna, ale przecież wszyscy o tym wiemy. Najświeższy przykład - w piątek odebrała dyplom doktora, a już w sobotę pojechała na zgrupowanie do Austrii. Sama, nie czekała na trenera i resztę grupy, choć oni zaplanowali wyjazd na poniedziałek. Uznała, że skoro przez obronę trenowała trochę mniej, to teraz rozpocznie pracę jak najszybciej. To jest stuprocentowa Justyna Kowalczyk.

Wracając do swoich najtrudniejszych spraw, Kowalczyk wyznała kibicom, że kilka miesięcy temu nie uwierzyłaby, że we wrześniu obroni doktorat. Ile lat pracowaliście na ten tytuł dla niej?

- Trwało to cztery lata. Justyna zgłosiła się do mnie tuż po igrzyskach w Vancouver. Powiedziała, że chce zostać doktorem i już wtedy miała wstępny zarys, całkiem dobrą koncepcję. Potem żeśmy to trochę rozszerzyli, ale całość od początku dotyczyła analizy jej treningów, obciążeń. Justyna porównywała też swoją pracę z tą, jaką wykonywały jej koleżanki z olimpijskiej kadry z Vancouver. One bardzo odbiegały wynikami.

Z wykresów - również pokazanych przez Justynę na Facebooku - wiemy, dlaczego. Jak to możliwe, że ona pracowała nie dwa czy nawet trzy, ale pięć razy ciężej od koleżanek z kadry?

- W niektórych zakresach, rodzajach pracy przewyższała młodsze koleżanki nawet sześć razy. Jestem przekonany, że to się głównie mieści w głowie, w motywacji. Żeby zmobilizować się do takiego treningu i wytrwać w nim, trzeba mieć ogromną siłę mentalną. Właśnie tym ona tak mocno przewyższa pozostałe zawodniczki. Bo w parametrach fizjologicznych, wydolnościowych, olbrzymiej różnicy nie ma. Justyna w swojej pracy przytoczyła wyniki badań z Instytutu Sportu zrobione w tym samym czasie jej i trzem koleżankom. To wyniki z czerwca 2009 roku. Już wtedy je znałem, wiedziałem, że Justyna ma przewagę, ale niewielką.

Czy to znaczy, że część pracy dotyczy sfery mentalnej, skoro podkreśla pan tak jej znaczenie?

- Jako promotor nie jestem specjalistą w sprawach psychicznych, Justyna nie prowadziła badań w tym kierunku, więc na niczym się nie opieraliśmy. Mówiąc o motywacji, wyciągam bardzo logiczny wniosek, że w głowie musi siedzieć coś wyjątkowego, żeby zmobilizować się do tak trudnej pracy i wytrzymać to. Może też te młodsze zawodniczki trenowałyby mocniej, gdyby trafiły na takiego szkoleniowca, który by im pomógł, zmobilizowałby je? Gdyby miały kogoś na wzór Aleksandra Wierietielnego, pewnie byłyby teraz lepsze. On potrafił wydobyć z Justyny to, co było w niej najcenniejsze. Ale tu trzeba zrobić zastrzeżenie, że nikt nie powinien dosłownie kopiować mistrzów olimpijskich i świata, bo każdy człowiek jest inny.

Chce pan podkreślić, że Kowalczyk nie napisała podręcznika do treningu, tylko stworzyła coś, co innych może najwyżej zainspirować?

- Dobrze mieć wytyczony kierunek postępowania, ale nie wolno w stu procentach naśladować tego, co zrobiła Justyna, bo to mogła zrobić tylko ona. Bazując na jej doświadczeniu i na tym, czym się dzieli, trzeba poszukać własnych rozwiązań. Ona konkretnie wskazała kierunek, to dużo.

Na ilu stronach go wskazała?

- Na 140. Materiału jest dużo. Są obliczenia, różne cenne dane. Bazą jest zapis codziennego treningu Justyny i trzech pozostałych zawodniczek. Jest też porównanie treningów sprzed pojawienia się techniki łyżwowej ze współczesnymi. Justyna napisała, jak w latach 80. i 90. XX wieku trenowała nasza kadra i jak teraz pracują zawodniczki na podobnym poziomie sportowym, czyli jej trzy koleżanki. Wyszło, że główna różnica jest w treningu siłowym, bo technika łyżwowa wymaga większego zaangażowania siły niż technika klasyczna.

Gdyby nie wprowadzono stylu łyżwowego, Justyna nie biegałaby teraz, ciągnąc za sobą oponę?

- Może by ciągnęła, ale w trochę mniejszym zakresie. Pamiętam, że już w latach 60. i 70. byli zawodnicy, którzy ciągnęli za sobą co prawda nie oponę, ale ciężarek, kłodę. W Polsce Justyna na pewno jest prekursorem takiego treningu.

Dla pana praca z taką doktorantką była na pewno trochę niewygodna z racji jej niedostępności, ale pewnie też szczególnie cenna z racji dostępu do danych, które widziało niewielu?

- Od lat jesteśmy dosyć blisko z Aleksandrem Wierietielnym, on często mi opowiadał, jak pracują. Znałem ich specyfikę treningu, zapraszałem i Aleksandra, i Justynę, żeby prowadzili zajęcia z naszymi przyszłymi trenerami. Oczywiście w stu procentach wielkości obciążeń nie znałem. Natomiast z Justyną pracowało się całkowicie inaczej niż z pozostałymi doktorantkami i doktorantami. Ona przesyłała mi fragmenty pracy mailem, ja odsyłałem uwagi. Poprawiała, znów przysyłała i tak to krok po kroku szło to do przodu.

To prawda, że podczas obrony Justyna weszła w polemikę z jednym z profesorów-recenzentów i mówiąc kolokwialnie, zgasiła go?

- Ktoś trochę przesadził, relacjonując obronę. Ale rzeczywiście Justyna bardzo dobrze odpowiadała, była świetnie przygotowana. Procedura obrony doktorskiej jest taka, że dwaj recenzenci piszą swoje recenzje i doktorant wcześniej to otrzymuje, by również na piśmie przygotować odpowiedź. Justyna odpowiedziała na te recenzje bardzo dobrze. Świetnie radziła sobie też z pytaniami z sali. A co do tego profesora - może go nie zgasiła, ale na trudne pytania znalazła świetne odpowiedzi. Nikt nie miał zastrzeżeń, pretensji, nikt nie czuł niedosytu.

O co pytano Justynę?

- Pytano, jak potrafiła połączyć uprawianie sportu na tak wysokim poziomie i przygotowanie pracy doktorskiej. Pytano też o aspekty fizjologiczne, wydolnościowe, o to jak ona postrzega współczesny sport. Świetnie o tym wszystkim mówiła. Kto ją zna, ten wie, że jest inteligentną, mądrą osobą, że dobrze włada językiem polskim, więc przyjemnie się jej słucha. Zresztą, obroniła tytuł z wyróżnieniem, a nie wszyscy bronią z wyróżnieniem. Cała komisja, a więc 15 profesorów, uznała, że i praca, i obrona zasługują na wyróżnienie.

W poniedziałek w Ramsau do Kowalczyk dołączą m.in. trener i Sylwia Jaśkowiec. Jest możliwe, że dziewczyna, która kilka miesięcy temu dołączyła do grupy mistrzyni zrobi błyskawiczne postępy i już tej zimy będzie częściej osiągała takie wyniki jak trzecie miejsce z prologu Tour de Ski i czwarte pozycja w sprincie w Szklarskiej Porębie w ubiegłym sezonie?

- Trener Wierietielny to doświadczony i mądry człowiek. On nie aplikuje Sylwii takich treningów, jakie robi Justyna. Jest różnica między ich obciążeniami. Oczywiście są rzeczy, które jota w jotę robią tak samo, ale często jedna biega mniej, a druga więcej. Wierzmy w doświadczenie trenera i pracowitość Sylwii. Na pewno są widoki na jej podium, ale trzeba szczęścia i cierpliwości. Czasem jest tak, że pierwszy rok pracy nie przynosi jeszcze najlepszych wyników, że najpierw buduje się bazę, z której dopiero później w pełni się korzysta.

Rozdajemy bilety na mecze Polska - Niemcy i Polska - Szkocja. Weź udział w prostym konkursie!

Czy Justyna Kowalczyk zdobędzie Kryształową Kulą 2014/15?
Więcej o: