Justyna Kowalczyk: Kości trzeszczą coraz bardziej

Biegi wciąż sprawiają mi wielką frajdę, a do ciężkiej pracy motywują igrzyska w Soczi. Chciałabym osiągnąć w Rosji sukces, by móc zadedykować go trenerowi - mówi Sport.pl Justyna Kowalczyk.

Porannym treningiem na dwukilometrowej trasie nartorolkowej mistrzyni olimpijska z Vancouver skończyła trzytygodniowe zgrupowanie w Zakopanem.

W środę w warszawskim Instytucie Sportu Polkę czekają badania wydolnościowe, później będzie miała wolne. 5 października, razem z trenerem Aleksandrem Wierietielnym i biegaczem Maciejem Kreczmerem, z którym od początku maja trenuje na każdym zgrupowaniu, pojedzie na lodowiec Dachstein. Później ostatni przed Pucharem Świata szlif formy w fińskim Muonio i 23 listopada w szwedzkim Gaellivare początek sezonu. W drodze po Kryształową Kulę najważniejsze starty to próba przedolimpijska w Soczi i Tour de Ski, które Kowalczyk spróbuje wygrać czwarty raz z rzędu. W drugiej połowie lutego we włoskim Val di Fiemme główna impreza sezonu - mistrzostwa świata.

Robert Błoński: Trener Aleksander Wierietielny powiedział, że dla niego metą będą igrzyska w Soczi. Zdradził, że ty zamierzasz zrobić przerwę w 2015 roku i później będziesz biegać dalej. Ale już bez niego.

Justyna Kowalczyk: Skubany (śmiech), miało być odwrotnie. Mówiąc poważnie, żadne definitywne i ostateczne decyzje nie zapadły. Każde z nas ma różne koncepcje na życie po igrzyskach. Na razie one są celem, wszystko inne jest odległe... W tym roku myślałam, że z różnych względów mogę nie dotrwać do Soczi. Teraz wiem, że na pewno się uda.

Pytam, bo trener o planach mówi otwarcie. Od dwóch miesięcy mieszka w nowym domu w Poroninie. Tłumaczy, że jest zmęczony i za dwa lata bardziej widzi się z kosiarką, którą niedawno kupił, niż na narciarskiej trasie.

- Ma prawo być zmęczony. Ja kosiarki nie kupiłam, od koszenia trawy są mężczyźni. Czasem też miewam wszystkiego dosyć. Pierwszy raz tak było po igrzyskach w Vancouver, ale pozostało wiele celów, o które mogę walczyć. Poza tym wciąż bardzo lubię biegać na nartach, cały czas sprawia mi to wielką frajdę. Dziś przy poważnym bieganiu trzymają mnie igrzyska w Soczi. Chciałabym osiągnąć sukces, by móc zadedykować go trenerowi.

Imprezą główną sezonu są MŚ w Val di Fiemme na trasach, które ci odpowiadają. W 2009 roku wyjeżdżałaś z Liberca z dwoma złotymi i jednym brązowym medalem MŚ. Dwa lata później w Oslo nie było ani jednego pierwszego miejsca, a wieczór po przegranym o cztery sekundy złocie na 10 km klasykiem nazwałaś najbardziej smutnym i gorzkim w karierze. We Włoszech chcesz odzyskać utracone złote medale?

- O medalach nie myślę, to jeszcze nie ten czas. Gdybym pod koniec września obudziła się z myślą, że w lutym chcę medali, to bym się tylko rozproszyła. Chcę się budzić z myślą, że idę na rozruch, później mam założyć rolki, zrobić rozgrzewkę i przygotować się na ból nóg. Ale przyjdzie czas na bezpośrednie przygotowanie startowe, pojedziemy na parę dni do Livigno i wtedy będziemy wiedzieli, co jesteśmy w stanie osiągnąć. Oczywiście jak zawsze stawiam sobie najwyższe cele, bo inaczej nie byłabym sportowcem. W Val di Fiemme są dwa starty moim ulubionym klasykiem, a ja nigdy nie byłam mistrzynią świata w tym stylu. Chciałabym, ale za wcześnie prognozować, czy będę w stanie powalczyć.

Myślisz, że to będzie kolejny sezon z Justyną Kowalczyk i Marit Bjoergen w rolach głównych?

- To byłby dobry układ, bo gwarantowałby medale (śmiech). Łatwo nie będzie, bo młode Norweżki Johaug i Weng szybko się uczą. Może Szwedce Charlotte Kalli pomogły wspólne treningi z Bjoergen? Może Finka Aino-Kaisa Saarinen wróci na szczyt w stylu klasycznym? Znaków zapytania jest wiele.

Nie masz czasem dość tego układu? Od kilku lat, poza małymi wyjątkami, jesteście poza zasięgiem innych.

- Fajnie, że ciągle jestem w czołówce. Patrząc na Kallę czy Saarinen, widzę, że mogłam zostać w drugim wagonie. Ja i Marit wciąż jedziemy w pierwszym.

Chyba w lokomotywie biegów?

- Właśnie (śmiech). Klasyk wychodzi mi nieźle, starty etapowe również. Do tej pory gwarantowało mi to medale, które są dla mnie bardzo ważne. Wkrótce hierarchia się jednak zmieni. Dziewczyny są utalentowane i pracują.

Patrzą i pracują od kilku lat, ale niewiele z tego wyniknęło.

- Ja i Marit jesteśmy na bardzo wysokim poziomie. Wiem, co mówię, bo biegam od 15 lat. Wiem, ile trzeba się napracować nawet na to drugie miejsce. Nie mówiąc o pierwszym.

Trener opowiadał, że kilka lat goniłaś Katerinę Neumannovą i Kristinę Šmigun, potem Virpi Kuitunen, a teraz Bjoergen. W poprzednim sezonie udało się dopaść Norweżkę i wygrywać z nią.

- Taka już chyba moja rola, ciągle kogoś gonię. Od igrzysk w Turynie w 2006 roku nazwiska czołowych biegaczek świata się zmieniały, tylko jedno pozostało to samo. W tym czasie byłam na szczycie, byłam też trochę niżej. Jeżeli znów wytrzymam tempo liderek albo sama nią będę, to udowodnię, że stać mnie na bardzo dużo.

Bjoergen dogoniłaś i zaczęłaś z nią wygrywać w poprzednim sezonie. Był przełomowy, dał więcej radości?

- Bardzo dużo radości. Teraz wszystko zaczyna się od początku. W pewnym momencie przeciwności losu zaczęły piętrzyć się lawinowo, ale wydaje mi się, że je przezwyciężyłam.

Jakie przeciwności?

- Czasem w życiu człowieka wszystko nawarstwia się w jednej chwili. Tak było w moim przypadku, a ja nie lubię pracować z obciążoną głową. Problemy mam już za sobą.

Ból kolana również? Po marcowym zabiegu nie ma już śladu?

- Przy takiej ilości pracy i sposobie treningu nie da się zapomnieć o kolanie. Niemal na każdym obozie był ze mną fizjoterapeuta. Każdego dnia pracował przy kolanie półtorej godziny. Po kilkugodzinnym wyczerpującym biegu mięśnie mnie nie "ciągnęły". Niedawny rezonans magnetyczny pokazał, że jest naprawdę super. Będę ciężko pracowała, ale jednocześnie dmuchała na zimne. Kolano musiałam wyczyścić. Kontuzja nie była mechaniczna, wynikała ze zbyt dużych przeciążeń. Poprzedni sezon przygotowawczy był czasem walki z kolanem. Ta wiosna była trudna, miała sporo znaków zapytania, ale wszystko się wyprostowało. Nikt się nie spodziewał, że tak szybko dojdę do siebie. Słuchałam, co mówili lekarze, a że czasem opowiadali bajki to inna sprawa (śmiech). Jadąc na pierwszy obóz do Ramsau, postanowiłam trenować normalnie. Uda się albo nie.

Ryzykowałaś?

- Mięsień w nodze szybko się obudował. Bólem się nie przejmowałam, fizjoterapeuci pomagali. Rozmawialiśmy, jaki ból i które ruchy są niebezpieczne. Dokręcałam śrubkę, na ile było to możliwe.

Widziałem twój poniedziałkowy trening. Bolało od samego patrzenia, jak podbiegałaś na nartorolkach.

- To były zajęcia na średniej intensywności. Filozofia treningów nie zmieniła się od dziesięciu lat. W tym roku na każdym zgrupowaniu ćwiczył ze mną Maciek Kreczmer, dlatego zajęcia były bardziej treściwe. Razem się nakręcamy i jest intensywniej. Dzięki Maćkowi wykonuję wysiłek, do którego samej trudno byłoby mi się zmusić. Latem Amerykanka Randall trenowała z Saarinen, Kalla z Bjoergen. Każdy jednak musi wykonać swoją robotę. Nikt za nikogo nie zrobi nawet pół kroku.

Na swoim blogu napisałaś: "Nadchodzi mój najbardziej nielubiany miesiąc czyli październik. Zaraz zacznie się szopka".

- Już się zaczęła. Robi się sezon ogórkowy w innych sportach i, zwłaszcza w Skandynawii, zaczynają żyć zimą. Ludzie napędzają się bezsensownymi, według mnie, sprawami. Na Dachsteinie trzeba będzie bardzo wcześnie wstawać, ostro pracować i jeszcze ogarnąć tę szopkę. Nie tylko media to nakręcają. Choć te norweskie już rozdzieliły medale MŚ. Fajnie, że znalazły dla mnie miejsce na podium. Kiedyś to mnie denerwowało, teraz śmieszy. Zawsze uważałam, że najpierw trzeba dużo zrobić, a dopiero później gadać.

Szopkę robią też zawodnicy. Na lodowcu biegają setki ludzi, wszyscy chcą się wyprzedzać, a przecież i tak wiadomo, kto jest dobry. Wszyscy wszystkich lustrują i oceniają, a ja tego nie lubię.

Trener Wierietielny uważa, że trenowaliście z Maćkiem bardzo ciężko i na Dachsteinie trzeba trochę odpuścić. Obawia się jednak, że trudno mu będzie ciebie do tego przekonać.

- Pierwsza zasada zawodnika: trener ma zawsze rację (śmiech).

Że trzeba odpuścić czy że ciężko cię przekonać?

- Trener ma zawsze rację (śmiech).

Przygotowania wciąż bolą czy organizm się przyzwyczaił?

- Nie ma wyjścia. W poprzednim sezonie czułam, że nie mam już 22 lat. Organizm potrzebuje więcej czasu na regenerację. Weszłam w najlepszy wiek w sportach wytrzymałościowych, ale w układzie kostno-stawowym coraz więcej miejsc trzeszczy.

To twoje drugie w tym roku zgrupowanie w Zakopanem. Masz dość podróży?

- Gdybym mogła tu normalnie trenować, być może biegałabym na nartach jeszcze przez kilka lat. W Zakopanem brakuje jednak porządnej trasy nartorolkowej. Dwa kilometry, do tego płaskie, to za mało. Widziałeś, jak się trenuje na rolkach między samochodami.

Bywało niebezpiecznie?

- Nie, wszystko tak poukładaliśmy, żeby w Zakopanem najważniejsze były góry. Nie widzę jednak możliwości pracować tutaj w czasie, kiedy najważniejsze są rolki.

Kibice pozdrawiali na szlakach?

- Nieraz się wzruszyłam, nieraz łza się zakręciła. Ludzi byli dla mnie bardzo mili i serdeczni. Niektórzy śmiałkowie próbowali nadążyć za mną i Maćkiem, ale nie dali rady.

Jakie są twoje oczekiwania przed sezonem?

- Mam nadzieję, że będzie jak najlepiej. Nic się nie zmieniło w moim podejściu, robię swoje.

W pierwszym starcie sezonu nigdy nie byłaś na podium. Trener powiedział, że w listopadzie w Gaellivare też zbierzecie baty.

- W końcu możemy mówić szczerze (śmiech).

Więcej o: