Tenis. Radwańska: Nie widzę siebie na korcie w wieku Sereny Williams

Dlaczego Radwańska poleciała do Rio na ostatnią chwilę? - Z tego powodu, że to igrzyska, wszystkie loty były pełne. Próbowałyśmy nawet z zawodniczkami brać prywatne samoloty, ale i z tym był problem - mówi najlepsza polska tenisistka w wywiadzie dla Tenisklubu.pl. Agnieszka Radwańska w nocy z poniedziałku na wtorek gra w IV rundzie US Open z Aną Konjuh.

Igrzyska dały mocno popalić?

- Na pewno. Było dużo problemów ze wszystkim, zaczynając już od samej podróży. Dla mnie to też był czas po sezonie na kortach trawiastych, kiedy nie grałam jeszcze najlepszego tenisa. Chyba chciałam za bardzo, za dobrze i to mnie kosztowało bardzo dużo. Do tego ta cała otoczka igrzysk... na pewno nie były to moje najlepsze dni...

No właśnie, ta podróż. Nie dało się nic zrobić, zmienić?

- Nie dało się. Z tego powodu, że to igrzyska, wszystkie loty były pełne. Próbowałyśmy nawet z zawodniczkami brać prywatne samoloty, ale i z tym był problem. Wszystko wykupione już kilka dni wcześniej, prywatne loty także. W życiu się z czymś takim nie spotkałam. Nie było szans, żeby kupić bilety całkiem od nowa. Automatycznie zostałam przestawiona na taki lot, że nie zdążyłabym na swój pierwszy mecz.

Szansy na przełożenie meczu też nie było? Angelique Kerber również miała problemy z podróżą, ale ona grała dzień później.

- Oczywiście, że złożyliśmy wniosek. Jak było widać, organizatorzy nie za bardzo się do tego odnieśli. Pewnie rolę odegrały plany transmisji i inne podobne sprawy.

Czy samo miejsce też mogło mieć wpływ na wyniki? Juan Martin del Potro czy Monica Puig, którzy wychowali się w Ameryce Południowej, zyskali a inni tracili swoje walory?

- Warunki były ciężkie, ale tu, w Nowym Jorku, są jeszcze cięższe. Można było zobaczyć, jak nie radzą sobie zawodnicy i to tacy, którzy są według mnie jednymi z najlepiej przygotowanych. Milos Raonić choćby. Fizycznie jest przygotowany niesamowicie. Nigdy nie zdarzyło się, żebym weszła na siłownię i go tam nie spotkała. I nawet jemu zdarzyło się przegrać z upałem, z warunkami zewnętrznymi.

Jakie uczucia wywołało Rio? Żal, rozczarowanie, może złość?

- Zawsze jest żal, złość po przegranej. Przede wszystkim złość, nerwy, brak odpoczynku, oddechu po tych wszystkich perypetiach. Mało treningu, właściwie tylko jeden trening, potem rozpoczęcie, zamykanie kortów. Wszystko było przeciwko nam, ale cóż... Czasu się nie cofnie.

Chyba nie sposób porównać tenis na igrzyskach do innych dyscyplin. Cykl przygotowań na pewno wygląda inaczej.

- Z naszej perspektywy ciężko w ogóle mówić o czymś takim jak przygotowania do igrzysk. My mamy chwilę wcześniej dwa turnieje wielkoszlemowe, inni przygotowują się po dwa-trzy miesiące, a my w tym czasie gramy w sześciu turniejach w tym, jak powiedziałam, dwóch Wielkiego Szlema. Igrzyska to kolejna wielka impreza w sezonie, ale przygotowujemy się do nich tak, jak do każdych innych rozgrywek. Oczywiście, są personalne decyzje, ktoś gra mniej lub więcej, opuści jakiś turniej, ale to pojedyncze przypadki.

Temat Tokio 2020 jest otwarty? Podejmie pani jeszcze jedną próbę zaprzyjaźnienia się z igrzyskami?

- Wtedy to już będę miała trójkę z przodu. (śmiech) Szczerze mówiąc, nie wiem, czy jest sens patrzeć tak daleko w przyszłość. Pewnie, chciałabym spróbować sił w kolejnych igrzyskach, ale cztery lata to dużo, żeby cokolwiek wróżyć.

Zawsze można wrócić jak Martina Hingis i sięgnąć po medal.

- Nie mówię, że już chcę kończyć karierę, ale też na pewno nie pójdę w ślady zawodniczek, które grają po dwadzieścia kilka lat w tourze. Jak choćby Serena czy Venus. Ta druga ma teraz 36 lat! Co to, to nie. Ja siebie w takim wieku na korcie nie widzę.

Czyli pragnienie, by pielęgnować domowe ognisko, założyć rodzinę jest u pani z wiekiem coraz silniejsze?

- Na pewno. Tenis to całe moje życie, wszystko zawsze było z nim związane. To zawsze był priorytet. Wciąż jest i dalej będzie przez kolejnych parę lat, ale na pewno nie w wieku 35 lat. Zobaczymy też przede wszystkim, na ile pozwoli zdrowie. Robię wszystko, żeby być w jednym kawałku, ale to nie takie proste. Gram dziesięć lat zawodowo, jeszcze pięć lat niezawodowo, w sumie piętnaście, więc ciężko powiedzieć, co będzie za rok, a co dopiero za cztery.

Co sprawia, że nawet jak nie idzie, nie wykonuje pani gwałtownych ruchów, wciąż pracuje z jednym zespołem. To wiara w ludzi, zaufanie?

- To jest sport, nikt nie jest maszyną. Oczywiście, pojawiają się gorsze momenty, niektórzy mają je krótsze, niektórzy dłuższe. Jedni są w dołku przez kilka tygodni, inni przez kilka miesięcy. W sporcie liczy się konsekwencja. Nawet jak coś idzie nie tak, pracą i konsekwencją wraca się na swój poziom. Prędzej czy później to zadziała. Skoro się jest czy było na jakimś poziomie, to znaczy, że się da. To moja dewiza.

A jeśli chodzi o osoby, które mnie otaczają, są dobre w tym, co robią, i pracujemy zawsze tak samo bez względu na to, co się dzieje wokół.

Potraficie usiąść i szczerze porozmawiać, powiedzieć sobie, że macie inne spojrzenie na pewne sprawy?

- Oczywiście. Wiadomo, na bieżąco dyskutujemy o pewnych rzeczach. To normalne, że ktoś może widzieć coś inaczej. Aczkolwiek jesteśmy już tak zgrani, że rzadko się zdarza, byśmy się nie zgadzali, mieli całkowicie odmienne zdanie.

Już powszechnie wiadomo, że Dawid Celt nie jest tylko sparingpartnerem czy drugim trenerem. To pomaga czy czasem może przeszkadzać, kiedy życie prywatne przeplata się z teamem?

- Szczerze mówiąc, dajemy sobie radę. Staramy się to rozdzielać i żyć normalnie. Wiadomo, są nerwy, dużo emocji, przede wszystkim podczas meczów na styku. Oprócz tego sezon trwa dziesięć miesięcy, ciągłe podróże, mecze, treningi, ale radzimy sobie z tym. Tak naprawdę ważne, żeby cały czas zachowywać wobec tego lekki dystans.

Nie macie już chwilami siebie dość w październiku czy listopadzie, kiedy sezon zmierza do końca?

- Nie, absolutnie nie. Ja zupełnie tego nie odczuwam, mam nadzieję, że Dawid też nie (śmiech). Jeśli ktoś faktycznie do siebie pasuje, to wszystko jedno, jaki jest miesiąc - nie ma się dość tej drugiej osoby. Dogadujemy się bardzo dobrze pod każdym względem.

Jest jeszcze miejsce na radość poza kortem? Gdy wyrwiecie się gdzieś, coś zobaczyć po za kortami? Czy to już spowszedniało?

- Troszkę spowszedniało. Radość jest oczywiście po każdym zwycięstwie. Niezależnie, czy to pierwsza runda czy finał, wygrana zawsze cieszy. Pokazuje, że lata pracy na korcie nie poszły na marne. Tak naprawdę mój kalendarz jest tak podobny, to się wszystko tak bardzo powtarza rok w rok, że w niektórych miejscach byłam po 20 czy 25 razy. Równie dobrze mogłabym pojechać do Katowic. Za którymś razem to już nie robi takiego wrażenia. Chyba że to nowe miejsce, to wtedy faktycznie... Inne miejsce, inne warunki, inne korty, inny kraj, inna kultura - to ciekawe, ale jednak w 90 procentach to są te same miasta.

Bolą komentarze, które wytykają, że nie przykłada się pani do gry w reprezentacji? Od igrzysk w Londynie rozegrała pani więcej meczów w Fed Cup niż siostry Williams razem wzięte, tyle samo co Wiktoria Azarenka, Maria Szarapowa i Caroline Wozniacki w sumie.

- Myślę, że to samo za siebie mówi. Takie opinie wygłaszają osoby, które nie mają pojęcia o sporcie, więc nie ma tu czego nawet komentować. Po drugie, ja dla Polski gram w każdym turnieju. Tak samo tutaj, teraz. Jeśli ktoś mnie kojarzy, wie, że jestem z Polski. To nie tak, że gram tylko dla siebie, równie dobrze to idzie na konto kraju. Owszem, z orzełkiem na piersi występuję w Fed Cup i igrzyskach, ale to nie jest tak, że inaczej gram, inaczej do tego podchodzę. Zawsze chcę wygrać.

Jest szansa, że zagra pani w Fed Cup w przyszłym roku? Prawdopodobnie reprezentację czeka wyjazd do Izraela.

- To wszystko zależy od wielu rzeczy. Jeszcze nie było żadnych rozmów, na razie koncentruję się na tym, żeby zagrać dobrze tutaj, później Azja, gdzie mam sporo punktów do obrony, a następnie oczywiście Singapur (WTA Finals, turniej dla najlepszej ósemki tenisistek danego roku - przyp. red.). Jeszcze sporo turniejów, a walka jest zacięta. Wiele mocnych nazwisk w kolejce do Singapuru. Pewnie niedługo zaczną się rozmowy o Fed Cupie, ale to zależy. Na razie o tym nie myślę.

Wspomniała pani o Azji. Co jest w niej takiego wyjątkowego?

- Tak szczerze to ciężko powiedzieć. To już ostatni wyjazd, jest się zmęczonym sezonem, wiadomo też, że w Chinach trudno się gra. Rzeczywiście jest coś takiego, że faktycznie dobrze mi się tam gra, dobrze się tam czuje, wygrałam wiele turniejów. Ale nie ma na to jednej uniwersalnej recepty. Gdyby była, wygrywałoby się wszędzie i wszystko. Pasują mi warunki i korty, jak widać. Mam nadzieję, że w tym roku będzie podobnie jak w ubiegłym roku. Wtedy na pewno zrobiłam swoje.

Nie ma pani wrażenia, że im trudniej, tym lepiej dla pani?

- Pamiętam takie lata, kiedy właściwie byłam już poza walką o turniej Masters i nagle wygrywając Tokio, Pekin, znajdowałam się na ósmym miejscu i jechałam na WTA Finals. Niby pod presją gra się ciężko i przeważnie, jak to mówimy, wstrzymuje się rękę i człowiek czuje się, jakby miał ją w gipsie, ale wiele razy strasznie nadrabiałam startując w Azji. Byłam pod ścianą, szanse niewielkie, sama myślałam, że nie gram już w Masters, a okazywało się, że zdobywałam tak dużo punktów, by się zakwalifikować. Coś w tym jest.

Więcej o tenisie przeczytasz na Tenisklub.pl

US Open. Tenisiści noszą coraz dziwniejsze koszulki [ZDJĘCIA]

Więcej o: