Tenis. Radwańska zbyt pasywna

Polka przegrała z Dominiką Cibulkovą 6:3, 4:6, 4:6 w finale turnieju w Stanford, choć w drugim i trzecim secie prowadziła. W kluczowych momentach nie umiała jednak rywalki przycisnąć. Na poszukiwanie agresywniejszego stylu przed US Open ma niecały miesiąc.

Finał imprezy w Kalifornii zakończył się wielkim zwycięstwem Dominiki Cibulkovej, filigranowej, mierzącej ledwie 160 cm Słowaczki z Bratysławy, 25. w światowym rankingu.

Po ostatniej piłce trwającego dwie i pół godzinny pojedynku na kort wbiegł jej ojciec Milan i pogratulował trzeciego turniejowego triumfu w karierze. Chwilę później Cibulkova wyściskała się ze swoim trenerem Matejem Liptakiem, który obmyślił dobrą taktykę na pojedynek z Polką.

- Denerwowałam się strasznie, za sukces uznałam już wygranie pierwszego gema - uśmiechała się 24-letnia Słowaczka, która zrewanżowała się Agnieszce Radwańskiej za styczniowy pogrom w Sydney. Wtedy w finale Polka rozbiła rywalkę, fundując jej tzw. rowerek, jak w tenisowym żargonie mówi się na wynik 6:0, 6:0.

- Tamta porażka bolała mnie wiele tygodni. Rewanż się udał, choć nie było łatwo, bo z Agnieszką nigdy wcześniej nie wygrałam [cztery porażki od 2006 r.]. To trudna przeciwniczka, nie oddaje punktów za darmo - stwierdziła Słowaczka, odbierając puchar i czek na 125 tys. dol.

Po pierwszym secie wydawało się, że Radwańska kontroluje mecz. Umiejętnie wybijała rywalkę z rytmu uderzeń, zmuszała do błędów, sama prawie ich nie popełniała.

W drugiej partii 24-letnia Polka prowadziła 2:1 i do 13. w karierze tytułu brakowało niewiele. Jednak Cibulkova, która w 2009 r. była 12. na świecie, nie poddała się, wciąż szukała swoich szans, uderzała agresywnie, parła do przodu i w końcu zaczęła zyskiwać przewagę. Polka czekała na błędy rywalki, ale prezentów dostawała mało. W trzecim secie prowadziła 3:1, a potem 4:2 z własnym serwisem w kieszeni, ale nie umiała zadać decydującego ciosu. Cibulkova maszerowała po zwycięstwo z większą determinacją. W końcu dopięła swego.

- Nie pokazałam najlepszego tenisa. Wszystko było dla mnie problemem. Nie czułam dobrze piłek i kortu, tak zresztą było przez cały turniej. Dominika uderzała celnie i mocno, dziś była lepsza - podsumowała Radwańska.

- Końcówkę zagrała trochę zbyt pasywnie, posyłała za krótkie piłki - mówi "Gazecie" Dawid Celt, sparingpartner Radwańskiej, który współkomentował mecz w TVP Sport. - Cibulkova weszła dzięki temu w rytm uderzeń i przejęła inicjatywę. Trzeba ją pochwalić, bo zagrała wyśmienicie, była konsekwentna, zaangażowana, widać było, że piekielnie zależy jej na rewanżu za ten "rower". To był fajny mecz do oglądania, godny finału, z mnóstwem ciekawych akcji w obronie i ataku - dodaje Celt.

Zbyt pasywna gra, szczególnie w momentach, gdy Radwańska prowadzi i musi zakończyć seta lub mecz, to problem, który już wiosną sygnalizował trener Polki Tomasz Wiktorowski. Po lipcowej porażce w półfinale Wimbledonu z Sabine Lisicki mówił to samo. - To nauka na przyszłość - podkreślał.

- Ale tym razem to bardziej Cibulkova wygrała mecz, niż Agnieszka go przegrała - uważa Joanna Sakowicz-Kostecka, była tenisistka, komentatorka Eurosportu. - Słowaczka bardzo chciała rewanżu za Sydney. To klasowa tenisistka, tamten mecz po prostu jej nie wyszedł. Wyciągnęła wnioski, zagrała agresywnie, czyli tak, jak należy grać z Agnieszką. Nie zrażała się niepowodzeniami, była cierpliwa i konsekwentna. Wygrała zasłużenie. Agnieszka do pewnego momentu broniła się świetnie, ale musiała skapitulować - dodaje Sakowicz-Kostecka.

- Agnieszka pod koniec była zmęczona, co wynikało z tego, że dała sobie narzucić styl rywalki i musiała więcej biegać. Słowaczka stała w korcie, a Agnieszka kilka metrów za linią końcową. W końcówce zabrakło bezpośrednio wygranych piłek, zmiany rytmu uderzeń i mniej czytelnych serwisów. Agnieszka w pierwszym secie serwowała bardzo dobrze, ale potem wkradła się monotonia, posyłała piłki niemal wyłącznie do forhendu Słowaczki i ona dobrze je czytała - podkreślił Celt.

Jak rozumieć wytłumaczenie Radwańskiej, że nie leżały jej piłki i kort? - Czasem tak jest, że tenisistka przyjeżdża na turniej i po pierwszym treningu już wie, że będzie jej się ciężko grało. Korty twarde wbrew pozorom bardzo się od siebie różnią, np. chropowatością nawierzchni, która ma wpływ na kozioł piłki i jej przyśpieszenie. To mit, że wszystkie korty są takie same. Czasami te w Kalifornii i Nowym Jorku to dwie inne bajki. Drobiazgi naprawdę potrafią przeszkadzać - mówi Sakowicz-Kostecka. - Agnieszka była konsekwentna. Nie zaczęła narzekać na nawierzchnię i piłki dopiero po przegranym finale, mówiła to od początku turnieju. Tak czasem bywa, szczególnie gdy zmienia się kontynent, strefę czasową, rodzaj nawierzchni, piłki, którymi się gra. To pierwszy turniej Agnieszki w USA po Wimbledonie. Zakładając, że nic jej tam nie pasowało, finał to i tak dobry wynik - podkreśla Celt.

W tym tygodniu Radwańska zagra w Carlsbadzie (pula nagród 795 tys. dol.), a przed US Open planuje jeszcze występy w Toronto i Cincinnati (po 2 mln dol.). Dopiero w dwóch ostatnich zagra cała światowa czołówka. Czy to nie za dużo? - Nie jestem w sztabie Agnieszki, nie miałam nigdy takich osiągnięć jak ona i nie chcę się wymądrzać, ale jak zobaczyłam ten plan startów, to trochę się przeraziłam. Cztery imprezy przed US Open to bardzo dużo - uważa Sakowicz-Kostecka. - Inne dziewczyny z czołówki decydują się na dwie, góra trzy. Ale spokojnie, myślę, że sztab Agnieszki będzie reagował elastycznie. Jeśli poczuje zmęczenie, któryś z występów odpuści - dodaje była tenisistka.

- Wiadomo, że kluczowy start to US Open. Jestem pewien, że Agnieszka i Tomasz Wiktorowski będą reagowali, jeśli pojawi się zagrożenie kontuzją lub zmęczeniem - zgadza się Celt.

Więcej o: