Maja Włoszczowska: Im bardziej pod górkę, tym cenniejszy sukces

Tak wielkiego zamieszania wokół nas nie było jeszcze nigdy. Lecimy do Izraela w poniedziałek, ale nie jestem nawet w stanie powiedzieć, w jakim składzie. Czy cała ekipa, czy może nie... - mówi Maja Włoszczowska, wicemistrzyni olimpijska w kolarstwie górskim.

Przemysław Iwańczyk: W piątek bronisz mistrzostwa Europy, ale zamiast w spokoju się do nich przygotowywać, walczysz z piętrzącymi się kłopotami, zwłaszcza finansowymi.

Maja Włoszczowska: Tak wielkiego zamieszania wokół nas nie było jeszcze nigdy. Lecimy do Izraela w poniedziałek, ale nie jestem nawet w stanie powiedzieć, w jakim składzie. Czy cała ekipa, czy może nie...

Daleko do komfortu psychicznego, ale odcinam się od tego. Liczy się tylko sport. Najwyżej polecę za swoje. Co prawda ubiegłorocznego stypendium olimpijskiego cały czas nie mam, ale niedawno wyrównano mi tegoroczne i na szczęście żadnych problemów z płatnościami nigdy nie ma w moim klubie CCC Polkowice. Tak więc dam sobie radę. Najważniejsza jest obrona tytułu.

Jak na ironię największe problemy spadają na ciebie po zdobyciu medalu olimpijskiego w 2008 roku.

- Nie chce mi się już o tym gadać. Wychodzę z założenia, że im bardziej pod górkę, tym cenniejszy później sukces. Pomówmy o mistrzostwach Europy, a nie o problemach.

Ale nie sposób od nich uciec, bo oprócz kłopotów finansowych całego kolarstwa zmagasz się ze zdrowotnymi.

- Miałam aż trzytygodniową przerwę w treningach i startach w samym środku sezonu. Dla każdego sportowca to katastrofa. Leżąc w łóżku, wiedziałam, że na mistrzostwach Europy będzie niezwykle ciężko. O jesienne mistrzostwa świata aż tak bardzo się nie martwię, bo zostało do nich dużo czasu. I tak doszłam do siebie w miarę prędko. Nie zamartwiam się szczególnie, są sportowcy, których los dotyka dotkliwiej. Co ma powiedzieć np. Karol Bielecki [na boisku stracił oko].

Wychodzę z założenia, że jeśli jest kłopot, trzeba poszukać rozwiązania, a później konsekwentnie je realizować. Dlatego bez względu na wynik w Izraelu nie mam sobie nic do zarzucenia. Zrobiłam wszystko, by być tam w optymalnej formie.

Wczesną wiosną trenowałaś na trasie w Hajfie, to duża przewaga nad rywalkami?

- Znam wszystkie szczegóły. Dzięki temu możemy lecieć na mistrzostwa w poniedziałek, a nie wcześniej. Start zaplanowano na piątek, jedziemy prosto z wysokogórskiego zgrupowania we włoskim Livigno. Idealnie się składa, to będzie nasz atut.

Nie boisz się upału na trasie?

- Przecież mieliśmy już nie mówić o kłopotach... Każdy ma jakiś problem, dla mnie na pewno nie będzie nim aura, bo dla wszystkich słońce grzać będzie tak samo. Może poza Hiszpanką Margaritą Fullaną, której bliżej do takiego klimatu. Zresztą wyścig zaplanowano na dziewiątą rano, chyba nie będzie aż tak tragicznie.

Podobno na zgrupowaniu w Livigno nie ćwiczyłaś, ale harowałaś.

- Bez przesady, nie wiem, co tam opowiada mój trener (śmiech). Były trudne zajęcia, choćby te ostatnie: trzy godziny treningu siłowego po górach z przewyższeniem około 2 tys. metrów. Taka moja praca, nie narzekam. Pewnie ktoś, kto spędza przed komputerem 12 godzin dziennie, czuje się bardziej zmęczony niż ja.

Czyli u kolarzy nie jest jak w zakonie? Sylwester Szmyd opowiadał mi, że przed Tour de France pił codziennie piwo, nawet spałaszował kiełbasę z grilla.

- W te kiełbasy na talerzu Sylwka akurat nie uwierzę Byliśmy z Liquigasem na zgrupowaniu na Teneryfie i przez cały pobyt ani razu nie napili się lampki wina. Trudno o większego profesjonalistę niż Sylwek. Może chciał błysnąć przed dziennikarzem. Prawda jest taka, że każdy, kto chce walczyć o wielkie wyniki, musi uważać na wszystko, co kładzie na talerzu. Jeśli raz na tydzień napije się lampki wina czy piwa, oczywiście nic strasznego się nie stanie, one też mają pozytywne właściwości. Ale to raz na tydzień i małe ilości. Dieta jest równie ważna co trening.

Ile ważysz?

- Nie powiem. Zresztą niech będzie - 54 kg. Mam 13,5 proc. tłuszczu, niby dobrze, ale chciałabym jeszcze lepiej, czyli mniej. Niestety, przerwa w treningach zrobiła swoje

Gdybyś stanęła z boku i oceniła szansę faworytek...

- To nie wiem, na kogo postawiłabym, bo dawno nie było zawodów Pucharu Świata, w których wystartowałyby wszystkie kandydatki do medalu. Na podium stanie pewnie mistrzyni świata, Rosjanka Irina Kalentiewa, i Sabine Spitz, a więc ubiegłoroczne medalistki mistrzostw Europy, które były w trójce także na igrzyskach. Kto dalej - nie wiem, ale powtórzę: zrobiłam wszystko, by zdobyć medal.

A Aleksandra Dawidowicz, mistrzyni Europy do lat 23? To jej pierwszy poważny wyścig w dorosłym kolarstwie. Macie wspólną taktykę, Ola pyta o rady?

- Na razie pyta mnie, która będzie na mecie. Jest w dobrej formie. W elicie już się ścigała i zawsze sobie radziła, choćby na igrzyskach w Pekinie, gdzie była dziesiąta. Jak się od niej wiele oczekuje, bywa różnie, ale może zaskoczyć wszystkich, także w Izraelu.

Ponoć po każdym udanym wyścigu szukacie lodów w nagrodę.

- To prawda. W Izraelu już nie musimy szukać - świetna lodziarnia znajduje się trzy kroki od naszego hotelu. Wpierw jednak musimy zadbać o to, by było za co się nagradzać.

Zdobyć medal i... fakturę - czyli Polacy jadą na ME w kolarstwie górskim ?

Więcej o: