Ratunek dla Radwańskich

Sportową przyszłość Radwańskich widzę ciemno, jeśli nic się nie zmieni. Agnieszka z ojcem nadają na zupełnie innych falach. Ani ona nie słucha jego, ani on jej - komentuje dziennikarz Gazety Wyborczej i Sport.pl, Jakub Ciastoń.

"Zamknij się!", a potem "spie... laj stąd!" - krzyczała najlepsza polska tenisistka Agnieszka Radwańska do ojca i trenera, Roberta. Trwał mecz II rundy Rolanda Garrosa, zbliżała się nieuchronna klęska. Słuchał tłum zdumionych kibiców, dziennikarze, prezes Polskiego Związku Tenisowego. Agnieszka wybuchła, bo nie wytrzymała psychicznie złośliwych docinków ojca wypowiadanych niby pod nosem, ale jednak na tyle głośno, że do niej docierały.

Radwańscy fatalnie zachowali się nie po raz pierwszy. Naoglądałem się wiele mniej lub bardziej przykrych obrazków tego typu, nasłuchałem się przekleństw. Scenariusz jest zawsze ten sam. Agnieszka ma do ojca żal, że nie umie zachować się na trybunach jak trener, brak mu chłodnej głowy, wywiera presję, oczekuje szybkich zwycięstw, a przecież dziś w tenisie nie ma lekko. Racja, choć to nie powód, by mówić do trenera "spie...laj".

Radwański jest zły, że córka nie słucha. Na korcie robi wszystko po swojemu, nie realizuje taktyki, uważa, że wszystko wie lepiej, a potem przegrywa wygrane mecze. Trenera frustruje też, że Agnieszka - dziś ósma na świecie - marnuje talent pozwalający mierzyć w czołową trójkę. Dlatego tak przeżywa porażki ze średniakami, a Agnieszka od czterech turniejów odpada już w drugiej rundzie. To rzeczywiście marnowanie potencjału. Czy jednak zarazem powód do wygłaszanych publicznie złośliwości?

Martwi, że oboje nie umieją przegrywać, choć to jeszcze można wytłumaczyć piekielną ambicją. To krakusy z krwi i kości, nie odpuszczą. Nawet wolę ich złość prawdziwą, krwistą, niż nowomowę kolekcjonerów klęsk w stylu: "to jest sport, porażki się zdarzają". Nie wiem tylko, czy Radwańscy zdają sobie sprawę, że kreują fatalny wizerunek, który na dłuższą metę im bardzo szkodzi. Zraża sponsorów, kibiców, media.

Sportową przyszłość Radwańskich widzę ciemno, jeśli nic się nie zmieni. Agnieszka z ojcem nadają na zupełnie innych falach. Ani ona nie słucha jego, ani on jej. Co gorsza, nawet po takich awanturach do konstruktywnej dyskusji nie dochodzi. Za trzy dni po prostu się do siebie uśmiechną, będzie po staremu. Cicha zgoda po krakowsku. Widziałem ją już kilka razy.

Im dłużej trwa milczenie w sprawach fundamentalnych, tym późniejsze wybuchy mogą być bardziej niebezpieczne. Grożą erupcją totalną - może przed kamerami, na oczach świata. Jak przedwczoraj w Paryżu.

Wszyscy podszeptują, że niezbędny jest trener z zewnątrz, konsultant, ale jak znam Radwańskich, to się nie sprawdzi. Agnieszka ma trudny, zadziorny charakter, ojciec też niełatwy, doradcę mogliby stłamsić, ograniczyć jego rolę do noszenia rakiet albo dyskutować z nim najwyżej o pogodzie. Chyba że byłby naprawdę wielkim autorytetem, ale za taki trzeba zapłacić słono, a to Radwańskim ciężko byłoby przełknąć. Nie wierzę w zbawcę na białym koniu. Nie u Radwańskich.

A jeśli nie, to oby Agnieszka i Robert zaczęli ze sobą rozmawiać. Nie jak córka z ojcem, ale jak zawodniczka z trenerem. I o forhendach, skrótach i bekhendach, i o pomyśle na przyszłość, strategii. O emocjach też - o tym, jak je kontrolować. Oby ustalili, co ich boli, czego oczekują od siebie nawzajem, wyznaczyli ramy współpracy. Na razie wywołują wrażenie, że nigdy dotąd tego nie zrobili.

Tata nie wytrzymuje ciśnienia - mówi Agnieszka Radwańska ?