Co kombinuje Franciszek Smuda?

- Poczekajmy do grudnia. Wtedy wszystko ze mną będzie jasne - powtarza ostatnio trener Lecha Poznań Franciszek Smuda. Wygląda na to, że faktycznie chce wykonać jakiś zaskakujący ruch.

Franciszek Smuda dokonał w Lechu Poznań rzeczy niebywałej: zdołał się utrzymać na trenerskiej posadzie i prowadzić "Kolejorza" przez ponad dwa lata, bez wsparcia ze strony jego kibiców. Tak, wiem, od razu odezwą się tacy, którzy powiedzą: ależ ja wspieram Smudę! Nic do niego nie mam, przeciwnie - uważam, że to dobry trener!

Takie głosy się zdarzają. Ale na co dzień odzywają się jednak głównie jego krytycy.

Katalog zarzutów wysuwanych pod adresem trenera Smudy jest długi, ale mam wrażenie, wszystkie one tkwią korzeniami w jego początkach w Poznaniu. Smuda zastąpił bowiem uwielbianego trenera Czesława Michniewicza, jako kapitan statku pod banderą holdingu Amica, do którego wielu fanów Lecha podchodziło sceptycznie.

A jednak Smuda przetrwał. Nie przypominam sobie, aby udało się to jakiemukolwiek trenerowi poznańskiego Lecha z tak dużym negatywnym "elektoratem", który tylko czeka na jego potknięcie, by wytoczyć działa z kulami i wykrzyczeć mu "won". Ostatni nieakceptowany tutaj szkoleniowiec Libor Pala - jak pamiętam - opuszczał Bułgarską na przemian czerwony i zielony, zdenerwowany niewybrednymi epitetami, jakimi go żegnano.

A Smuda przetrwał, i to w klubie, w którym albo lubią cię kibice, albo cię nie ma. Gdy rok temu usłyszał hasło "Smuda, Smuda, gdzie te cuda?", po kolejnym wygranym meczu powiedział: To, że my mamy teraz te 29 pkt, przy takich problemach, to są cuda i tak proszę napisać.

Gdy w tym roku usłyszał hasło "Miał być mistrz Polski, a będzie mistrz Wielkopolski", po następnym zwycięstwie skomentował: Już jesteśmy mistrzem Wielkopolski. Ale po tym meczu pokazaliśmy, że ciągle mamy szansę na mistrza Polski.

Przez cały ten czas Smuda zaskakująco spokojnie znosił te wszystkie złośliwości, uszczypliwości, krytykę i hasła z trybun. Pomógł mu parasol ochronny, rozpięty nad nim przez szefów Lecha i jego właściciela Jacka Rutkowskiego, dla którego było oczywiste, iż Smuda potrzebuje czasu na zbudowanie zespołu. Pomogła mu ogólna tendencja w polskiej piłce, która nie traktuje już zwolnienia trenera jako leku na całe zło. Nie tylko w Lechu ten prymitywny zabieg nie jest już traktowany jako lek, lecz raczej placebo. Pomogły mu wreszcie ambicje Jacka Rutkowskiego, które nie pozwalają mu ulegać jakiejkolwiek presji populizmu i działać, bo tak chcą kibice czy dziennikarze.

To wszystko przemawiało za trenerem Smudą. Przemawia za nim zresztą do dziś. Podobnie, jak i wyniki - Lech w dalszym ciągu ma szansę na zdobycie mistrzostwa kraju. Trzecie miejsce w tabeli z trzema punktami straty do lidera, Wisły Kraków też przemawiają za trenerem Smudą. Przecież rok temu o tej porze Lech tracił do Wisły 12 punktów! No i nie grał w fazie grupowej Pucharu UEFA. Nie było go już także w Pucharze Polski.

Teraz wszystko idzie znakomicie, wszelkie burze i huragany przetrwane, a smagany nimi Smuda tak jak sobie w Lechu radził, tak nadal umiejętnie sobie radzi. Dlaczego zatem od pewnego czasu regularnie powtarza, że "w grudniu zobaczymy", "w grudniu się rozstrzygnie", "w grudniu może Smudy już nie będzie"? A gazety, po raz setny wałkują temat zamiany szkoleniowców na linii Lech - Wisła Kraków.

Nie tak dawno, w rozmowie z "Gazetą" trener Smuda wspomniał o prostym ultimatum postawionym mu przez prezesa Rutkowskiego - mistrzostwo kraju albo "do widzenia". Nie wiem, co kombinuje trener Smuda na grudzień, ale być może to ultimatum dokonało tego, co nie udało się wszystkim dotychczasowym krytykom Smudy razem wziętych. Sprawiło, że Smuda po prostu się obraził.

A skoro tak, to może należałoby to wyartykułować? W przeciwnym razie jeszcze ktoś gotów pomyśleć, że trener Smuda nie chce brać udziału w ostatecznym wyścigu po tytuł. W końcu Lech wychodzi właśnie zza zakrętu na ostatnią prostą w wyścigu o mistrzostwo. Odejście trenera w takim momencie byłoby doprawdy absurdem.