BNP Paribas Masters. Janowicz: Boję się, że to jakiś sen i obudzę się w innym świecie

Po zwycięstwie z Andym Murrayem Jerzy Janowicz zapewnił sobie awans nie tylko do ćwierćfinału, ale i do ?50? światowego rankingu tenisistów. Mierzący 203 cm łodzianin nabrał pewności siebie i teraz marzy o kolejnych rundach BNP Paribas Masters w hali Barcy. - Tie break dał mi takiego kopa, że w trzecim secie zagrałem swój najlepszy tenis w życiu. A potem to już było czyste szaleństwo. Życzę każdemu tenisiście, żeby mógł coś takiego poczuć na własnej skórze - powiedział po meczu Janowicz. Relacja na żywo z ćwierćfinałowego meczu Janowicz - Tipsarević ok. godziny 16 na Sport.pl.

Mariusz Rabenda: Jakie słowa usłyszałeś od Murraya po ostatniej piłce. Zdawkowe congratulation czy coś więcej?

Jerzy Janowicz: - Nie odezwał się ani słowem. Nawet gratulacji nie było. Widać było po nim, że był po prostu wściekły na cały świat.

Pamiętasz Andy'ego, tego sprzed trzech lat, kiedy po raz pierwszy graliście przeciwko sobie. Teraz to ten sam tenisista, czy jeszcze lepszy?

- Jeśli wówczas Andy był czwartym tenisistą świata i teraz też jest czwarty, to oznacza, że jak niewielu potrafi non stop grać niezmiennie najlepszy tenis na świecie. Ja wówczas, kiedy pierwszy raz z nim grałem byłem bardzo, bardzo młodym zawodnikiem. Miałem ledwie 18 lat. Bardziej pamiętam swoje myśli, jakie wtedy miałem. Cieszyłem się jak nie wiem, że mogę zagrać z takim zawodnikiem. Sama szansa gry z Murrayem była dala mnie ogromnym przeżyciem. Nawet nie myślałem wtedy o zwycięstwie.

A teraz? Dziś rano czy tuż przed meczem o czym myślałeś?

- To już nie było to samo. Chciałem zagrać najlepiej jak potrafię i myślałem o swoich szansach. Z jednej strony, jak się wychodzi na kort przeciwko komuś takiemu to samoczynnie pojawia się odgórna myśl porażki niejako z urzędu. Z drugiej jednak pojawiała się całkiem serio taka myśl: "Chcę wygrać, chcę wygrać ".

A nie została ona wyparta w momencie, gdy Murray serwował na piłkę meczową?

- Szczerze mówiąc, to gry podszedł do mnie kolega po meczu i spytał o tę piłkę meczową, to spytałem: "O co ci chodzi, jaka piłka meczowa". Byłem tak skołowany tym, co się działo, że w ogóle nie zakodowałem tego momentu. Wiem, że w drugim secie Murray był w pewnym momencie bliski wygrania meczu, ale ja koncentrowałem się na tym, żeby nadal grać swój tenis. Potem jak do mnie dochodziły informacje, ze obroniłem meczową, gdy oswajałem się z myślą, że wygrałem ten mecz, to pomyślałem sobie: "Cuda się zdarzają".

To nie był cud. Zagrałeś po prostu doskonały mecz, na najwyższym światowym poziomie.

- A wcale dobrze nie czułem się dziś w hali Barcy. Po raz pierwszy przyszło mi grać na korcie centralnym, gdzie nie ma ścian, dach jest bardzo wysoko, dźwięk się zupełnie inaczej rozchodzi niż tam, gdzie grałem poprzednie mecze. To były zupełnie inne warunki. Dlatego w pierwszych gemach trochę nie funkcjonował jak należy mój drugi serwis. Nie grałem na returnie też tak, jakbym chciał. Na szczęście niezmiennie funkcjonował mój pierwszy serwis i na nim mogłem budować swoje akcje. Z czasem jednak przyzwyczajałem się do tych nowych warunków kortowych i pozostałe elementy gry też zaczynały funkcjonować jak należy.

Aż doprowadziłeś swą grę do takiego stanu, że po wygranym tiebreaku w drugim secie publiczność wstała z miejsc bijąc ci brawa. Jakie to uczucie dla tenisisty?

- Jeśli chodzi o ten moment po drugim secie, to nie za bardzo wiem, bo byłem w takim transie, że koncentrowałem się tylko na korcie. Ten tie break dał mi takiego kopa, że w trzecim secie zagrałem swój najlepszy tenis w życiu. A potem to już było czyste szaleństwo. Życzę każdemu tenisiście, żeby mógł coś takiego poczuć na własnej skórze. Nie mam słów jak opisać uczucie, które mi towarzyszyły po zwycięstwie.

Roger Federer wycofał się z BNP Paribas Masters, Novak Djoković już odpadł, ty wyeliminowałeś Murraya. Już tak mocnych przeciwników w Paryżu nie trafisz.

- Mam świadomość, ze tu przecież nie ma słabych rywali. Sama światowa czołówka. Na razie jeszcze chłonę i cieszę się z tego co się stało. Tak sobie myślę, co jeszcze może mnie spotkać, wygrana z Rogerem, Rafaelem? Przecież to ten sam poziom co Murray. I taka myśl się pojawia, że może to jakiś piękny sen i obudzę się za chwilę w całkiem innym świecie. Bańka pęknie.

Owszem, po tym turnieju obudzisz się w innym świecie tenisowym. Dwa dni temu, gdy rozmawialiśmy obiecałeś, że wygrasz z Murrayem żeby mieć pewność dostania się do głównej drabinki styczniowego turnieju w Sydney poprzedzającego Australian Open. Słowa dotrzymałeś.

- No, jasne Sydney mam załatwione [śmiech].

Załatwione masz dużo więcej. Ten awans do ćwierćfinału daje ci przepustkę do wszystkich najważniejszych turniejów świata przynajmniej do połowy przyszłego roku.

- To jest ten inny tenisowy świat? Podtrzymuję jednak też, to co mówiłem przed meczem z Murrayem - nie analizuję teraz rankingów, nie liczę punktów, policzę wszystko po powrocie z Paryża.

Przed tobą mecz z Janko Tipsareviczem. To także wysoka półka.

- Jak powiedziałem, tu nie ma słabych graczy. Ale myślę sobie, że teraz wszystko przede mną. Wygrałem z Murrayem, to już z każdym innym też tu mogę wygrać. Nie będzie łatwo, bo najpierw muszę pozbierać siebie samego do kupy. Po tak ciężkim meczu organizm to odczuł. Bark znów boli, ale trzeba iść za ciosem - przede mną szansa na półfinał, a może nawet nie, lepiej nie zapeszać.

Rozumiem, że już dziś telefonicznie zdążyłeś sobie wspólnie z mamą popłakać.

- Jasne. Najpierw sam ryczałem jak bóbr, co teraz wszyscy mogą sobie pooglądać na YouTube, bo zrobiłem to publicznie na korcie. A potem z mamą kolejny raz płakaliśmy ze szczęścia.

Więcej o: