Bundesliga. Lewandowski strzelił... czy nie strzelił?

Borussia Dortmund - znów dzięki akcjom reprezentantów Polski - o krok od pobicia rekordu Bundesligi. Może być najlepszym zespołem jesieni w historii Niemiec. To efekt zażartej rywalizacji w drużynie
Zobacz sporną bramkę Borussii na ZCzuba.tv! »

Znakomicie wpisała się w nią druga bramka zdobyta przez Borussię w sobotnim meczu z Werderem Brema. Robert Lewandowski stał na drodze strzału Shinji Kagawy, piłka wpadła do siatki po uderzeniu w jego głowę i nieznacznej zmianie swego lotu. Sekundę później cieszyli się i Japończyk, i Polak. Obaj wykonywali gesty wskazujące na to, że są zdobywcami bramki. Bardziej ekspresyjny był Lewandowski, który charakterystycznie klepał się w głowę - jakby pokazując wszystkim, że jako ostatni odbił piłkę.

W Niemczech sytuacja nie wzbudziła wielkich kontrowersji - raczej niepewność, komu zaliczyć gola. Oficjalny serwis internetowy Bundesligi poinformował, że musi dojść do specjalnych konsultacji. Wcześniej strona magazynu "Kicker" zaliczyła bramkę Polakowi - nie wiedząc jeszcze, że w raporcie z meczu wpisano Kagawę. Ten tuż po spotkaniu mówił dziennikarzom "Ruhrnachrichten", że nie ma wątpliwości. - To był mój gol - przekonywał.

- Nie dziwię się - mówi "Gazecie" i Sport.pl dortmundzki dziennikarz zajmujący się Borussią. - W klubie oczywiście wszystko układa się wspaniale i atmosfera też jest w porządku, ale konkurencja o miejsce w składzie jest niesamowita. Gdyby Lewandowskiemu zaliczono oficjalnie tę bramkę, miałby więcej argumentów, aby domagać się miejsca w podstawowej jedenastce. Albo za Barriosa, albo za Kagawę. Z drugiej strony proszę zwrócić uwagę na ich zachowanie po tym golu. Obaj komentowali epizod ze śmiechem. Zobaczyłem to dopiero na powtórce w telewizji. Nie wyglądało źle.

Trener Jürgen Klopp pytany, komu przypisałby drugą bramkę, żartował: - Myślę, że Robert z premedytacją chował głowę, inaczej byłby spalony.

Napastnik reprezentacji Polski i tak ma powody do zadowolenia - przez pół godziny gry był aktywny i widoczny na boisku w przeciwieństwie do słabszego po kontuzji Barriosa. "Westdeutsche Allgemeine Zeitung" chwalił Polaka, wspominając, że po jego wejściu akcje gospodarzy nabrały rozmachu. A każde udane zagranie Lewandowskiego jest na wagę złota - szczególnie teraz po kilku wywiadach, w których Barrios wspomniał o tym, że najchętniej reprezentowałby Dortmund przez lata i nie ma zamiaru opuszczać zespołu. Takie deklaracje oznaczają, że rola Polaka w drużynie na razie się nie zmieni.

Dobrze zagrał też Jakub Błaszczykowski. Jego sytuacja w Borussi jest specyficzna - nie ma pewnego miejsca w składzie, choć widać, że sztab szkoleniowy szuka w zespole minut i dla niego, i dla rewelacyjnego Mario Goetze. W sobotę reprezentant Polski grał chwilami znakomicie. Był aktywny, szybki, zdecydowany i agresywny. Po jego strzale w drugiej połowie Kagawa dostał szansę na zdobycie kontrowersyjnej bramki. Błaszczykowski zaliczył asystę - już czwartą w rundzie.

Wcześniej zasłużył się Łukasz Piszczek. Po faulu na nim Borussia otrzymała rzut wolny, który Nuri Sahin zamienił na pierwszą bramkę dla gospodarzy.

Po zwycięstwie z Werderem Borussia potrzebuje tylko zwycięstwa nad Eintrachtem Frankfurt, aby pobić historyczny rekord zdobytych punktów w rundzie jesiennej. Pięć lat temu Bayern Monachium miał ich 44. Jeśli Borussia wygra, będzie miała ich 46.

Klopp od tygodniu przekonuje jednak, że ani rekord, ani perspektywa mistrzostwa jesieni nie mają dla niego znaczenia. Na temat rekordowej premii do podziału na zespół za triumf w Bundeslidze - według "Kickera" siedmiocyfrowa liczona w euro - nie chce powiedzieć słowa.