Tour de Ski. Bieg marzeń Justyny Kowalczyk!

Polka nie zostawiła rywalkom najmniejszych złudzeń! W Val di Fiemme wygrała bieg na 10 km techniką klasyczną i jest o krok od drugiego z rzędu zwycięstwa w Tour de Ski
Sobotni triumf Polki był spektakularny i został odniesiony w stylu największej mistrzyni. - To był bieg marzeń. Nie pamiętam, żeby na 10 km klasykiem triumfatorka miała prawie minutę przewagi nad trzecią zawodniczką, ale na pewno takie biegi były. W wykonaniu Justysi oczywiście. W tym sezonie będzie biegała jeszcze lepiej - komentował bardzo zadowolony trener Aleksander Wierietielny. Kiedy po biegu po raz pierwszy zobaczył swoją zawodniczkę, podbiegł do niej i mając łzy szczęścia i wzruszenia w oczach serdecznie gratulował. - Justysia wreszcie przełamała trzyletnie niepowodzenia w Val di Fiemme. A to miała tutaj upadek, a to źle dobrane czy źle posmarowane narty. Dziś za to wszystko się rozliczyła, choć przed startem była markotna i marudna. Bała się tego biegu.

Bieg miał też drugą bohaterkę - Theresę Johaug z Norwegii. Tuż po starcie jedna z najpiękniejszych biegaczek narciarskich jak mały pocisk ruszyła do przodu. Niziutka, jasnowłosa Norweżka przebierała kijkami jak fryga, mocno się uwijała i już po dwóch kilometrach - razem z Kowalczyk rzecz jasna - zostawiły rywalki daaaaleko z tyłu. Bardzo daleko, ich przewaga rosła z każdą minutą. W połowie dystansu - ponad 20 sekund; półtora kilometra dalej - prawie 40; 1700 m przed metą - prawie minutę.

Współpraca polsko-norweska układała się idealnie, ale skończyła kilkaset metrów przed metą, kiedy Justyna wrzuciła piąty bieg i odjechała Johaug. Na metę Polka wpadła mając ponad sześć sekund przewagi nad 22-letnią Norweżką, która za kreską padła bez życia. Oparta o kijki i uśmiechnięta od ucha do ucha Kowalczyk pogratulowała jej. Kiedy Polka i Norweżka pruły do mety, aż żal było patrzeć, jak słabnie Słowenka Petra Majdić i Szwedka Charlotte Kalla. - Liczyliśmy, że Justysi ktoś pomoże rozerwać grupę - mówił trener Wierietielny. - Myśleliśmy że może Majdić, może Szwedka Haag. Ale Johaug? Jest niestabilna, biega nierówno. Dziś bardzo Justysi pomogła, choć biega zupełnie innym rytmem niż Justysia. W naszym światku mówimy o Teresie " maszyna do szycia", tak szybkie ruchy wykonuje.

Trener dodał jeszcze z kamienną twarzą, że " Justysia cały czas myślała o tym, że spuchła". Nawiązał do słów jednego z norweskich trenerów biegów narciarskich, który po niedawnym biegu Polki na 15 km "łyżwą" w Toblach powiedział, że "Kowalczyk wygrywa, ale wyraźnie słabnie, sztywnieją jej mięśnie i już spuchła w Tour de Ski". - On mówił to po biegu techniką dowolną. Zobaczymy, co będzie w niedzielę na górze Alpe Cermis. Sobotni start dał jej mocno w kość, oby tylko rano nie obudziła się z gorączką - dodał trener Wierietielny.

Napisać, że Kowalczyk jest o krok od wygrania Tour de Ski, nic nie napisać. Jest o dziewięć kilometrów od triumfu w najbardziej prestiżowej imprezie biegowej po igrzyskach i mistrzostwach świata. O dziewięć kilometrów z których prawie cztery to mordercza i wyczerpująca wspinaczka na Alpe Cermis. Po tym jednak, co pokazała w sobotę - nie tylko w sobotę, ale podczas całego TdS - nikt nie ma złudzeń, że tylko kataklizm mógłby odebrać Polce drugie z rzędu zwycięstwo, 400 punktów Pucharu Świata i 150 tys. franków szwajcarskich plus wywalczone wcześniej bonusy.

Wygrała czwarty etap tegorocznego Touru - tego wcześniej nie dokonał nikt. W 2008 roku Szwedka Charlotte Kalla zwyciężyła trzy etapy z ośmiu. W klasyfikacji generalnej spadła na piąte miejsce, traci do Kowalczyk prawie cztery minuty. To w niej należy upatrywać najgroźniejszej rywalki Justyny w walce o końcowe zwycięstwo. - Najważniejsze, żeby Justysia spokojnie zaczęła bieg i spokojnie wspinała pod górę - powiedział Wierietielny.

Polka wystartuje o 12.30. Dwie minuty i osiem sekund później na trasę ruszy Włoszka Marianna Longa, a potem kolejne biegaczki. Wszystko powinno być jasne najpóźniej kwadrans po 13.

Tak relacjonowaliśmy bieg na żywo »