Tour de Ski. Kowalczyk: Balon oczekiwań jest napompowany do granic

- Jak nie wygram Tour de Ski, to w kraju zostanie to odebrane jako klęska. Balon oczekiwań jest napompowany do granic - skarży się Justyna Kowalczyk. Relacja na żywo z przedostatniego etapu morderczego cyklu od 15:30 na Sport.pl.
Relacja z meczu na 10 kilometrów

SPORT.PL na FACEBOOK-u - wejdź na nasz profil, zostań fanem. Komentuj, dyskutuj, radź »

Robert Błoński: Ma pani szansę być pierwszą zawodniczką, która wygra Tour de Ski prowadząc od pierwszego do ostatniego etapu.

Justyna Kowalczyk: Mam szansę, ale przede mną dwa biegi, które mogą wywrócić do góry nogami klasyfikację generalną. Cieszę się z tego, co osiągnęłam do tej pory. Od początku prowadzę w Tour de Ski, wygrałam trzy etapy, prowadzę w klasyfikacji sprinterek, awansowałam na pierwsze miejsce w klasyfikacji generalnej PŚ. To bardzo dużo, a jedno co mogę obiecać na weekend, to walkę.

Który z dotychczasowych dni był najtrudniejszy?

- Bieg łączony w Oberstdorfie czyli czwarty dzień wyczerpujących psychicznie, bo startuję pod dużą presją, zawodów. Fizycznie też nie czułam się wówczas dobrze. Nie mogłam być w swojej najlepszej dyspozycji, bardzo się męczyłam. Dlatego ucieszyła mnie piąta lokata, którą zajęłam.

A czwartkowy bieg pościgowy na 15 km " łyżwą"? Wyglądało tak, jakby przez 12,5 km pani go kontrolowała, a potem spokojnie dojechała do mety.

- Nie było luzu, goniące mnie rywalki bardzo ciężko pracowały, szczególnie na ostatniej pętli i nadrobiły sporo sekund. Nie ma co się dziwić, za mną biegły Szwedka Kalla, Włoszki Follis i Longa oraz Słowenka Majdić czyli - oprócz mnie i Marit Bjoergen - cztery najlepsze zawodniczki Pucharu Świata. Współpracowały mocno, ja się starałam, żeby przewaga była jak największa. Walczyły o podium i szybko odrabiały sekundy, ale fajnie, że potrafiłam dojechać pierwsza.

Wygrała pani też bieg pościgowy na 10 km klasykiem. W którym było trudniej samotnie dojechać do mety?

- W tym pierwszym w Oberhofie, bo ruszałam na trasę mając tylko sześć sekund przewagi. We czwartek nad najgroźniejszymi rywalkami miałam ponad minutę. To sporo, prawie 300 metrów. Cały czas miałam informację od serwismenów o tym, jaka jest przewaga.

W sobotę też czeka panią bieg na 10 km klasykiem. Trzy ostatnie starty tutaj kończyły się w drugiej bądź trzeciej dziesiątce.

- W piątek kilka razy zjeżdżałam tam, gdzie rok temu się przewróciłam i nie wiem, co się wtedy stało. Jak mogłam się wywrócić? Prędkość jest duża, ale właściwie nie ma jak leżeć. Doszliśmy do wniosku, że musiałam wjechać nartą w świeży śnieg, który się przykleił do narty i straciłam równowagę. Dziesiątka w Val di Fiemme jest dla mnie rzeczywiście nieprzyjemna. W sobotę też będzie, choć mam nadzieję, że skończy się lepiej niż poprzednie. Ważna będzie pogoda, prognozy nie są złe. Ma być plus cztery stopnie, ale...to tylko prognozy. Każda z zawodniczek ma już po sześć startów w nogach, jesteśmy zmęczone fizycznie i psychicznie.

Ta trasa jest trudniejsza niż inne? Łatwiejsza?

- Fajna, ciężka, nie ma zjazdów. Gdybym przyjechała tu po raz pierwszy i ją zobaczyła, uśmiechnęłabym się i pomyślała: " fajnie, jest gdzie biegać i walczyć pod górę". Po treningu miałam dobry humor.

Bieg zostanie rozegrany ze startu wspólnego. Dla pani to dobre czy lepszy byłby start interwałowy?

- Zdecydowanie ten drugi. 10 km nie powinno być rozgrywane " mass startem", bo to za krótki dystans. Będzie to samo, co Oberstdorfie czyli Justyna poleci z przodu jak zając, a peleton będzie się za nią ciągnął. Taki scenariusz nie jest łatwy dla lidera. Pod górę nie ma różnicy, ale kiedy się zjeżdża - już jest. Piąty czy szósty zawodnik w stawce może odpocząć. Lider zaczyna pracować najwcześniej. Dziesiątka klasykiem to jeden z moich dystansów, ale wolę start interwałowy.

Siedzi w głowie i przeszkadza pani świadomość niedzielnej mordęgi?

- Nie przeszkadza, tylko mobilizuje. Przynajmniej na razie. Z przyjemnością wyobraziłabym sobie Tour de Ski bez Alpe Cermis, ale z tego co wiem, w następnych latach nie zanosi się na zmiany. W ostatnich dwóch latach miałam niezłe czasy podbiegu, więc źle nie jest. Taka wspinaczka faworyzuje zawodniczki drobne, niskie i szczupłe czyli Norweżkę Joahug albo Ukrainkę Szewczenko. Reszta, w tym ja, męczy się bardziej. Może od przyszłego sezonu będę selekcjonowała starty jak Marit Bjoergen? Kiedyś trzeba odpocząć.

Norweżka, która ogląda Tour w telewizji, powiedziała: " trochę żałuję, że mnie tam nie ma, za rok na pewno pobiegnę".

- Też bym tak mówiła, gdybym siedziała przed telewizorem w domu. Ale ja jestem w Val di Fiemme, a przede mną Alpe Cermis.

Obudzi się pani w niedzielę i...

- ...i pomyślę, że rok bardzo szybko minął. Ważne będzie, co się zdarzy w sobotę. Jak już będę u góry, satysfakcja znowu będzie ogromna. Muszę się przygotować jak do każdego innego startu, nic nie może mnie sparaliżować. Istotna będzie taktyka, nie wolno za szybko zacząć podbiegu, bo to się źle skończy. Tempo musi być odpowiednie.

Ma pani jakiś punkt orientacyjny?

- W każdym momencie doskonale wiem, w którym miejscu jestem. Oprócz tego, że miałam " przyjemność" wbiec na tę górę już cztery razy, to zawsze dzień przed biegiem trenuję ostatni kilometr. Wbiegam na finisz kilka razy i zjeżdżam sobie w dół na biegówkach.

To znaczy, że jutro po biegu na 10 km, który zaczyna się o 15.30 jeszcze pojedzie pani trenować ostatni kilometr na Alpe Cermis?

- Taki mam plan, dlatego proszę dziennikarzy, żeby w sobotę szybko puścili mnie po biegu. Naprawdę chciałabym potrenować.

Kto będzie najmocniejszą rywalką?

- Sprawa rozegra się między czołową piątką czyli mną, Włoszkami Longą i Follis, Szwedką Kallą i Słowenką Majdić. Dla mnie liczyć się będzie to, żeby być na jak najlepszym miejscu na samej górze. Moja budowa ciała nie pomaga mi w hasaniu po Alpe Cermis jak kozicy, ale mi się zdarzyło. Trzeba być naprawdę świetnym, żeby tam wbiec. To wyczyn ponad nasze siły, warto być dumnym z każdego miejsca. Wspinaczka ma bardzo dużą oglądalność, ale z biegiem na nartach nie ma nic wspólnego.

Trener nazywa to czołganiem się na nartach.

- Ma bardzo duże poczucie estetyki, dlatego mu się tak nie podoba. A ja? Zazwyczaj patrzę na niuanse techniczne, nie mam wysokiego poczucia estetyki. Wiem tylko, że trzeba wbiec na szczyt. Dziś nie wiem, czy za rok znowu przyjadę. Zobaczymy, jak się skończy tegoroczne Tour de Ski, jak zareaguje mój organizm. Zwykle po nim biegałam lepiej, zobaczymy jak będę zmęczona teraz. Kiedyś trzeba odpocząć, może czas najwyższy?

Pani samopoczucie jest lepsze niż w tamtym roku?

- Ja uważam, że jestem tym wszystkim bardziej zmęczona i przytłoczona. Z kolei trener mówi, że rok temu bardziej marudziłam, więc wszystko jest chyba porównywalne.

A presja?

- W tamtym roku byłam jedną z kandydatek do zwycięstwa. A w tym? Jak nie wygram, to chyba będę musiała od razu, tam na górze, się powiesić. Albo odwrócić i zjechać z tej góry na krechę, żeby się zabić (śmiech). Balon oczekiwań jest napompowany do granic możliwości. Nikt nie patrzy na rywalki. A dziewczyny są świetne, też dobrze przygotowane, też ciężko pracowały i trenowały. Mają swoją ambicję, są waleczne i potrafią biegać na nartach. Czemu mam z nimi zawsze wygrywać, a one zawsze mają przegrywać?

Jakie znaczenie będzie mieć przewaga z którą liderka ruszy na trasę? W tej chwili wyprzedza pani konkurentki o 30-50 sekund.

- Można wolniej zacząć, spokojniej dobiec do Alpe Cermis. Jeśli ktoś dogoni lidera, to będzie oznaczało, że biegł szybciej i mógł zakwasić mięśnie. Jeśli ktoś jest w formie, to i tak cię minie jak wyścigówka furgonetkę. Jeśli ktoś nie będzie miał tego dnia swojej dyspozycji, to nie pomogą nawet dwie minuty przewagi. Jesteśmy osobami na tym samym, wysokim, poziomie wytrenowania sportowego i przy równym układzie sił decydująca może okazać się każda sekunda. Im większa przewaga, tym lepiej. Najważniejsza będzie jednak przewaga na szczycie.

Zje pani więcej batoników energetycznych niż przed innym biegiem?

- Zjem bardzo mało, bo z nerwów żołądek będzie ściśnięty do granic. Na pewno będę piła sporo napojów izotonicznych, wysokoenergetycznych. Latem, w czasie przygotowań, bywają większe wysiłki niż to Alpe Cermis.

Chciałaby pani, żeby już była godzina 13.30 w niedzielę?

- A o której jest bieg?

O 12.30.

- To chciałabym. Bardzo.

Przeklęta trasa Justyny Kowalczyk »