Dziś Justyna na trasie przeklętej, w niedzielę diabelski szczyt

W sobotę i niedzielę dwa ostatnie etapy Tour de Ski. Prowadząca od pierwszego biegu Justyna Kowalczyk jest bliska drugiej z rzędu wygranej, ale prosi, by nie rozdawać nagród przed metą. Relacje na żywo z obu startów w Sport.pl - w sobotę od godz. 15.30, w niedzielę od 12.30.
Relacja z biegu na 10 kilometrów

Boli już na samą myśl, ale zanim w oczy zajrzy jej strach przed niedzielnym diabelskim podbiegiem na Alpe Cermis, w sobotę Polka musi odczarować złą passę w biegu na 10 km klasykiem. To jej dystans i ulubiona technika - w każdym innym miejscu raczej deklasuje rywalki. W Val di Fiemme - na trasie ani specjalnie wymagającej, ani szczególnie łatwej - chyba ktoś obłożył Polkę klątwą. Trzy razy z rzędu nie była nawet w dziesiątce! Rok temu prowadziła zdecydowanie, ale kilometr przed metą na prostym odcinku przewróciła się i na metę dowlokła 23. Dwa lata temu miała źle dopasowane narty, które na podbiegach ślizgały się tak, że upadała na kolana - zajęła miejsce w drugiej dziesiątce. Trzy lata temu popełniono błąd ze smarowaniem - była w trzeciej dziesiątce.

- Te trzy starty to były wypadki przy pracy. W piątek Justysia odprawiła egzorcyzmy - mówi trener Aleksander Wierietielny. - Ale łatwo nie jest. Dziś pierwszy raz w życiu widziałem ją tak spłakaną. A wszystko przez to, że bardzo mądrzy eksperci z Polski zadali jej pytanie, czy już "spuchła" na Tour de Ski. A przecież dziewczyna wygrała trzy z sześciu etapów i może wygrać tę imprezę drugi raz rzędu, prowadząc od pierwszego do ostatniego startu. Powiedziała mi, że przed kamerą jakoś wytrzymała, ale w pokoju pobeczała się na całego. Dziękujemy za dodatkową mobilizację. Ludzie z całego świata nam gratulują, nasi tzw. eksperci zieją jadem. Ale egzorcyzmy za nami. Mam nadzieję, że przyniosą skutek.

W niedzielę żadne zaklinanie już nie pomoże. Trzeba wdrapać się na górę, i już.

Pół godziny po południu ruszą ze stadionu przy Lago di Tesero - liderka pobiegnie pierwsza z przewagą, jaką będzie miała po sobotnim starcie. Po niespełna 6 km płaskiej trasy rozpocznie się decydująca rozgrywka Tour de Ski: wspinaczka na Alpe Cermis.

Podbieg zaczyna się na wysokości 860 m n.p.m., a kończy na 1290 m n.p.m. Wynoszącą 430 m różnicę wzniesień trzeba pokonać na odcinku 3650 m. Najmniejszy kąt nachylenia wynosi 4 proc., największy - 28 proc. Na wprost trudno tam w butach. Na nartach to niemożliwe, dlatego trasa ustawiona jest w serpentynę. Kto pierwszy pojawi się na Alpe Cermis, wygra Tour de Ski. Dostanie 400 pkt PŚ i 150 tys. franków szwajcarskich. Plus bonusy za wcześniejsze starty.

Wysiłek będzie nadludzki. Przez wiele minut będą człapać krok za krokiem raz prosto pod górę, raz trawersem, czyli zakosami - tam, gdzie kąt nachylenia jest największy. Ale pod górę jest cały czas. - Z naszym sportem to nie ma nic wspólnego. To jest czołganie na nartach, a nie bieg - mówi Wierietielny. - Co roku powtarzamy, że więcej na Tour de Ski nie przyjedziemy i w niedzielę też tak powiemy. Ale, co zrobimy w grudniu, tego nie wiem. Tej imprezy Justysia ma dość od czwartego wyścigu. W połowie miała kryzys, skarżyła się na zmęczenie i ból mięśni. Odpoczęła i znowu jest gotowa do walki, ale na szczycie może być pierwsza albo i piąta.

- Stok ma homologację FIS i czasem odbywają się na nim slalomy alpejskiego PŚ. Tylko raz w roku kilkadziesiąt wariatek "dmucha" pod górę, na którą nikt by nie podjechał na rowerze - uśmiechała się Justyna Kowalczyk, która w trakcie przerwy świątecznej trenowała wspinaczkę na nartach. Trzy razy wbiegła na Śnieżnicę, górę obok jej w domu w Kasinie Wielkiej. - Wyciąg, obok którego mieszkam ma 1400 m długości i średnie nachylenie 21 stopni. Było gdzie się zmęczyć, miało gdzie zaboleć na tej Alpe Śnieżnica - dwa dni przed udręką Justynie dopisywał humor. Jej najgroźniejszą rywalką będzie Charlotte Kalla - Szwedka wygrała Tour de Ski w 2008 roku, na razie ma do Polki 37 s straty.

Trochę żałuję, że nie startuję - Martit Bjoergen  »