Justyna Kowalczyk - cień Polki mignął na mecie

Justyna Kowalczyk wciąż liderką i faworytką Tour de Ski. Awansowała na pierwsze miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. W środowym sprincie była 22. W czwartek nie dała się doścignąć na 15 km techniką dowolną
Jak zajadłe charty zwierzynę łowną ścigały polską biegaczkę świetnie czujące się w biegach "łyżwą" Włoszki Arianna Follis i Marianna Longa oraz Szwedka Charlotte Kalla. Kowalczyk nie pozwoliła, by na trasie zobaczyły choćby jej znikający cień. Mignął im dopiero na mecie, kiedy było po wszystkim. Polka znalazła się po raz czwarty na podium tegorocznego TdS.

Jako liderka TdS Kowalczyk ruszyła na trasę, mając nad najgroźniejszymi rywalkami niewiele ponad minutę przewagi. Między uciekinierką a grupą pościgową biegła Słowenka Petra Majdić. Ją grupa pościgowa wchłonęła na początku drugiej, pięciokilometrowej pętli na trasie w Toblach. Długo biegły w czwórkę, współpracowały zgodnie jak w kolarskim peletonie, zmieniały się na prowadzeniu. Narzuciły sobie ostre tempo, ale za nic nie mogły zmniejszyć przewagi do biegnącej samotnie Justyny. Kowalczyk cały czas kontrolowała sytuację. Na końcu pierwszej pętli miała prawie minutę przewagi, na końcu drugiej - 50 s. Po kolejnych dwóch kilometrach prawie 40. Było jasne, że jej nie dogonią. Spokojnie dojechała do mety, pozwalając rywalkom zmniejszyć przewagę do 20 s. Po raz drugi w Tour de Ski biegła samotnie od startu do mety - drugim etapem było 10 km klasykiem, które Polka zdecydowanie wygrała.

- Na nikogo nie będę czekać ani się oglądać. Pobiegnę swoim tempem i zobaczymy, co się wydarzy - mówiła o taktyce na bieg pościgowy, do którego przystępowała po nieudanym pod każdym względem środowym występie w sprincie techniką dowolną. Zajęła w nim dopiero 22. miejsce. - Mam nadzieję, że to był mój najgorszy występ w całym sezonie - wzdychała po odpadnięciu w ćwierćfinale. Mierzyła się w nim m.in. z wracającą do wielkiej formy byłą królową sprintu Słowenką Majdić oraz świetną w biegach techniką łyżwową Szwedką Anną Haag. - Były dla mnie za szybkie. Wybrałam złą taktykę, powinnam ruszyć do przodu na całego od razu po starcie - oceniła Polka. Szybko jednak dała się zepchnąć na czwarte-piąte miejsce. Próbowała atakować na podbiegach, ale za każdym razem drogę zajeżdżała jej Finka Riikka Sarasoja. - Biegła zygzakiem, to się w sprintach zdarza - mówiła Kowalczyk. - Gdybym była złośliwa, powiedziałabym, że jednych za takie coś dyskwalifikują, innych nie [w tym sezonie Polkę dwa razy dyskwalifikowano w sprintach]. Po biegu nie byłam zmęczona, ale nic więcej nie dało się zrobić. Pretensje mam tylko do siebie. Trzeci rok z rzędu w Tour de Ski nie udał mi się sprint łyżwą. Liczyłam przynajmniej na półfinał. Szczęście w nieszczęściu, że odpadłam nie tylko ja, ale i Szwedka Kalla, która w klasyfikacji generalnej Touru była druga.

Była, bo na trzecie miejsce Szwedkę zepchnęła w środę Słowenka Majdić. Zła jak osa Kalla z zaciśniętymi ustami minęła wszystkich dziennikarzy. Biegła w ćwierćfinale już po występie Justyny i doskonale wiedziała, że Polka odpadła. Nie wykorzystała szansy, by zmniejszyć do niej przewagę, zajęła trzecie miejsce i swój występ skończyła na ćwierćfinale. - Pewnie ucieszyła się z tego, że Justyna odpadła, więc Pan Bóg ją ukarał. Nigdy nie wolno śmiać się z nieszczęścia innych - żartował przeziębiony trener Aleksander Wierietielny. - Kiedy w hotelach nie ma gości, nie włączają ogrzewania i kaloryfery są zimne. Taki wychłodzony pokój dostałem w Oberstdorfie. Przespałem się w nim i rano obudziłem chory.

W czwartek trener czuł się już trochę lepiej, także dlatego, że jego zawodniczka bez problemów utrzymała prowadzenie w Tour de Ski i pewnie zmierza do drugiej z kolei wiktorii w tej prestiżowej imprezie. Dogonić ją mają jeszcze szansę Follis (27,7 s za Polką), Longa (33,4 s), Kalla (39,5 s) oraz Majdić (51,5 s). Strata kolejnych biegaczek wynosi prawie dwie minuty albo i więcej.

W czwartek Kowalczyk, zdobywczyni Kryształowej Kuli za PŚ w dwóch ostatnich sezonach, po raz pierwszy w sezonie awansowała na pierwsze miejsce w klasyfikacji generalnej PŚ. Jej celem jest trzeci triumf raz z kolei. Na razie o 21 punktów wyprzedza prowadzącą od początku sezonu Norweżkę Marit Bjoergen. - Dogonienie Marit zajęło mi tylko tydzień - uśmiechała się Kowalczyk, która po czwartkowym biegu narzekała na ból piszczeli. - Zawsze bolą po biegu łyżwą - dodała uśmiechnięta. Do końca tygodnia jej przewaga w PŚ powinna wyłącznie rosnąć. I to znacznie.

W sobotę bieg na 10 km klasykiem w Val di Fiemme. - To mój ulubiony styl i dystans - mawia Kowalczyk, ale na tej trasie wisi nad nią fatum. Nigdy nie stanęła nawet na podium, zdarzały się jej upadki albo źle posmarowane narty. W niedzielę podbieg na Alpe Cermis i jeśli Kowalczyk będzie pierwsza na szczycie, dostanie aż 400 punktów PŚ. Bjoergen, która nie startuje w TdS, wraca na trasy za niespełna dwa tygodnie. Z Justyną, która w następny weekend nie wystartuje w Libercu, spotkają się 22 stycznia w estońskiej Otepeaeae. To ulubiona trasa Polki, która tam wygrała swój pierwszy bieg w PŚ.

Pozostałe etapy TdS

Sobota . 10 km techniką klasyczną ze startu wspólnego (godzina 15.30). Niedziela . 9-kilometrowy podbieg na Alpe Cermis techniką dowolną (12.30).