Vancouver 2010. Złota Justyna

To mój Mount Everest, przestańcie płakać. Płacze się jak jest źle - mówiła dziennikarzom najszczęśliwsza kobieta świata, Justyna Kowalczyk. Mistrzyni olimpijska na 30 km techniką klasyczną. O kilkanaście centymetrów wygrała z królową igrzysk, Norweżką Marit Bjoergen
To były niesamowity wyścig, wielkie emocje i finisz jak w sprincie. Igrzyska skończyły się pojedynkiem dwóch największych gwiazd w konkurencji biegów narciarskich i największych rywalek - Bjoergen i Kowalczyk.

Do 22 kilometra tempo było spacerowe. Takie, że w czołowej, dwunastoosobowej grupie długo utrzymywała się Kornelia Marek, dla której 11. lokata to życiowy sukces. Wtedy zaatakowała Bjoergen, chwilę wcześniej zmieniła narty i wydawało się, że pod nową parą zamontowano jej silnik. Po prostu odjechała rywalkom, jakby te stały. Osiągnęła kilkanaście, potem już kilkadziesiąt metrów przewagi.

W pogoń ruszyła jedna. W biało-czerwonym stroju i pięknie zaplecionym warkoczek podskakującym przy każdym odepchnięciu kijka. Justyna Kowalczyk nie odpuściła Norweżce, która wcześniej trzymała się Polki jak cień. Biegła za nią narta w nartę, na piątej-szóstej pozycji, ale zawsze za Kowalczyk. Kiedy Polka zmieniała tor, Norweżka również. Osiem kilometrów przed metą królowa tych igrzysk, trzykrotna złota medalistka, odjechała grupie.

Kowalczyk goniła, ale bardzo rozsądnie. Kiedy Bjoergen jej uciekła, nie rzuciła się w szaloną pogoń. Miała też szczęście, że na trasie spotkała swojego trenera Aleksandra Wierietielnego, który ja uspokoił. - Jedź spokojnie, krok za krokiem odrobisz straty i powoli ją dogonisz. A potem wyprzedzisz - krzyczał Wierietielny.

Justyna go posłuchała. - Gdybym od razu wyrwała do przodu, po chwili zakwasiłoby mi mięśnie - powiedziała później Polka.

I dokładnie tak było - to była samotna ucieczka i samotna pogoń. Szybko się zorientowaliśmy, że obie wielkie rywalki są w kosmicznej formie. Błyskawicznie odjechały reszcie. Na trzech kilometrach osiągnęły 40 sekund przewagi nad resztą. Na ostatnią, pięciokilometrową pętlę wjechały we dwie i było jasne, że między sobą stoczą bój o złoto.

Polka jechała spokojnie, miała znakomicie posmarowane narty, które zmieniała na 10 i 20 kilometrze. Długo pilnowała się Bjoergen. Raz czy dwa spróbowała odjechać Norweżce, na niewielkim podjeździe, ale z ostatecznym atakiem zaczekała do momentu, gdy do mety brakowało kilometra.

Tam wyprzedziła Norweżkę. Chodziło o to, by jako pierwsza zjechała i pokonała ostry zakręt na którym Bjoergen wyprzedziła ją w sprincie. - Zjazdy miałam dziś kosmicznie dobre - śmiała się później Polka. Finisz był kapitalny!

Na stadion wpadły we dwie, Bjoergen tuż za Polką. 400 m przed metą ostatnim wysiłkiem Norweżka przypuściła atak. Była szybka jak błyskawica, ale Polka zachowała mnóstwo zimnej krwi. Nie pozwoliła się wyprzedzić, jechała po wewnętrznym torze, na ostatnią prostą wpadła o stopę przed Marit. Ścigały się jak szalone, a nam nogi uginały się od emocji. Staliśmy trzy metry od finiszu i 10 metrów przed metą wiedzieliśmy że mamy złoto, że Bjoergen nie da rady, że Polka jest kapitalna, że wydrze to zwycięstwo na które zasłużyła.

A łzy same napłynęły do oczu i kapały po czerwonych z emocji policzkach.

Nie będę miło wspominać tych igrzysk - mówi Justyna Kowalczyk >