Aleksander Wierietielny, trener Justyny Kowalczyk. Białorusko-fiński twardziel

- Łobuzem byłem, sporo bójek i jeszcze więcej dwójek. Aż uciekłem z domu - mówi człowiek, który doprowadził Justynę Kowalczyk do wszystkiego, co osiągnęła - trener Aleksander Wierietielny.


Justyna Kowalczyk złotą medalistką igrzysk »

O Justynie Kowalczyk mówi czule "Justysia". Cały czas boi się, czy się nie przeziębi, bo nie ma szalika...

- Mówiłem Justysi, żeby założyła czapkę - narzekał na mistrzostwach świata w Sapporo, kiedy straciła szansę na medal z powodu przeziębienia. Umie o nią walczyć i nie obawia się zadrzeć ze wszystkimi mocnymi - w interesie Justysi.

Zrobił dziką awanturę na łamach prasy, kiedy okazało się, że samochód kupiony dla ekipy Kowalczyk ma słabe ogrzewanie, stroje nie były wystarczająco ciepłe, itd.

- Niech prezes nie mówi, że Justysia ma najlepsze warunki do treningu na świecie! - grzmiał wściekły Wierietielny, gdy okazało się, że kurtka mistrzyni świata sztywnieje na mrozie, zamiast grzać.

Wierietielny po prostu jest człowiekiem, którego życie nauczyło twardości. Do tego stopnia, że nie wzrusza go śmiertelny wysiłek jego Justysi. Jeśli zemdlała na trasie, to była to oznaka słabości. Jeśli nie wytrzymała pod górę, to też była słabość. Kto inny by powiedział ze współczuciem, usprawiedliwiająco: "dałaby z siebie więcej, gdyby tylko mogła", a Wierietielny powiedziałby raczej "mogłaby więcej, ale nie dała rady". Dla niego ekstremalny wysiłek fizyczny nie jest niczym nadzwyczajnym, to chleb powszedni, coś na co patrzy chłodnym okiem od dziesiątków lat, z bardzo bliska, bez względu na okoliczności, bo "jak pada i wieje, to trzeba zmoknąć i zmarznąć jak zawodnicy".

Twardość wzięła się z dzieciństwa i młodości. Przerzucany z kąta w kąt imperium radzieckiego, podobnie jak jego białoruscy rodzice urodzeni w Hrubieszowie. Wierietielny mieszkał najpierw w części Finlandii odebranej przez ZSRR w wyniku wojny w 1939 roku, potem w Kazachstanie, potem służył w Armii Czerwonej w czołgu Iosif Stalin 3.

Surowe uczucie, z jakim Wierietielny traktuje swoją Justysię przyszło, gdy już trener zakończył znajomość z biatlonem. Bo najpierw był biatlon - początkowo jego bardzo amatorska, surowa wersja. 10-letni Alosza wychodził z domu o 4. rano z dubeltówką i krążył po mokradłach wokół kazachskiego Gałkina. Polował na kaczki i gęsi. Potem na uniwersytecie w Ałma Acie (stolica Kazachskiej SRR) napisał pracę doktorską pt: "Przygotowanie biatlonistów do wyższej kwalifikacji w górach średniej wysokości".

Kiedy w 1983 roku Wieriertielny na stałe przeniósł się do Polski z polską żoną, zaczął trenować naszych biatlonistów. W 1987 roku przejął kadrę, której członkowie po raz pierwszy w historii pojechali w 1992 roku do Albertville na igrzyska. W 1995 roku Tomasz Sikora zdobył złoty medal mistrzostw świata - jako pierwszy w historii Polak. Dwa lata później Polacy zdobyli brązowy medal w sztafecie!

Ale po olimpiadzie w Nagano stracił pracę: sztafeta kobiet nie dojechała na medal, choć takie były oczekiwania. Była piąta. Anna Stera była bliska brązu, ale zabrakło jednego celnego strzału. Zawiedli biatloniści. Wtedy kadra miała do dyspozycji dwóch serwismanów i woreczek ze smarami, a na trasie warunki były takie, że co 100 metrów był inny śnieg.

Wierietielny uważa, że prawdziwą przyczyną zwolnienia był jego trudny charakter - krytykowanie prezesa Krzysztofa Lewickiego. Ale po odejściu Wierietielnego Sikora przez kolejne dziewięć lat po zwycięstwie w mistrzostwach świata w Anterselvie nie odnosił sukcesów na mistrzostwach świata czy olimpijskich.

- Po tamtych MŚ Tomek wymienił lufę w karabinie. Nie była dobra, ale przyzwyczajał się do niej kilka lat. Błędem było też podpisanie przez związek umowy z Polskim Radiem. Tomek dostawał 15 tys., ja 5 tys. zł. Ale Sikora był załamany presją, jaka się wówczas pojawiła: ciągłe telefony i pytania o wynik - mówił w jednym z wywiadów w "Gazecie Wyborczej". - Ogarnęło go zwątpienie, nie miał chęci do pracy. Oglądał w telewizji Samprasa, który jednym machnięciem rakiety zarabiał pół miliona, a jemu nic nie wychodziło.

Trener się bronił przed zwolnieniem, ale nie stanęli za nim bracia Ziemianinowie, tylko utalentowany na miarę Sikory Wojciech Kozub, który w końcu rzucił narty i wyjechał za granicę. Trener dyplomatycznie nie wspomina roli Sikory - czy go wsparł w sporze z prezesem, czy nie. Wierietielny był przez półtora roku bez pracy.

Wrócił do nart, ale nie do biatlonu, ale do biegów (trenował biegi w Kazachstanie), które w Polsce były w takim samym rozkładzie w styczniu 2000 roku, co biatlon w 1987.

I ni stąd ni zowąd wszystko zaczęło się w polskich biegach zmieniać, za sprawą Justysi, która zdobyła wicemistrzostwo świata juniorek w 2003 roku.

Był jednak krytyczny moment, który mógł zaważyć na całej karierze Justyny Kowalczyk. A właściwie całkowicie ją zaprzepaścić.

W 2005 w Oberstdorfie Kowalczyk zajęła czwarte miejsce na mistrzostwach świata, ale została zdyskwalifikowana za użycie z powodu bólu ścięgna achillesa niedozwolonego w dniu zawodów leku deksametazonu.

- Wzięła go bez mojej wiedzy. Potem, i to najgorsze, nie zgłosiła tego, idąc na kontrolę. To lekkomyślność. Wie pan, była zakręcona. To dzień jej urodzin, ostatni dzień młodzieżowych MŚ... - mówił Wierietielny.

Z automatu Justyna dostała dwa lata dyskwalifikacji. Gdyby wyrok pozostał w mocy, nie zdobyłaby medalu olimpijskiego w 2006, bo po prostu nie pojechałaby do Turynu. Oczywiście Justyna płakała rzewnymi łzami, pomstując na swoja lekkomyślność, aby nie powiedzieć głupotę (właściwie, to ona sama używała takich słów, opisując całe zdarzenie)...

Odwołanie do Trybunału Olimpijskiego w Lozannie przyniosło efekt. Z dwóch lat skrócono dyskwalifikację do sześciu miesięcy.

W 2006 roku w Turynie Justyna Kowalczyk zdobyła pierwszy olimpijski medal w biegach narciarskich dla Polski.

Wtedy "Gazeta Wyborcza" napisała w swoim olimpijskim alfabecie:

"W jak Wierietielny. Niesamowity facet, twardy Białorusin o gołębim sercu i fińskiej surowości. Za Justyną wskoczyłby w ogień. Sam wszystko przygotowuje, dba, opiekuje, dobiera, walczy. - Traktuje Justynę jak córkę - mówi o nim doktor Śmigielski. To dzięki Wierietielnemu Kowalczyk ma medal."

Choć sam trener czasem powie (ale z humorem): - Bywa, że mam ochotę rzucić wszystko w diabły. Bo to ciężka baba. Najgorzej, jak wtrąca się w nie swoje sprawy.

Ale tak naprawdę ma dla niej morze szacunku.

Na mistrzostwach świata w Libercu, gdzie Justyna Kowalczyk zdobyła dwa tytuły mistrzyni świata, trener powiedział: - Kiedy w 1995 roku zdobyliśmy z Tomkiem Sikorą złoty medal MŚ w biatlonie, kwadrans po biegu wiedziałem, że to początek końca. Z Justysią takich obaw nie mam. To początek dobrego początku.

Specjalny serwis Sport.pl: Justyna Kowalczyk »