Sport.pl

Vancouver 2010. Wierietielny: Justyna jest w kapitalnej formie

- Danej sobie obietnicy nie złamiemy. Nie wyjedziemy z Kanady z pustymi rękami. Presja dalej będzie, ale denerwują nas pytania, co by było gdybyśmy robili tak jak Kalla czy Bjoergen i odpuszczali starty w PŚ. Odpowiem tylko raz: gdybyśmy odpoczywali i nie startowali, walczylibyśmy o 10. miejsce. To, co robi Justyna jest sprawdzone przez lata i dla niej najlepsze. W formie jest kapitalnej - mówi trener Kowalczyk Aleksander Wierietielny. Polka startuje o 22. Relacja Z Czuba trwa.
Robert Błoński: Justyna powiedziała tak: "jeśli trener Aleksander Wierietieilny zechce przyjąć ten medal, to mu go dedykuję i chcę ofiarować".

- Zaproponowała coś takiego. Ale to niepotrzebne, absolutnie. Odmówiłem. Medal jest dla niej tylko dla niej. Nie może tych rzeczy tak rozdawać ot, tak sobie na lewo i prawo. Wzruszyłem się tylko. Zawsze się wzruszam po sukcesach, to miłe i przyjemne.

Fantastycznie być trenerem wicemistrzyni olimpijskiej?

- Mam szczęście pracować z Justyną Kowalczyk.

Martwiliśmy się, po sprincie pan zniknął. Nikt nie wiedział, gdzie jest trener.

- Specjalnie to zrobiłem. Jak najszybciej zszedłem z trasy. Udało mi się uniknąć mediów. W spokoju, autobusem, wróciłem samotnie do wioski. Zjadłem obiadek, położyłem się, wziąłem gazetkę. I spokojnie odpoczywałem. Nie cierpię tego hałasu, tych pierwszych, gorączkowych pytań: a dlaczego tak, a ile zabrakło do medalu, a jaki był błąd. Ciężko mi było odpowiedzieć, jeszcze bardziej bym się zdenerwował. W zaciszu wioski olimpijskiej stres minął, całe napięcie ze mnie zeszło. Wcześniej, przed tymi biegami, nie byłem sobą. I teraz uczciwie się do tego przyznaję. Przed startami przeżywaliśmy ogromny stres. Z Justyną iskrzyło między nami ostatnio, w ogóle nie mogłem jej uspokoić. Bo sam byłem nerwowy. Nie mogliśmy się dogadać, iskrzyło między nami. Na szczęście wszystko ułożyło się normalnie i wiemy już, że czegoś tutaj dokonaliśmy. Teraz powinno pójść nam już tylko z górki. Będzie lżej spokojniej i dobrniemy do końca.

Były kłótnie między wami?

- Iskrzyło, jak mówiłem, i to mocno. Ta presja, te oczekiwania, to napięcie były nie do wytrzymania. Byłem nerwowy. Uratował nas rektor AWF w Katowicach, Zbigniew Waśkiewicz. Prezes Polskiego Związku Biatlonu to przyjaciel Justyny, będzie jej promotorem w pracy naukowej. To świetny psycholog, uspokajał ją, doprowadził do stanu że potraktowała ten start tak jak miała czyli Puchar Świata. Przestała obawiać się rywalek, udzielił się jej spokój. A sprintów ona strasznie nie lubi. Jak szła na finał, to prawie płakała. Bo bała się startu, czy zdąży polecieć przed innymi, czy nie zaśpi, czy ktoś jej nie zabiegnie drogi.

Szczerze pan dziękuje panu Waśkiewiczowi.

- Jak najbardziej, to absolwentka jego uczelni i znają się świetnie. Justyna jest chlubą uczelni. On doprowadził ją do stanu, że normalnie wystartowała i walczyła o medal.

Mówił pan, że będzie łatwiej?

- Danej sobie obietnicy nie złamiemy. Nie wyjedziemy z Kanady z pustymi rękami. Presja dalej będzie, ale denerwują nas pytania, co by było gdybyśmy robili tak jak Kalla czy Bjoergen i odpuszczali starty w PŚ. Odpowiem tylko raz: gdybyśmy odpoczywali i nie startowali, walczylibyśmy o 10. miejsce. To, co robi Justyna jest sprawdzone przez lata i dla niej najlepsze. W formie jest kapitalnej.

Jak pan oceni sprinty?

- Dobry występ. Wszystko wyszło jak najlepiej, Bjoergen była lepsza, ograła Justynę na zjazdach. Asekuracyjnie na nich jechała. Bardzo asekuracyjnie. Bała się, żeby nie wywróciła się tak jak Petra Majdić. Bjoergen to wykorzystała i wygrała sprawiedliwie. Nie było to kwestią błędów tylko umiejętnościach. Justysia lepiej biega na wzniesieniach, Norweżka lepiej pracuje na zjazdach. Tu, przed metą, był akurat zjazd. Człowiek nie może być idealny, potrafić wszystkiego. Zrobiliśmy krok do przodu, na igrzyskach w Turynie, była w sprincie 48. Teraz tylko druga. Ta nasz drugi medal olimpijski, mam nadzieję, że nie ostatni.

Da się porównać te medale?

- Oba wywalczone równie ciężko. I tu i tam gonitwa była "w trupa". Zrobiliśmy też dokładną analizę biegu na 10 km. Takiego startu na tym dystansie i tą techniką ona jeszcze nie miała w życiu. To był maksymalny wysiłek. Krok w krok, metr po metrze zrobiła na maksymalnych obrotach. Rywalki były lepsze, pierwsze miejsce jest tylko jedno.

Justyna, dziękując panu, mówiła też: "z mistrzyni maratonu, w półtora roku, trener zrobił ze mnie wicemistrzynię olimpijską w sprintach".

- Nic nie zrobiłem, ona sama się zrobiła. Kiedy zaczynała karierę, najlepszy wynik na MŚ juniorów zrobiła w sprincie. Nie ma co się dziwić, że jej to wychodzi. Od wielu miesięcy w sprintach klasykiem staje na podium PŚ. Ale ona wam i tak jeszcze całej prawdy nie mówi. Utrzymuje w tajemnicy, na co tutaj najbardziej liczy.

Na 30 km klasykiem w następną sobotę.

- Dlatego jej powtarzałem: nie podchodź do sprawy w ten sposób, bo nic z tego nie będzie. Bardzo żałuję, że na tę dziesiątkę do brązowego medalu zabrakło niecałych sześciu sekundek. Inaczej mógłby powtórzyć się Liberec, gdzie po brązowym medalu na 10 km klasykiem przyszły dwa złote.