Justyna, ładniejszy ten medal od tego z Turynu? - A jeden pierun!

Nigdy w historii zimowych igrzysk polski sportowiec nie wywalczył medali na dwóch kolejnych olimpiadach. Mnie się udało i jestem przeszczęśliwa - MÓWIŁA NAM ROZPROMIENIONA JUSTYNA KOWALCZYK PO DEKORACJI SREBRNYM MEDALEM. - Ja też kiedyś zdobędę złoto.
Super-blog Vancouver - najciekawsze wpisy dziennikarzy i korespondentów Sport.pl prosto z igrzysk

Robert Błoński, Jakub Ciastoń: Ładniejszy ten medal od tego z Turynu?

Justyna Kowalczyk: A, jeden pierun (śmiech). Tak naprawdę teraz to już się nie liczy. Liczy się, że jestem najlepsza na świecie, jestem liderką PŚ, a teraz mam srebrny medal olimpijski. To spełnienie marzeń. Leciutki jest. Większe ciężary już nosiłam.

Brąz w Turynie, teraz srebro w Vancouver, jak pani to porówna - odczucia, ceremonie wręczenia medalu?

- W Turynie byłam małą dziewczynką, która nagle ni stąd niż zowąd zdobyła medal. Oczywiście wtedy też kosztowało mnie to mnóstwo pracy, ale jednak teraz jestem bardziej świadoma tego sukcesu. Zdobywam medal jako liderka Pucharu Świata.

Po biegu była pani wyraźnie zmęczona, nie cieszyła się. Teraz wreszcie jest radość z tego medalu?

- Jak do was przyszłam, rzeczywiście byłam trochę nie w humorze, ale tylko dlatego, że wiedziałam ile jeszcze obowiązków mnie czeka - kontrola dopingowa, autobus, obiad, a byłam strasznie zmęczona. Miałam dość. Dopiero czekając na ceremonię wręczania medali, dotarło do mnie, że mam srebrny medal olimpijski. Bardzo się cieszę.

Złoty medal, czyli pokonanie Bjoergen było poza zasięgiem?

- Tak uważam. Jest jakaś sprawiedliwość na tym świecie, bo jej się należał ten medal od wielu lat. Jeśli ona go zdobyła, to znaczy, że ja kiedyś też go zdobędę, jak na niego zasłużę. Chyba nikt dotąd nie przywiózł medalu z dwóch zimowych igrzysk z rzędu, więc jest to coś szczególnego.

Czuje pani ulgę? Razem z trenerem Wierietelnym obiecywaliście, że z igrzysk z pustymi rękami nie wrócicie. I słowa już dotrzymaliście.

- Jest ulga. I satysfakcja, że udało się osiągnąć cel. Przecież ja nigdy nie byłam specjalistką od sprintów. Ale kiedy dowiedzieliśmy się, że w Vancouver będą sprinty techniką klasyczną, i kiedy zoabaczyliśmy z trenerem te trasy rok temu, powiedzieliśmy sobie, że to jest szansa na medal dla nas. Kosztowało nas to wiele pracy. Przede wszystkim zmieniliśmy całkowicie trening, na bardziej siłowy, podporządkowany właśnie sprintom. Bardzo ważna była taktyka, a przede wszystkim przestawienie w mojej głowie, że nie zawsze warto biegać trzy godziny, czasem wystarczy godzina, ale inaczej. Taki był nasz plan, i strasznie się cieszymy, że udało się go zrealizować. To była nasza wielka szansa, co nie znaczy, że na tych igrzyskach nie przyjdą kolejne. Mamy świetny zespół, z trenerem Wierietelnym na czele, ale też nie zapominajmy o serwismenach, fizjoterapuecie, lekarzu. Cały sztab ludzi pracował na ten medal.

Czy ten sztab to zawsze ze sobą dobrze żyje? Nie macie jakichś zgrzytów czasem?

- Umieją sobie radzić z kobietą rozdrażnioną. Dziękuję im za to bardzo pięknie.

A co panią drażni?

- Presja, ta którą wy na mnie wywieracie, ale też ja sama na sobie. Czasem się nie da wygrać. Jest 15 najlepszych zawodniczek, i czasem się jest 15., czasem 1., a czasem 2.

Dlaczego na ceremonii nie było pani trenera Aleksandra Wierietlenego?

- Znacie go, on nie lubi medialnego rozgłosu. Co nie znaczy, że nie jest dumny, że nie odczuwa ogromnej satysfakcji ze swojej pracy, a wykonał wielka robotę, że umiał w tak krótkim czasie zmienić zawodniczkę długodystansową w specjalistkę także od sprintu.

Rok temu zdobywała pani medale MŚ w Libercu, teraz czuje się pani podobnie?

- Lepiej, bo medal olimpijski to coś więcej niż medal MŚ. Srebro na igrzyskach, to mój największy sukces w karierze.

Oglądała już pani sobie ten bieg na powtórce, była jakaś analiza?

- Nie oglądałam, ale rozmawiałam już z trenerem. Błędy? Musiałby być, skoro nie wygrałam. A jak nie, to znaczy, że Marit była za mocna. Powiedziałam trenerowi, że to, to i to, zrobiłam nie tak. On przytaknął, i na tym się skończyło.

Może pani zdradzić, o czym rozmawialiście, co to były za błędy?

- Wolałabym nie. Zresztą, chodzi po prostu o to, że Marit niektóre rzeczy robi lepiej ode mnie, i tak już po prostu jest. Jedni są mocni na podbiegach, a innii na zjazdach. Takie życie. Ja dobrze zjeżdżam, ale Marit jeszcze lepiej.

Zaskoczyła pani tak świetna jazda Bjoergen?

- Ze mną się zmierzyła w finale i na podbiegach wcale nie mogła mi odejść, to przecież ja prowadziłam. Marit wygrała wszystko, co możliwe na mistrzostwa Norwegii. Klasyk jest jej lepszym stylem, wiedzieliśmy że jest piekielnie mocna. I była.

Jak wypadek Majdić wpłynął na zawody i psychikę?

- Na mnie wcale, od dawna wiedziałam, że to są fatalne, ohydne trasy. Petra nie musiała upadać, żeby o tym wiedzieć. Bardzo mi przykro z powodu Majdić, bo myślę że gdyby była w pełni sił walka o medale byłaby inna. Ale to udowodniło po raz kolejny, że oni nie potrafią tutaj robić tras i tyle. We wtorek dokładnie w tamtym miejscu spotkałam delegata technicznego FIS i mówię mu" człowieku, to się skończy jakimś nieszczęściem". On na mnie popatrzył z politowaniem, bo wiadomo, że w powszechnej oponii Kowalczyk jest słaba na zjazdach. Ostrzegałam, ale tylko machnął ręką. Delegat jest ze Słowenii, szkoda, że tak wyszło.

Spodziewała się pani, że tak poobijana Słowenka będzie w stanie wywalczyć medal?

- Jasne. Po wypadku powiedziałam, że ona to wygra.

Czy w tym sezonie biegała pani po gorzej przygotowanych trasach?

- Nie, choć muszę przyznać że na 10 km "łyżwą" była nieźle przygotowana. Ale już na treningi nie jest. W środę było tak niebezpiecznie, że najlepsza ze sprinterek o mało się nie połamała... Zawsze na igrzyskach było tak, że trasy olimpijskie były bardzo ciężkie wymagające. I wygrywali je najsilniejsi ludzie. Nie było przypadkowości, wypaczeń czyli takich niebezpieczeństw, ciągłych zakrętów... A tu same zakręty i zjazdy i to nowość na igrzyskach. Ktoś wygrywa i jest zadowolony. Ja też powinnam być, ale trzymam się swojego. Kto był na innych trasach olimpijskich ten wie, że to się do żadnych standardów nie nadaje.

Medal choć trochę osłodzi pani te trasy?

- Minimalnie. Medal może jest olimpijski, ale te trasy na pewno nie.

Wypije pani lampkę wina albo szampana na uczczenie tego sukcesu?

- A już wypiłam. Z Nikitą i Aleksandrem, moimi rosyjskimi przyjaciółmi [Kriukowem i Panżinskim - medalistami złotym i srebrnym w sprincie mężczyzn] wypiliśmy po lampce. Więcej nie wolno, bo przecież mamy jeszcze trzy starty. Ale czekaliśmy ponad godzinę, to coś tam wypiliśmy, nie powiem, że nie.

Coś komuś pani udowodniła tym medalem? Nie wszyscy wierzyli, że w sprincie stać panią na taki wynik.

- To, że jestem szybka, to z trenerem wiemy doskonale. To, że trzeba było tu zdobyć medal, też wiedzieliśmy. A to, że w rok z królowej maratonów stałam się wicekrólową sprintu, to udowodniliśmy dziś i sobie, i wszystkim wokół

Finał był najtrudniejszym z biegów?

- Nie. Wszystkie cztery były okropnie ciężkie, bo - jak mówiłam - jechałyśmy w okropnych warunkach. Cały czas byłam okropnie zdenerwowana, bo moją słabą stroną są starty. Ale na szczęście wszystko zawsze wyszło dobrze i starty miałam udane. Acha, i jeszcze jedno. Dziękuję panom za cierpliwość do mnie.

Vancouver 2010 na Sport.pl

Na portalu Sport.pl codziennie od godz. 17 relacje Z Czuba i na żywo, całą dobę relacje prosto z Kanady od naszych specjalnych korespondentów, wideo komentarze, rozmowy z naszymi gwiazdami i komplet wyników, także tych z nocy polskiego czasu. A o godz. 9 rano w Radiu TOK FM magazyn olimpijski Michała Pola - oraz stream wideo live w naszym portalu.

Zespół Sport.pl przygotowuje też "Gazetę olimpijską" - codziennie do kupienia z "Gazetą Wyborczą".

SPORT.PL na FACEBOOK-u - wejdź na nasz profil, zostań fanem. Komentuj, dyskutuj, radź! »

Vancouver 2010 na Sport.pl »