Vancouver 2010. Czy Justyna Kowalczyk dobrze zrobiła startując na 10 km?

Dopiero w środę i piątek okaże się, czy decyzje Justyny Kowalczyk i jej trenera o poniedziałkowym występie w biegu na 10 km stylem dowolnym i wcześniej w wyczerpującym Tour de Ski były słuszne... - pisze Radosław Leniarski. Były lekarz Justyny popiera jej decyzję.
Pytania są następujące:

Czy forma Justyny Kowalczyk przyszła za szybko, a jeśli tak to dlaczego? Przed igrzyskami nokautowała przeciwniczki, a w poniedziałek w Whistler była piąta. Czy w takim razie w ogóle powinna wystartować na 10 km?

Czy też odwrotnie: wszystko jest w porządku i odbywa się zgodnie z planem, bo w poniedziałek szans na medal i tak zbyt wielkich nie było, a start na 10 km miał cele zwiadowczo-odstresujące?

Spróbujmy odpowiedzieć na te pytania.

- Start na 10 km miał zadanie odstresujące. Był konieczny i jestem pewien, że zgodny z planem. Bo nieudany pierwszy start w Turynie w Justynie siedzi. Trzeba było zatrzeć tą psychologiczną rysę - komentuje dla Sport.pl dr Robert Śmigielski, lekarz Justyny z igrzysk w Turynie.

W poniedziałek trasa Justynie nie pasowała - za płaska, ale z trudnymi zjazdami, w tym ostatnim na stadion.

- Przed wyjazdem na start Justyna się rozbeczała i to poważnie. Bała się oblodzonych zjazdów, upadku i kontuzji. Kiedy usłyszała, że trasa jest dobrze przygotowana, uspokoiła się - mówił trener Aleksander Wierietielny za metą.

Świetna Słowenka Petra Majdić wycofała się w strachu o swoje nogi - miała w perspektywie start w swoich najsilniejszych konkurencjach, czyli sprintach.

Styl biegu Justynie nie pasował - nie jest specjalistką od techniki łyżwowej. Ostatnie zwycięstwo w Pucharze Świata tą techniką odniosła w marcu zeszłego roku. Szanse na igrzyskach na sukces miała więc bardzo skromne. Kiedy startowała w Cranmore przed igrzyskami - właśnie na 10 km techniką łyżwową - była druga za Charlottą Kalla, zwyciężczynią z Vancouver.

W poniedziałek szef polskiej misji olimpijskiej, Kazimierz Kowalczyk, mówił dziennikarzom w drodze na bieg, że ze względu na złą jakość olimpijskiej trasy w Whistler i kiepskie warunki atmosferyczne w dniach poprzedzających występ, w sztabie najlepszej polskiej biegaczki rozważano wycofanie jej ze startu.

- Bzdura. Nie było mieliśmy momentu zawahania, aby startować - powiedział trener Aleksander Wierietielny.

Jest też inny aspekt, o którym mówił Wierietielny: - Przyjechaliśmy na igrzyska startować, a nie czekać - stwierdził trener, bo oczekiwanie na start jest najtrudniejszym okresem dla zawodnika. Oglądanie ścigających się rywali, niepewność sukcesu, bezczynność, rozmyślanie o starcie powodują spadek formy, przede wszystkim psychicznej.



Na szczęście zjazdy na trasie zakończyły się szczęśliwie bez upadku, więc pozostaje pytanie, czy Kowalczyk nie wyczerpała swoich sił w biegu, w którym praktycznie nie miała szansy na sukces medalowy.

Biegacze olimpijscy to najefektywniejsze silniki świata. Trenują często na maksymalnych obciążeniach, które dla normalnych ludzi zakończyły by się śmiercią. Dla nich są chlebem powszednim. A przede wszystkim są wytrenowani, aby jak najszybciej dochodzić do 100 procentowej formy po najbardziej wyczerpujących startach. We wtorek Kowalczyk nie pojedzie do sanatorium po wyczerpującym biegu na 10 km, tylko pójdzie na trening...

- Justyna zawsze bardzo dobrze regenerowała siły. Teraz tym bardziej, odkąd pracują z nią fizjoterapeuci, masażyści, z kim tylko Justyna chce. Dwa dni w zupełności wystarczą, aby była jak nowa, aby wróciła do formy sprzed startu - uważa dr Śmigielski.

Pytanie tylko, czy Kowalczyk była przed startem na 10 km w optymalnej formie, co jest warunkiem triumfów nad Kallą, Majdić, Saarinen w kolejnych występach.



Na przykład w Cranmore na kilka dni przed igrzyskami Kowalczyk wyprzedziła Annę Haag na 10 km technika dowolną o 30 sekund, a w Vancouver przyjechała o 0,8 s za nią. Akurat wszystkie cztery lepsze od Polki na olimpijskich trasach biegaczki - w tym Haag - zdecydowały się odpuścić Tour de Ski, szalenie wyczerpujący cykl biegów narciarskich, ale najbardziej lukratywny. Justyna Kowalczyk za wygranie Tour de Ski w tym sezonie i za podium w poszczególnych wyścigach zarobiła w sumie niemal 500 tys zł.

Obawy mogą być. Po wygraniu dwa lata temu Tour de Ski złota medalistka z Vancouver - Kalla - straciła formę, rok temu podobny przypadek spotkał kolejną triumfatorkę Finkę Virpi Kuitunen, która w mistrzostwach świata w Libercu zdobyła medale tylko w biegach drużynowych. W 10 styczniowych dni Justyna Kowalczyk startowała aż sześć razy, w tym w Val di Fiemme w wariackim podbiegu. Wygrała, ale gdy mordęga się skończyła mówiła: - Hura, hura! Nareszcie koniec tej męki.

Trener Wierietielny stwierdził, że Kowalczyk nie wystartuje w Tour de Ski w przyszłym sezonie.

- Start w Tour de Ski miał pełne uzasadnienie. Trzeba było sprawdzić maksymalne możliwości regeneracyjne Justyny. Okazało się, że jest w stanie wykonywać wielki wysiłek fizyczny częściej, niż raz na dwa dni bez szkody dla formy. Z tą wiedzą ekipa przyjechała do Vancouver i mogła walczyć o medal w każdej konkurencji. Przecież do brązu w najsłabszej dla Justyny konkurencji zabrakło zaledwie niecałych sześciu sekund! - komentuje Śmigielski.

Czy ekipa Kowalczyk podjęła słuszną decyzje w sprawie startu na 10 km i w sprawie udziału w Tour de Ski, dowiemy się dopiero w środę, kiedy Kowalczyk wystartuje w sprincie i w piątek, kiedy odbędzie się bieg łączony na 15 km (obydwoma technikami, po 7,5 km każda). No i w sobotę, kiedy Polka wystartuje na 30 km klasykiem.

Specjalny serwis Sport.pl - Justyna Kowalczyk »